<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785</id><updated>2011-04-22T05:23:29.294+01:00</updated><category term='&quot;Obsługiwałem angielskiego króla&quot;  - nowy film w reż. J.Menzla'/><category term='&quot;Nazywam się czerwień&quot; noblowska powieść O.Pamuka'/><category term='Noblista na kozetce. &quot;Chłopięce lata&quot; J.M Coetzee'/><category term='&quot;Dark Knight&quot; w reż. Ch.Nolana'/><category term='&quot;Wyspa&quot; kolejna książka Eustachego Rylskiego'/><category term='&quot;Pobożne matrony i cnotliwe panny. Epitafia jako źródło wiedzy o kobiecie...&quot; K. Górecka'/><category term='&quot;The Russian Mafia. Private Protecion in a New Market Economy&quot; - czyli jak powstała mafia w Rosji'/><category term='Dylemat jako alternatywa alternatywy.'/><category term='&quot;Strach&quot; J.T. Grossa'/><category term='GranatowyPrawieCzarny - film w reż. D.Arevalo'/><category term='&quot;Szepty&quot; Orlando Figesa'/><category term='&quot;Dzieci Hurina&quot; - nowy Tolkien.'/><category term='&quot;Zodiac&quot; w reż. Davida Finchera'/><category term='Największa teczka świata.'/><category term='Pop-kultura w czasach grozy. &quot;Aelita&quot; - film z 1924 roku'/><category term='&quot;Śmierć prezydenta&quot; w reż. Gabriela Range&apos;a'/><category term='&quot;Nomad&quot; - filmowy Kazachów portret własny'/><category term='Nowa powieść Henninga Mankella po polsku'/><category term='Ten brzydki histeryk i rasista Huntington.'/><category term='&quot;Lód&quot; - imponująca powieść Jacka Dukaja'/><category term='Peter Esterhazy &quot;Harmonia caelestis&quot;'/><category term='&quot;Magnetyzer&quot; - kryminał Konrada T. Lewandowskiego'/><category term='&quot;28 tygodni później&quot; reż. J.C. Fresnadillo'/><category term='&quot;Wojna polsko-ruska&quot; w reż. X.Żuławskiego'/><category term='&quot;Unisex blues&quot; - płyta Kasi Nosowskiej'/><title type='text'>kultura osobista</title><subtitle type='html'>nieregularny blog kulturalny</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>26</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-297780669079093776</id><published>2009-04-26T17:13:00.014+01:00</published><updated>2009-04-28T19:49:18.479+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Wojna polsko-ruska&quot; w reż. X.Żuławskiego'/><title type='text'>W gabinecie krzywych zwierciadeł</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SfSNzmUF6oI/AAAAAAAAAPQ/8u4nSInuvNA/s1600-h/wojna+polsko-ruska_plakat.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 139px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SfSNzmUF6oI/AAAAAAAAAPQ/8u4nSInuvNA/s200/wojna+polsko-ruska_plakat.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5329040176683805314" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;24 kwietnia 2009 w Krakowie, na festiwalu Off Plus Camera miała miejsce premiera filmu Xawerego Żuławskiego „Wojna polsko-ruska”, na podstawie książki Doroty Masłowskiej. Mimo że, widzowie festiwalu obejrzeli kopię filmu z jeszcze nie ostateczną wersją ścieżki dźwiękowej (co zdradził mi odtwórca głównej roli Borys Szyc) i tak od razu można powiedzieć, że rytualny wręcz zarzut wobec polskich filmów, że nic nie słychać – tym razem zarzut należy sobie darować.  &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W przypadku Żuławskiego, do pewnego stopnia chodzi o to samo, co w przypadku samej Masłowskiej. Debiut, czyli film „Chaos” bezdyskusyjnie był obietnicą sporego talentu. Pytanie natomiast  brzmiało, czy nadejdzie też drugie, lepsze dzieło ugruntowujące pozycję młodego artysty czy młodej pisarki. Skromnym zdaniem piszącego te słowa, film udał się bardzo. I dlatego będzie trudno o komercyjny sukces. Niezwykle trudno.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O taki skandal i takie kontrowersje, jakie towarzyszyły pierwszym książkom Doroty Masłowskiej modlą się rzesze specjalistów od promocji i reklamy. Co prawda, po paru latach dobrowolnej emigracji pisarki na margines rzeczywistości medialnej nieco wygasł już żar sporów o jakość tej literatury. Niemniej jednak ekranizacja "Wojny polsko-ruskiej”, czyli debiutu Masłowskiej, postawiła Xawerego Żuławskiego przed wdzięcznym zadaniem „ujeżdżenia” literatury wyjątkowo niepokornej oraz budzącej emocje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Debiut Doroty Masłowskiej w roku 2002 uczynił z młodej pisarki tarczę strzelniczą. Krytykom i osobom zajmującym się zawodowo literaturą powieść „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” przeważnie się spodobała, ale tak zwana publika gremialnie opluła dzieło[1].  Wydawca Masłowskiej, Paweł Dunin-Wąsowicz zjawisko to okreslił mianem elektoratu negatywnego, a ona sama rzecz skomentowała tak: &lt;em&gt;„Wojnę polsko-ruską” kupiło dużo ludzi, bo było o niej głośno, wydali 30 złotych, po czym się zorientowali, że to nie była książka, którą przez całe życie chcieli przeczytać.”&lt;/em&gt;  Gwoli rzetelności należy odnotować &lt;a href="http://www.tygodnik.com.pl/numer/278042/klejnocki.htm"&gt;krytyczną recenzję &lt;/a&gt;Jarosława Klejnockiego na łamach Tygodnika Powszechnego (TP/20.10.2002)  oraz &lt;a href="http://www.dukaj.pl/czytelnia/publicystyka/PoCoKomuRecenzje"&gt;negatywną opinię&lt;/a&gt; Rafała Ziemkiewicza  (wyrażoną choćby w „Science Fiction”, nr.26 z maja 2003).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny utwór Masłowskiej „Paw królowej”, nagrodzony m.in. nagrodą Nike w roku 2006 był jak rzeka oliwy dolanej do i tak całkiem żywo płonącego ognia. Wydźwignięcie smarkuli na panteon rozjuszyło całe rzesze rodaków, którzy we właściwy sobie elokwentny sposób dowodzili – &lt;em&gt;„Myślę, że nie słusznie dano jej NIKE! Nie zasługiwała na to.” &lt;/em&gt;, podpisano:&lt;em&gt; ~hm&lt;/em&gt;[2]. Masłowska ostatecznie stała się dobrem wspólnym, a tysiące uwierzyły, że na literaturze znają się wystarczająco, by ocenić tę książkę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz jednak wcale nie jest taka prosta. Masłowska sporządziła absolutnie postmodernistyczną w duchu grę literacką, która we właściwy dla tego nurtu sposób jest wieloznaczną zagadką, możliwą do odczytania na różne sposoby – zapewne w zależności od gustu czy wiedzy czytelnika. &lt;strong&gt;Najłatwiejszą do wychwycenia cechą prozy Masłowskiej jest język, jaki autorka stworzyła na podstawie współczesnego slangu zdegradowanej młodzieży, choć bywał on mylnie identyfikowany jako prawdziwy. &lt;/strong&gt;Tymczasem analizy językoznawcze lub nawet zwykła uważna lektura pozwalają zauważyć, że bohater książki, czyli niejaki Silny posługuje się słownictwem chwilami zaskakująco bogatym, sięgając po archaizmy czy słowa typu „aberracja”[3]. To z kolei prowadzi do wniosku, że autorka nie stawiała sobie za cel wiernej dokumentacji dobrzej znanych jej znanych realiów życia na zdegradowanej prowincji polskiej, ale uczyniła z całości pewien symbol. Pytanie czego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka Masłowskiej ze względu na swoją niezwykłą gęstość językową, gdzie zdania tworzą na podobieństwo buszu ścianę trudną do sforsowania, skrywa swoje znaczenia w rozmaitych grach, żarcikach i grepsach („samochód marki policja”). Film, z co najmniej paru względów musiał się stać bardziej uporządkowany, prostszy. Jeśli literatura Masłowskiej była niczym dżungla, to posługując się tą florystyczną metaforą film można porównać do ogrodu, z roślinnością już na tyle przystrzyżoną, że nagle widać alejki.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Żuławski zrobił film przede wszystkim o trudnej, toksycznej relacji w jakiej z mediami jest literatura a przy okazji świadomość współczesnego człowieka. &lt;/strong&gt;Tak jak w książce, tak i w filmie występuje sama Dorota Masłowska, która teraz jeszcze wyraźniej funkcjonuje jako postać równorzędna fikcyjnym figurom literackim. To otwiera wdzięczne oraz z gruntu nowoczesne pytanie: kto tu jest naprawdę fikcyjny? Może Masłowska błyskotliwie antycypując swoje własne losy, sama od razu uczyniła autora książki bytem wirtualnym, nieprawdziwym, jakim i tak staje się każda publiczna osoba idąca na żer telewizji czy kolorowych pism plotkarskich. Skoro żyjemy w społeczeństwie, w którym autor czy autorka odpowiednio rozreklamowanego dzieła stają się równi swojej własnej kreacji, niech więc  nastąpi  w samym już dziele ich synteza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pisarka zręcznie wychwyciła ten proces, wkomponowała w tkankę książki, przy okazji krytykując banał narracji proponowanej przez media a następnie groteskowo przetwarzanej przez tubylców marginesu społecznego  (do których w filmie zaliczona zostaje sama Masłowska). &lt;strong&gt;„Wojna polsko-ruska” jest więc jak nowoczesna instalacja artystyczna zbudowana z szeregu krzywych zwierciadeł, wzajemnie przekazujących sobie zdeformowany obraz. &lt;/strong&gt;Ta konstrukcja została znakomicie pokazana w filmie. Rzecz jasna, nie jest to wątek w zupełności oryginalny.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fernando Trueba[4], hiszpański reżyser kinowy i teatralny, a przy okazji  w tym roku juror festiwalu Off Plus Camera, zauważył w filmie Żuławskiego podobieństwa do stylu Tarantino  wskazując na surrealizm narracji, szybki montaż oraz przemoc przedstawianą w komiczny sposób. Tarantino jednak nie analizuje mediów oraz świata przez nich tworzonego. On żywi się samym kinem. &lt;strong&gt;W „Wojnie polsko-ruskiej” więcej podobieństwa, moim zdaniem, można doszukać się do słynnego filmu Oliviera Stone’a „Urodzeni mordercy”. Choć Stone stworzył płomienną w swoim brutalizmie krytykę mediów a Żuławski do spółki z Masłowską częstują nas dowcipną zagadką, co w czym się odbija i gdzie kończy się ten łańcuch powtórzonych grymasów.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film prawie w całości spoczął na barkach jednego aktora, Borysa Szyca, który z tej arcytrudnej próby wyszedł zwycięsko. Jego Silny przykuwa uwagę, bawi i jest wiarygodny – o ile to słowo w ogóle jest adekwatne w stosunku do podwójnie nieprawdziwej roli (wszak w filmie odgrywa postać z książki). Tam gdzie daje się wychwycić pewna teatralność kreacji, tam moim zdaniem jest uzasadniona widocznie fikcyjnym charakterem roli, zamierzoną sztucznością języka oraz perypetiami fabuły. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Szyc przygotowując się do roli ciężko ćwiczył na siłowni budując imponującą muskulaturę osiedlowego bandyty, ale równie widoczne jest także i to, że aktorzy mieli zapewniony czas na skonstruowanie swoich ról i przećwiczenie ich z reżyserem. &lt;/strong&gt;Absolutnie porywająca jest rola Soni Bohosiewicz jako Naty Blokus, młodej kobiety o manierach i aparycji rozjuszonego odyńca, w dodatku na głodzie narkotykowym. Szyc wspomniał mi, że w trakcie zdjęć nie mógł opanować śmiechu partnerując jej w paru scenach i musiał odwracać głowę, by ukryć rozbawienie. Godne odnotowania są także świetna rola Romy Gąsiorowskiej - Magdy, oblubienicy głównego bohatera oraz znakomita, prześmieszna epizodyczna rola  Anny Prus - wiecznie się uśmiechającej studentki Ali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Diagnoza Masłowskiej jest złowieszczo trafna i Xawery Żuławski na własnej skórze może odczuć o czym tak naprawdę zrobił film. To media wydadzą wyrok na ten film, wykreują go lub zniszczą a następnie pożywią się samym twórcą, tak jak poczęły już konsumować szanownego tatę reżysera, Andrzeja Żuławskiego &lt;/strong&gt;(warty odnotowania skandalizujący wywiad dla gazety „Dziennik”25-26.04.09) . &lt;strong&gt;Krytycy czterech tygodników oraz trzech gazet, bo kraj mamy jak widać malutki, zadecydują czy „Wojna polsko-ruska” jest dobrym filmem. Werdykt zapadnie lada chwila, bo premiera 22 maja, za niecały miesiąc. &lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Na stronie internetowej &lt;a href="http://merlin.pl/Wojna-polsko-ruska-pod-flaga-bialo-czerwona-okladka-miekka_Dorota-Maslowska/browse/product/1,319304.html#fullinfo "&gt;merlin.pl&lt;/a&gt; elokwentne i gniewne recenzje, nierzadko rozgoryczonych czytelników.&lt;br /&gt;[2] Znalezione na &lt;a href="http://czytelnia.onet.pl/1,8,8,24001262,66714231,2554458,0,forum.html"&gt;forum onet.pl&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[3] Patrz: &lt;a href="http://www.sknj.ifp.uni.wroc.pl/publikacje/b11.pdf"&gt;M.Pabich "Ład utracony - o języku w "Wojnie polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej"&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;[4] Reżyser i producent filmu "Belle epoque" nagrodzonego w 1994 Oscarem w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-297780669079093776?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/297780669079093776/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=297780669079093776' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/297780669079093776'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/297780669079093776'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2009/04/w-gabinecie-krzywych-zwierciade.html' title='W gabinecie krzywych zwierciadeł'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SfSNzmUF6oI/AAAAAAAAAPQ/8u4nSInuvNA/s72-c/wojna+polsko-ruska_plakat.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-6667754016924077188</id><published>2008-12-24T14:40:00.034+01:00</published><updated>2009-01-07T14:23:08.573+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Lód&quot; - imponująca powieść Jacka Dukaja'/><title type='text'>Urok brodawki Naczelnika</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SVJ6SpZACsI/AAAAAAAAAMY/gr4DS87L0mU/s1600-h/Lod_Dukaj_okladka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 138px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SVJ6SpZACsI/AAAAAAAAAMY/gr4DS87L0mU/s200/Lod_Dukaj_okladka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283419773625961154" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;„Autora po napisaniu powieści należy rozstrzelać” – powiedział Jacek Dukaj w trakcie spotkania w radiu TOK FM, w domyśle: by nie był zmuszany odpowiadać na pytanie, co dokładnie miał na myśli pisząc to lub owo. Jeśli jednak pisarza rozstrzeliwać po ukazaniu się książki, to pytanie po której z nich? &lt;br /&gt;Oby nie zaraz po debiucie, bo wtedy sam Dukaj nie miałby szans napisać „Lodu”, powieści imponującej, trudnej do zaklasyfikowania, trudnej do opisania i z pewnością też do napisania. Pozostawia ona czytelnika jednocześnie w stanie szacunku a może i zachwytu nad jej wielowymiarowością, jednocześnie budząc też pewną irytację.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zarzuty mogą być dwa. To powieść tak obfita w szczegóły, że potwierdza prawdziwość aforyzmu, iż przesyt rodzi niedosyt.&lt;/strong&gt;[1] Proszę samemu rozstrzygnąć, czy to jednak nie komplement. &lt;strong&gt;To również literatura tak mocno umocowana w historii i w faktach, że paradoksalnie fikcja i fantastyka w tym tekście  okazują się w większości przypadków tylko podkoloryzowaną rzeczywistością a nie interesującą metaforą.&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Lód” otrzymał nagrodę Kościelskich za rok 2008 oraz nominację do prawie wszystkich najważniejszych nagród literackich tego roku. To rzadki przypadek, gdy literatura naznaczona piętnem fantastyki zostaje tak doceniona. &lt;strong&gt;Recenzenci nazwali ją przede wszystkim „powieścią totalną”, a zatem m.in zawierającą w sobie wiele różnych gatunków; w  tym wypadku: romans, powieść drogi, kryminał, powieść historyczną, esej filozoficzny, psychologiczny oraz elementy science-fiction. &lt;/strong&gt;Fundamentem całości jest jednak eksperyment intelektualny, a mówiąc ściślej historiozoficzny. Akcja powieści rozgrywa w XX wieku, ale w świecie, którego historia potoczyła się inaczej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko zaczęło iść odmiennym torem dokładnie 30 czerwca 1908 roku. Tego bowiem dnia, na Syberii, niedaleko rzeki Podkamienna Tunguska miała miejsce wielka eksplozja, będąca najprawdopodobniej efektem upadku jednego lub więcej meteorytów. Obiekt, a może  obiekty z kosmosu, zostały nazwane Meteorytem Tunguskim i zapewne wcale nie dotarły do powierzchni Ziemi, wcześniej wyparowując w atmosferze. Jednak potężna fala uderzeniowa zostawiła wyraźny znak w postaci krateru i zniszczonych połaci lasu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To zdarzenie staje się kluczem do świata „Lodu”. W nim jednak Meteoryt Tunguski przynosi na naszą planetę obcy pierwiastek chemiczny, którego właściwości stają się podstawowe z punktu widzenia dalszego rozwoju historii –  Rosję ogarnia nowe zlodowacenie, powstają wcześniej nieznane gałęzie przemysłu oraz nauki, wielkie konflikty tlą się jedynie mizernym płomykiem zamiast ogarnąć cały glob a imperia skazane na upadek w świecie rzeczywistym trwają nadal. &lt;strong&gt;Zamiast rewolucji ulicami miast Cesarstwa Rosji przetaczają się przedziwne lodowce, fenomeny fizyczno-meteorologiczne zwane lutymi. Zastygły w lodzie XIX wiek nie przeobraża się kolejne stulecie, a skutkiem tego także nie powstaje wolna Polska.&lt;/strong&gt;[2]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten konkretny aspekt powieści wzbudził szczególne zainteresowanie recenzenta Gazety Wyborczej Wojciecha Orlińskiego (GW 03/12/2007), którego zdaniem Dukaj wątpi w ten sposób w dziejową konieczność odzyskania przez Polskę niepodległości, czy tak w ogóle musiało się stać.[3] &lt;br /&gt;Wydaje się jednak, że sam pisarz nie próbował wcale odpowiedzieć akurat na to pytanie. Jacek Dukaj w przywołanej już audycji radia TOK FM powiedział natomiast, że chciał pokazać drogę do niepodległości alternatywną w stosunku do polskiej tradycji: niepodległość wykupioną i wypracowaną zamiast tej wywalczonej. Jak dalej ujawnił w przywoływanej wyżej radiowej rozmowie, zależało mu także na przypomnieniu faktu często pomijanego w polskiej debacie na temat własnej historii, a mianowicie, że Rosja carska a w tym i Syberia, była też krajem sukcesu polskich elit przemysłowych, czy naukowych, nie zaś tylko miejscem kaźni oraz porażek kolejnych generacji powstańców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„&lt;em&gt;Mit Sybiru jako „ziemi przeklętej”, polskiego locus horridus, na trwałe wpisał się w zbiorową świadomość, przesłaniając prawdę o różnorodności więzi łączących Polaków z tą krainą. Były to przecież związki złożone, niejednolite, bowiem zauralski ląd bywał od XVIII wieku często miejscem kary dla powstańców i spiskowców, ale jednocześnie dla wielu Polaków stawał się też przestrzenią realizacji marzeń o sukcesie na polu nauki, kariery urzędniczej czy ekonomicznej; nierzadko zresztą sami zesłańcy potrafili karzący wyrok z czasem obrócić w los w części przynajmniej spełnionego badacza czy przedsiębiorcy.&lt;/em&gt;” – jak we wstępie pracy „Polacy w nauce, gospodarce i administracji na Syberii w XIX i na początku XX wieku” pisze Jerzy Fiećko, znawca literatury tego czasu.[4] &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dukaj podąża tym tropem właśnie. Zainspirowały go przykłady wprost fantastycznych karier, jak ta Alfonsa Koziełł-Poklewskiego (twórca prawdziwego imperium gospodarczego na Syberii, „wódczany król Uralu”), być może również ta Witolda Zglenickiego (uczeń Mendelejwa, kluczowa postać dla rozwoju przemysłu naftowego w Baku i partner handlowy braci Nobel czy rodziny Rotschildów) czy na przykład kariera Andrzeja Wierzbickiego (dyrektor Towarzystwa Przemysłowców Królestwa Polskiego oraz ważna persona w Radzie Towarzystwa Fabrykantów w Petersburgu). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zdaniem samego autora, „Lód” to także pierwsza w polskiej literaturze powieść będąca pochwałą kapitalizmu . Dodajmy, i to chyba wręcz w ortodoksyjnie pozytywistycznym duchu. Wszak genialna „Lalka”, która od razu przychodzi w tym momencie do głowy, ma wymowę pesymistyczną, będąc ostrzeżeniem przed klęską polskich elit oraz żydowską dominacją w handlu i przemyśle, co było wyrazem niewiary B. Prusa w lansowane przez niego wcześniej ideały pozytywizmu.&lt;/strong&gt; Dukaja tymczasem fascynują polscy fabrykanci XIX wieku, działający w głębi Rosji, nie tracący polskiej tożsamości, fundujący ochronki i wydający wielkie kwoty na wszelkiej maści projekty charytatywne. &lt;br /&gt;Jak to ujął w rewelacyjnie wprost adekwatnym wywiadzie dla Magazynu Gazety Wyborczej  (27/09/2001)  Piotr Wierzbicki,  wnuk przywołanego już Andrzeja Wierzbickiego:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„W Petersburgu istniała wówczas bardzo liczna, zwarta kolonia polska. Przemysłowcy, finansiści, arystokraci, lekarze tworzyli świetnie zorganizowany, ekskluzywny, w znacznym stopniu zamknięty dla Rosjan krąg. […] Liczni z tamtejszych polskich przemysłowców inwestowali część zdobytych nad Newą fortun w przemysł na ziemiach polskich. Nierzadko zakładali oni nad Wisłą towarzystwa dobroczynne. Znany i bardzo w fabrykanckich sferach Petersburga i całej Rosji wpływowy przemysłowiec Stanisław Glezmer, pochodzący z Kielecczyzny, ufundował w Kongresówce Towarzystwo Gniazd Sierocych, które wyszukiwało dla sierot rodziny zastępcze i finansowało ich utrzymanie i wykształcenie. W Petersburgu wydawany był wpływowy tygodnik polski "Kraj", mający niemały wpływ na opinię publiczną nad Wisłą.„&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Zbieżność  poglądów Piotra Wierzbickiego z wymową powieści jest dalej idąca, w szczególności zaś, gdy mówi:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„To wcale nie jest pewne, czy nawet bez przewrotu bolszewickiego w zamęcie końca I wojny światowej nie wywalczylibyśmy Polski, mniejszej, ale jednak niepodległej. A poza wszystkim - jeśli państwo polskie miałoby powstać kosztem 50 milionów trupów, to ja dziękuję bardzo. Wtedy wolałbym jednak Królestwo Polskie w granicach demokratycznej Rosji.„[5] &lt;/blockquote&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Dukaj rozwija podobny, alternatywny wobec historii scenariusz, ale swoją uwagę skupia na Syberii, która faktycznie od stuleci rozwijała się inną drogą niż sama Rosja.  Od pewnego momentu także wśród elit syberyjskich pojawiły się postawy izolacjonistyczne, które na wzór amerykański mogły doprowadzić do uniezależnienia się  i tej kolonii. &lt;strong&gt;Tzw. obłastnicy działający na rzecz niepodległej Syberii wchodzili w sojusz z polskimi zesłańcami, czego efektem było nawet polskie powstanie syberyjskie roku 1833  - zwane także spiskiem omskim, pod przywództwem ks. Sierocińskiego i dr. Franciszka Ksawerego Szokalskiego.  &lt;/strong&gt;Śmiała wizja Dukaja, wizja Syberii o rozbuchanej gospodarce (wykorzystującej właściwości obcego pierwiastka, tungetytu), krainy o wielkich możliwościach na wzór amerykański i takich też stosunkach społecznych okazuje się nie owocem wyobraźni pisarza, ale pomysłem wydobytym wprost z relacji zesłańców.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jak pisał Agaton Giller:  &lt;blockquote&gt;„W tej chwili Syberya jest u progu inne przyszłości. Nagłe zmiany we wszystkiem dają się spostrzegać. Ludność garnąca się z Moskwy, handel otwierający się z różnymi krajami, wywołują odmiany stosunków społecznych i pozbawiają Syberyę  tej swobody, której surowe prawo despotyzmu i biurokracya nie mogła z powodu obszernych przestrzeni  ograniczyć i wprowadzić  na kolej, którą szły inne narody. Syberya ma wiele właściwych cech, które ją wyróżniają od właściwej Moskwy. Nie ma tu poddanych, szlachty ziemiańskiej; klasy społeczne mięszają się z sobą i nie dzielą tak stanowczo , jak w Rosyi. Większa swoboda handlowa i przemysłowa, większa tolerancya obcych zwyczajów i religii, wywołana przez zesłańców polskich, korzystnie mogą oddziałać na jej przyszłość. ”[6] &lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;To świadectwo jest tym bardziej przekonujące, że pochodzi od człowieka niebywale ciężko doświadczone przez los, który na zesłanie szedł przykuty do żelaznego drąga i widział całe mrowie ludzkich tragedii, zesłańców oszalałych z rozpaczy i tęsknoty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Główną figurą powieści jest ubogi matematyk i upadły hazardzista, Benedykt Gierosławski, który na zlecenie carskich władz wyrusza na Syberię. Tam ma odnaleźć ojca, rzekomo posiadającego tajemnicę kontroli lutych, owych przedziwnych lodowców. Gierosławski, zarazem narrator,  komunikuje się z nami autentyczną polszczyzną historyczną, pełną zapomnianych już słów  i zgodnie z nieobowiązującymi już zasadami ortografii. &lt;br /&gt;Ministerstwo staje się „ministerjum”, obgryzanie paznokci „onykofagią” etc . Bohater „Lodu” nosi także bekieszę (moje ukłony dla tych Sz. Czytelników, którzy wiedzieli od razu, co to jest) a do towarzyszki podróży zwraca się słowami: „– Słuchaj Panna!”. &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Starannie odtworzona, archaicznie brzmiąca polszczyzna pełna jest także rusycyzmów i aż skrzy się od neologizmów (piękny to paradoks stworzyć archaiczny neologizm, prawda?)  znakomicie współbrzmiących z jej zabytkowym charakterem. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ elementem różniącym świat powieści od tego rzeczywistego jest zlodowacenie, więc tu otwiera się całe pole do tworzenia takich „chłodnych” wynalazków słownikowych. Mamy więc i wspomniane „lute”, czyli błyskawicznie wędrujące i zabójczo mroźne lodowce,  i „soplicowa” – skupiska lutych, i „zimnazo” na określenie żelaza hartowanego wielkim mrozem, czy wreszcie „choładnice” – fabryki zimnaza. Wszystkie one wydają się tym trafniej skonstruowane, im głębiej zajrzeć w ich etymologię . Co więcej, pisarz posunął się nawet do zręcznego tworzenia neologizmów rosyjskich, czego przykładem są nazwy przeciwstawnych obozów zwolenników i przeciwników zlodowacenia, a zatem „ottiepielników” i „liedniaków” (zapewne można to tłumaczyć jako „odwilżeńców” oraz „lodowników”).  Aż żal, że wizja literacka nie ma szansy się ziścić, bo wtedy dukajowe „zimnazo” stanęłoby obok długopisu, samolotu czy samochodu – pięknych polskich słów stworzonych by nazwać rzeczy, również wcześniej nie istniejące.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Benedykt opowiada nam całą swoją podróż tak, jakby w zaufaniu dzielił się wszystkimi spostrzeżeniami i odczuciami a my  otrzymujemy możliwość wglądu w psychikę drugiego człowieka, raczej oryginalną osobowość bohatera, który zdruzgotany porażkami życiowymi oraz zafascynowany filozofią Tadeusza Kotarbińskiego przestał być pewien własnego istnienia.  Owa niepewność siebie  przejawia się w to zresztą w interesujący sposób, bo narrator zrzuca z siebie odpowiedzialność za własne czyny czy nawet myśli, od pewnego momentu relacjonując wszystko za pomocą imiesłowów: zrobiło się, pomyślało się, poszło się.  Wewnętrzna przemiana bohatera i przejście od stanu poczucia niepewnej tożsamości do stanu, który ogół nazwałby normalnością jednocześnie ilustruje przemianę świata ogarnianego przez zlodowacenie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W tym miejscu ponownie można postawić pytanie o faktyczną głębię metafory proponowanej przez pisarza. Dukaj drobiazgowo zaprojektował łańcuch zależności między fizycznymi właściwościami pierwiastka z kosmosu, tungetytu a społeczną wizją Rosji A.D. 1924, czy stanem psychiki Benedykta Gierosławskiego.&lt;/strong&gt; Wszystko zasadza się na założeniu, że nowy typ energii, którym promieniuje tungetyt porządkuje materię, zmuszając atomy wszelkiej substancji do karnego ułożenia się twarde struktury. Tak jak dotyczy to stali, która po potraktowaniu chłodem lutych staje się zimnazem, tak samo dotyczy i ludzi, których choroby stają w miejscu, podobnie jak i wszelkie procesy przemiany osobowości. Ludzie zaś, niczym atomy zimnaza, utrwaleni w swoich skłonnościach stają się przewidywalni, obliczalni.  Ma to generalnie pozytywny wpływ na jakość życia społecznego, bo wszyscy wiedzą, czego się wzajemnie po sobie spodziewać. Kłamcy kłamią, złodzieje kradną, inżynierowie projektują, rewolucjoniści spiskują, łapownicy biorą, policja inwigiluje itd. itp. W miejsce chaosu pojawia się gra interesów, idei i czytelny układ sił, dzięki któremu kapitalizm rusza pełną parą, rozsadzając zmurszałe struktury ostatniej nowożytnej monarchii absolutnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tytułowy lód  nie jest więc poetycką przenośnią, ale elementem eksperymentu myślowego, który wedle założeń skrajnego mechanicyzmu stany psychiczne, zjawiska społeczne i przebieg historii tłumaczy ruchami atomów. Dlatego z resztą „Lód” wypada kwalifikować jako literaturę z pogranicza science-fiction.  &lt;/strong&gt;Oczywiście nagła erupcja zimnego bogactwa i szybka przemiana społeczna carskiego imperium w powieści przywodzi na myśl zjawiska oglądane dziś, gdy napływ petrodolarów tchnął nowe życie w putinowską Rosję, ale Dukaj unika wikłania się w jakiekolwiek dalsze analogie.  I to zaskakuje, bo mniej więcej do połowy powieści czytelnik trwać może w przekonaniu, że prawdziwa satysfakcja z obcowania z tą literaturą pochodzi z eksplorowania symboli, którymi zaszyfrowana jest historia lub współczesność, natura ludzi i społeczeństw. Tymczasem zakodowana jest zagadka tungetytu, dylemat logiczno-filozoficzny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Swoją powieść Dukaj stworzył niczym jubiler, zegarmistrz i konstruktor  fikcyjnego świata, pełnego  detali. Są nimi świetne sceny, czasem dialogi, mnóstwo pejzaży i nazwiska prawdziwych osób oraz fragmenty nieznanych szerzej tekstów, jak &lt;a href="http://pl.wikisource.org/wiki/List_go%C5%84czy_za_J%C3%B3zefem_Pi%C5%82sudskim_(1887)"&gt; prawdziwy list gończy za Józefem Piłsudskim z 1887 roku &lt;/a&gt;(to samo pytanie, co w przypadku bekieszy – kto z Państwa wiedział, że Naczelnik miał brodawkę na czubku lewego ucha?). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SVKTXj6z_uI/AAAAAAAAAMw/kowbBtuORlA/s1600-h/Pilsudski_list_gonczy.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 262px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SVKTXj6z_uI/AAAAAAAAAMw/kowbBtuORlA/s320/Pilsudski_list_gonczy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5283447345847205602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Im więcej erudycji wykaże czytelnik, im więcej wiedzy, pozwalającej docenić ogrom pracy dokumentacyjnej, która musiała towarzyszyć pisaniu, tym większa będzie satysfakcja z obcowania z tą powieścią.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Dlatego  nasuwa się jedna, żartobliwa odpowiedź Pawłowi Duninowi-Wąsowiczowi, który wychwalając „Lód” na łamach tygodnika „Polityka” powiedział, że ta powieść jest tak bogata, że aż sam chciałby nią być. Otóż różnica między Panem, Panie Pawle, a tą książką najwidoczniej wcale nie jest taka wielka. &lt;br /&gt;Czego sobie i Państwu życzę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Przesyt rodzi niedosyt - to aforyzm autorstwa Leszka Kumora.&lt;br /&gt;[2] Absolutnie fascynującą uwagę dot. głównego założenia fabuły poczynił pewien internauta na &lt;a href="http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=902&amp;w=72879610&amp;v=2&amp;s=0"&gt;forum gazeta.pl&lt;/a&gt;. Równie odważny scenariusz historii alternatywnej można jego zdaniem skonstruować bez uciekania się do idei nowego pierwiastka chemicznego. Wystarczyłoby założyć, że meteoryt tunguski spada nie o 00:17 lecz pięć godzin później, na Petersburg. Anihilacja stolicy imperium oraz elit w zasadzie kończy historię jaką znamy i zaczyna zupełnie inną.  &lt;br /&gt;[3] Tekst &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,76842,4729837.html"&gt;TUTAJ&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;[4] Cytat pochodzi ze strony &lt;a href="http://www.dziennikarzerp.wroclaw.pl/polacy.html"&gt;http://www.dziennikarzerp.wroclaw.pl/polacy.html&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[5] Tekst wywiadu dostępny również na &lt;a href="http://niniwa2.cba.pl/lewiatan_wierzbicki_wywiad.htm"&gt;TUTAJ&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;[6] „Opisanie zabajkalskiej krainy w Syberyi przez Agatona Gillera” t.3, s.16, Lipsk 1864. Książka dostępna na books.google.pl&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-6667754016924077188?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/6667754016924077188/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=6667754016924077188' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6667754016924077188'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6667754016924077188'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2008/12/brodawka-naczelnika.html' title='Urok brodawki Naczelnika'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SVJ6SpZACsI/AAAAAAAAAMY/gr4DS87L0mU/s72-c/Lod_Dukaj_okladka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-2308239708223698473</id><published>2008-10-08T17:40:00.028+01:00</published><updated>2008-12-24T18:56:50.806+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Dark Knight&quot; w reż. Ch.Nolana'/><title type='text'>Niech nas Batman broni!</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SOzota0i3iI/AAAAAAAAAKw/43i44pbVXEo/s1600-h/DARK_KNIGHT_PLAKAT.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SOzota0i3iI/AAAAAAAAAKw/43i44pbVXEo/s200/DARK_KNIGHT_PLAKAT.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5254830732225994274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Powiedzmy to sobie szczerze, czy film o facecie, który biega, skacze i fruwa przebrany w sztywny, gumowy strój nietoperza może być dobry? Nie. &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jak to się więc stało, że Chris Nolan, reżyser i współscenarzysta filmu „Dark Knight” - siódmego już o przygodach Batmana - jednak zaoferował nam rzecz niespotykanej wręcz jakości?&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otrzymaliśmy opowieść, w której samego Batmana można interpretować jako symboliczną figurę nasyconą głębokim sensem, a jego przypadki stają się parabolą  kilku najważniejszych problemów współczesnej Ameryki.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Wcześniej Nolan zrealizował opowieść o początkach Batmana –  &lt;strong&gt;"Batman Begins"&lt;/strong&gt; (2005) oraz m.in. bardzo smaczny kryminał &lt;strong&gt;„Bezsenność”&lt;/strong&gt; (2002) z niewyspanym Alem Pacino w roli głównej. Głównie jednak Nolanowi wdzięczni jesteśmy za &lt;strong&gt;„Memento” &lt;/strong&gt;(2000), niezwykle inteligentny i zaskakujący film opowiadany od końca a mimo to nie pozbawiony tajemnicy. To zamiłowanie do eksperymentów, zademonstrowane właśnie w „Memento” widoczne jest także w „Dark Knight”, bo tym razem &lt;strong&gt;Nolan (do spółki ze swoim bratem Jonathanem) z gruntu fantastyczną figurę Batmana po prostu obdarł z baśniowego kontekstu oferując zaskakująco realistyczną historię. &lt;/strong&gt;Być może ta bezceremonialność wobec kultowego bohatera amerykańskiej pop-kultury wynika z faktu, że Nolan jest Brytyjczykiem?  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obsada filmu wyraźnie sprzyja temu projektowi. Drugi już raz w rolę przebranego mściciela wcielił się &lt;strong&gt;Christian Bale&lt;/strong&gt;, młody przystojniak o ostrych rysach, który poprzednimi filmami wypracował sobie image twardziela targanego skrajnymi emocjami. Nie mógł więc dobrze komponować się z prostszą wizją superbohatera rodem z komiksu. &lt;br /&gt;Poszukiwanie nie bardzo zgranych twarzy opłaciło się producentom filmu także przy obsadzie roli Jokera, a więc czarnego charakteru tej opowieści. W owej roli wystąpił &lt;strong&gt;Heath Ledger&lt;/strong&gt;, młody i nie żyjący już aktor, któremu w świetnej kreacji nie przeszkodziła uroda blond efeba. W jego interpretacji szaleństwo destrukcji, które zawsze uosabiał Joker, jest tak uderzająco charyzmatyczne, że po prostu przestajemy zwracać uwagę na fizys aktora.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warta uwagi jest  takża obsada pozostałych ról: &lt;strong&gt;Aarona Eckharta &lt;/strong&gt;jako prokuratora Harveya Denta oraz &lt;strong&gt;Maggie Gyllenhaal&lt;/strong&gt;, czyli filmowej Rachel Dawes – byłej kochanicy Batmana. Eckhart dysponuje wręcz komiksową urodą, z twardą i mocno zaznaczoną szczęką a jednak to nie on otrzymał propozycję zagrania głównej roli. Podobnie też trochę wbrew urodzie w filmie występuje Gyllenhaal. Jej atutem są naturalna uroda oraz wdzięk, które czynią z niej zwykłą, sympatyczną dziewczynę nie zaś wybrankę miliardera, którym przecież Batman jest „z zawodu”. Obecność p. Gyllenhaal w filmie jest też miłym złamaniem konwencji obowiązującej w niektórych hollywoodzkich produkcjach, gdy w roli „zwykłych osób” obsadzane są zjawiskowo piękne gwiazdy, na widok których powinien stawać ruch uliczny a zapatrzeni mężczyźni wpadać na latarnie – tak się jednak nie dzieje.  Dobrym przykładem takiej niewiarygodności była &lt;strong&gt;Kate Beckinsale &lt;/strong&gt;w &lt;strong&gt;"Pearl Harbor"&lt;/strong&gt; (2001). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Recenzentka gazety New York Times dostrzegła  w filmie wiele nawiązań do współczesności, ale przestrzegała przed zbyt dosłownym jego odczytywaniem&lt;/strong&gt; – “&lt;em&gt;Like any number of small- and big-screen thrillers, the film’s engagement with 9/11 is diffuse, more a matter of inference and ideas (chaos, fear, death) than of direct assertion.&lt;/em&gt;” [1]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jednak prosty zabieg maksymalnego streszczenia fabuły dość wyraźnie ukazuje jej sens: obrońcy ludzkości (na czele z Batmanem) usiłują zachować moralność, walcząc z niezniszczalnym terrorystą, który odebrać chce im duszę. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Cała reszta to bieganie, strzelanie oraz kobieta, która nie może żyć z kimś, kto w gumowym płaszczu biega non-stop za przestępcami, zamiast kupować kwiaty i czekoladki.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W tym momencie wypada powtórzyć słynne pytanie towarzysza Jasińskiego z serialu „Dom” – mówi to Panu coś?&lt;/strong&gt; To przecież esencja problemu, jaki z terroryzmem ma Ameryka a wraz z nią cały tzw. wolny świat.  Wielce wymowny jest ten moment w filmie, gdy Batman prosi policjantów o chwilę sam na sam ze schwytanym Jokerem. Rzecz jasna nie po to, by pogładzić go po włosach. Na marginesie, jest to ciekawy zabieg dramaturgiczny: z jednej strony mamy dość ograną scenę „prania na komisariacie” , z drugiej zaskoczenie jednak gwarantowane, bo tylko wczesny Batman z lat 40-ych XX wieku podobnie się zachowywał a tego przecież widownia już nie pamięta. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zaskoczenie tym większe, że bicie związanego przeciwnika w filmach amerykańskich zarezerwowane do tej pory zarezerwowane było tylko dla mafii lub bohaterów o podobnym statusie etycznym. Nawet inspektor Callahan, czyli słynny „Brudny Harry” nie brudził sobie rąk krwią w ten sposób&lt;/strong&gt;, zawsze dając przeciwnikowi szansę w walce. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co więcej, o ile moralne zwycięstwo bitego nad bijącym, w filmie a pewnie i w życiu, z racji okoliczności nie bywa powodem do satysfakcji, to tym razem Joker wyraźnie cieszy się, zyskuje przewagę oraz osiąga swój cel. Udowadnia, że nie ma reguł, których nie można by złamać. Pokazuje, że cały świat wartości jest względny i nie ma ludzi, jednostek nieskalanych a wykazanie tej cynicznej prawdy było jego celem –„ &lt;em&gt;This is what happens when an unstoppable force meets an immovable object&lt;/em&gt;”[2]. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Batman w jeszcze jednym momencie pada ofiarą pokusy, by łamiąc wszelkie zasady rozprawić się z Najwyższym Złem reprezentowanym przez Jokera. Staje się tak, gdy za pomocą swoich pieniędzy oraz super wynalazków (słynny samochód, zwany bat-mobilem czy prawie tak samo słynny motocykl to tylko niektóre z nich) postanawia podsłuchiwać wszystkich mieszkańców Gotham City. Łapie co prawda wroga, ale przekracza pewną granicę, co uzmysławia mu Lucius Fox, jego przyjaciel i pracownik grany przez Morgana Freemana. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koniec jednak Batman nie może przegrać i „przejść na ciemną stronę Mocy”. Nie może, bo mimo pewnej aktualności filmu nie taka jest funkcja super-bohaterów. Nie może także, gdyż nie taką rolę odgrywa w scenariuszu. Batman uosabia nadzieję, że mimo bezwzględnych metod walki z terroryzmem można zachować duszę. &lt;strong&gt;Wielkim przegranym tej historii jest natomiast Harvey Dent, szlachetny prokurator. To on, zgodnie z nietzscheańską sentencją „jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie”, nie wytrzymuje presji i staje się  potworem, wrogiem ludzkości, jak sam Joker&lt;/strong&gt;. Jego klęska przypomina nam, że ofiarą wojny padają także zwycięzcy, w których głowach trwa ona bez końca. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Los samego Batmana nie jest do pozazdroszczenia. Znienawidzony przez tych, których miał bronić, w oczach społeczeństwa staje się wyrzutkiem, niechcianym strażnikiem. &lt;/strong&gt;Jego postać staje się w ten sposób realistycznie dramatyczna, bo przecież podobna kolej rzeczy jest udziałem wszystkich rządzących, którzy nieopatrznie zdradzą rządzonym jaką cenę trzeba naprawdę płacić za spokój i dobrobyt. &lt;strong&gt;Winston Churchill ze swoim programowym cynizmem („Wierzę tylko w te statystyki, które sam sfałszowałem”) był Anglikom potrzebny do prowadzenia wojny, potem niewdzięczne społeczeństwo szybko mu podziękowało. &lt;/strong&gt;Miliony obywateli wolnego świata nie chcą tak naprawdę znać brudnych sekretów tajnych służb ani metod, jakimi budowane są fortuny i potęga korporacji. I to zrozumiałe z punktu widzenia psychologii, bo przecież radosna czynność robienia zakupów nie może się łatwo wiązać z serią bolesnych wyborów czy wybrać produkt korporacji niszczącej dziewicze lasy nad Amazonką, czy też może tej drugiej, która zatruwa rzeki w Indiach a może jeszcze innej, wyzyskującej dzieci w Indonezji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Filmowy porucznik Gordon (w tej roli Gary Oldman) ujmuje to tak: “&lt;em&gt;Because he's the hero Gotham deserves, but not the one it needs right now...and so we'll hunt him, because he can take it. Because he's not a hero. He's a silent guardian, a watchful protector...a dark knight.&lt;/em&gt;”&lt;/strong&gt;[3] &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Nie trzeba się wytężać by przyjąć, że ten punkt widzenia może być silnym argumentem w debacie politycznej, która toczy się nie tylko w USA ale nawet i Polsce. Ktoś będzie musiał wziąć na siebie polityczną czy formalną odpowiedzialność, jeśli kiedykolwiek zostanie bezsprzecznie potwierdzone, że na terenie naszego kraju znajdowały się więzienia CIA, w których torturowano schwytanych terrorystów. &lt;/strong&gt;I nie ulega wątpliwości, że tylko akt terroru na polskiej ziemi (odpukać!) stałby się momentalnie okolicznością absolutnie łagodzącą to bezprawie. Łagodzącą tylko psychologicznie, bo przecież nie wynikającą z reguł prawa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo dobre dialogi, obsada i gra aktorska a przede wszystkim inteligentne nawiązania do współczesności czynią z tej części przygód Batmana film wyjątkowy. Dzieło bez wątpienia będące przykładem masowej kultury, ale w jej najlepszym wydaniu. Film poprzez realizm odniesień tłumaczy oraz symbolizuje szereg istotnych problemów współczesności. Prowokuje do myślenia i samodzielnego poszukiwania argumentów na rzecz takiego lub innego stanowiska. &lt;strong&gt;Czy z faktu, że Batman zachował duszę i przetrwał brutalną walkę z Jokerem płynie dla nas nadzieja? Może wręcz przeciwnie? Może sens tego jest taki, że tylko komiksowi super-bohaterowie mogą przetrwać to, co jest udziałem współczesnych społeczeństw i pozostać sobą? Morał proszę wybrać samemu, zależnie od poglądów.  &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto nie widział w kinie już niebawem ma szansę zobaczyć na domowym odtwarzaczu. Premiera DVD 9 grudnia. Pod choinkę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]„Tak jak wiele innych telewizyjnych czy kinowych dreszczowców i ten film pozostaje w luźnym związku z wydarzeniami z 11 września, wyciągając z nich wnioski czy budując wyobrażenia chaosu, strachu i śmierci a nie precyzyjne twierdzenia.” – tłum. własne (MS).&lt;br /&gt;[2]„Oto co się dzieje, gdy nieskończona siła trafia na przeszkodę, nie do poruszenia” – tłum. własne (MS).&lt;br /&gt;[3] „Jest bohaterem na którego to miasto zasługuje. Choć w tej chwili po prostu nie potrzebuje… Ruszy więc nagonka. Ruszy, bo on to wszystko zniesie. Ruszy, bo wtedy nie będzie już bohaterem. To nasz skryty obrońca, czujny strażnik… Mroczny rycerz” – tłum. własne (MS).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-2308239708223698473?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/2308239708223698473/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=2308239708223698473' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/2308239708223698473'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/2308239708223698473'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2008/10/niech-nas-batman-broni.html' title='Niech nas Batman broni!'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SOzota0i3iI/AAAAAAAAAKw/43i44pbVXEo/s72-c/DARK_KNIGHT_PLAKAT.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-6268375428484108952</id><published>2008-08-20T17:17:00.012+01:00</published><updated>2008-10-08T19:56:05.404+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Szepty&quot; Orlando Figesa'/><title type='text'>Psychologia stalinizmu</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SKxV9kYzxOI/AAAAAAAAAHw/aUPHmSLM5GU/s1600-h/SZEPTY_okladka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SKxV9kYzxOI/AAAAAAAAAHw/aUPHmSLM5GU/s200/SZEPTY_okladka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236654982953157858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Oto jedna z najbardziej niezwykłych definicji szczęścia - „&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Miałem szczęście, że mój ojciec nie został aresztowany, że moi nauczyciele szkolni byli doświadczeni i przyzwoici, ze nie walczyłem w kampanii fińskiej, że nigdy nie byłem ranny, że najtrudniejsze lata niewoli spędziłem u estońskich chłopów, że nie umarłem podczas pracy w kopalni niemieckiej, że nie zostałem rozstrzelany przez ustępujące oddziały SS, że nie torturowano mnie podczas przesłuchań, że nie umarłem podczas transportu do obozu pracy, choć ważyłem tylko 48 kilogramów przy wzroście 180 centymetrów, że znalazłem się w sowieckim obozie pracy, gdy Gułag nie był już taki straszny jak przedtem.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;”&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Te słowa pewnego radzieckiego weterana II wojny światowej, ciężko doświadczonego przez los, pokazują w jakim świecie przyszło żyć kilku generacjom obywateli ZSRR. &lt;strong&gt;Najciężej zostało doświadczone pokolenie roku 1923, a więc chłopców osiemnastoletnich w momencie wybuchu wojny. Spośród nich przeżyło tylko 3%. &lt;br /&gt;A jednak czasy tej okrutnej rzezi a często i bezsensownej ofiary wielu Rosjan wspomina bardzo dobrze, jako najlepszy okres życia.&lt;/strong&gt; Co zatem sprawiło, że na tle realiów życia codziennego w Związku Sowieckim lata II wojny światowej wydają się chwilą ulgi?  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Między innymi na to pytanie odpowiada Orlando Figes w swoich powszechnie docenianych „Szeptach” (Warszawa, 2008)&lt;/strong&gt;. Autor jest cenionym brytyjskim historykiem, ale mimo jego niewątpliwej znajomości tematu i biegłości, nie podołałby samodzielnie wielkiemu zadaniu jakie przed sobą postawił pisząc tę książkę. Powstała ona na bazie setek rozmów prowadzonych ze zwykłymi ludźmi, którzy wszyscy bez wyjątku albo wprost albo w bardziej metaforycznym sensie stali się ofiarami systemu stalinowskiego. &lt;br /&gt;Dzięki temu, ale także dzięki obszerności prezentowanego materiału czytelnik ma uzasadnione wrażenie obcowania z historią autentyczną, którą sam Figes przeciwstawia relacjom pamiętnikarskim, wielokrotnie przetwarzanym, gdzie autentyczne wspomnienia zostały wyparte choćby przez zaczerpnięte z literatury wzory (to częste zjawisko jego zdaniem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To ogląd komunizmu od środka, widzianego oczami jego ofiar  i pozwala odczuć, a nie tylko zrozumieć grozę rzeczywistości radzieckiej lat 20-ych i 30-ych. Choć Figes nie jest psychologiem, stworzył pracę, która w istocie jest nie tyle historią społeczną ale wręcz historią psychologiczną, stawiając w centrum zainteresowań emocje i prywatny świat ludzi. Świat, który wystawiony był na potężne ciosy. &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt; „Lubiłam czytać pismo dla dzieci „Murziłka”, które miało na okładce hasło: „Mamo, tato! Obalimy waszą władzę!”. Pismo wzywało dzieci, żeby zmieniły styl życia, połączyły razem wszystkie swoje zabawki i zorganizowały się w klub, podobny do pionierów. Przewodziłam dzieciom z naszej klatki schodowej. Czytałam na głos pismo i objaśniałam treść artykułów członkom mojego klubu. Administracja domu oddała nam piwnicę na zebrania klubowe. Obwiesiliśmy ściany portretami bohaterów rewolucji i przechowywaliśmy tam swoje zabawki” – s.24&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Tak wspomina swoje dzieciństwo jedna z bohaterek &lt;strong&gt;„Szeptów”&lt;/strong&gt;. I jest to dość dobra ilustracja zamiarów, jakie wobec rodziny z początku miała władza sowiecka. W połowie lat trzydziestych nastąpił jednak znaczący zwrot kursu, który Stalin wyraźnie anonsował w swoich przemówieniach. Kolektywne wychowanie dzieci czy kolektywne życie prywatne stały się mrzonką, nigdy nie zrealizowaną ideą, wyznawaną tylko przez fanatyczne środowiska, marzące o domach ze wspólnymi, wielkimi sypialniami, gdzie żyliby ludzie mając nawet wspólną pościel czy garnki. Ustrój osaczał jednak ludzi od innej strony, wprowadzając w ich życie ciągły strach przed wszechobecnym niebezpieczeństwem donosu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie w  lokalach komunalnych, gdzie w każdym pokoju zakwaterowana była inna rodzina, za ścianą żyły obce osoby, pozbawione było w zasadzie prywatności. Każda rozmowa mogła być podsłuchana, zadenuncjowana jako przejaw wrogiej postawy wobec ustroju a skutki tego były fatalne. To między innymi dlatego w życiu prywatnym, w języku intymnym zaczęła gościć nowomowa i język oficjalny. Figes pieczołowicie dokumentuje przykłady tego procesu. &lt;strong&gt;Cudzysłowy chronią  w tekście autentyczne zwroty z epoki odnoszące się  do postaw, najczęściej oznaczanych jako godne pochwały albo  potępienia. Stąd wiemy, że od obywateli wymagano by byli „&lt;em&gt;gotowi oddać życie za władzę sowiecką&lt;/em&gt;”, akceptowali „&lt;em&gt;likwidację indywidualizmu&lt;/em&gt;”, postrzegali czas rewolucji jako „&lt;em&gt;heroiczny okres&lt;/em&gt;”, brzydzili się „&lt;em&gt;zgniłymi inteligencikami&lt;/em&gt;”, podporządkowali swoją ocenę rzeczywistości „&lt;em&gt;niedosiężnej władzy&lt;/em&gt;” partii. A łatwo było zbłądzić! Wystarczyło mieć wątpliwości i dzielić się nimi z otoczeniem, by zagrozić „&lt;em&gt;jedności partii&lt;/em&gt;” (lata 20-te), uprawiać „&lt;em&gt;antysowiecką propagandę&lt;/em&gt;” (lata 30-te)  czy nawet „&lt;em&gt;siać defetyzm i zwątpienie&lt;/em&gt;” (lata 40-te).  Wszak proletariuszy czekała tylko „&lt;em&gt;świetlana przyszłość&lt;/em&gt;”, w której nie było miejsca dla „&lt;em&gt;kułackiego rodu&lt;/em&gt;”, „&lt;em&gt;sabotażystów”, „szkodników&lt;/em&gt;”  czy wszelkich „&lt;em&gt;dwulicowych elementów, które oszukują partię, które ukrywają przed nią swoje prawdziwe dążenia &lt;/em&gt;”. Słowem zostać mieli tylko swoi – żadnych „&lt;em&gt;obcych elementów&lt;/em&gt;”. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Prawdziwie szokujące jednak są obecne w książce przejawy tak zupełnego podporządkowania propagandzie, że z dzisiejszego punktu widzenia wydaje ono się niezwykle bliskie stanom głębokiego rozstroju psychicznego. Zapowiedzią tego jest już okładka &lt;strong&gt;„Szeptów”&lt;/strong&gt;, na której widać fotografię, zapewne rodzinną, z wymazaną twarzą. Była to praktyka spotykana w rodzinach, w których bliscy wyrzekali się aresztowanych, odwracali się od nich, racjonalizując w ten sposób tragedię. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„&lt;em&gt;Och, jaki on dla mnie niepojęty! A jeśli tak, to jak bardzo nim gardzę, jak bardzo nienawidzę jego podłej i tchórzliwej, ale dla mnie niepojętej duszy!... Och, jak on umiał udawać!&lt;/em&gt;”  - pisała w swoim dzienniku Julia Piatnicka próbując zrozumieć aresztowanie męża, wysokiego działacza komunistycznego.&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;Ale szczególnie łatwo wpływowi takiej propagandy poddawały się także dzieci, które szczególnie boleśnie odczuwając natychmiastowy stygmat rodziny „wroga ludu” darzyły aresztowanych rodziców niechęcią. Ofiary więc były nierzadko pozbawione wszelkiego wsparcia nawet po aresztowaniu, co między innymi pozwala zrozumieć dlaczego i one, mimo własnej krzywdy, nie umiały się wydostać z tego zaklętego kręgu kłamstwa propagandy. „&lt;em&gt;Jakiż wstyd, że nic o tym nie wiedziałem […]  Gdybym tylko wcześniej wiedział, jak nauka historii poszerza horyzonty i pozwala właściwie rozumieć generalną linię partii.&lt;/em&gt;”  - tymi słowami błędów w swoich przekonaniach doszukiwał się skazany geolog Paweł Wittenburg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brak oparcia w rodzinie, brak oparcia w jakiejkolwiek instytucji, która mogłaby być konkurencyjna wobec władzy (bo wszystkie zostały wyeliminowane), to jednak tylko część możliwego wyjaśnienia dla tego zachowania. Zgodnie z przyjętą metodą pisarską i badawczą &lt;strong&gt;Orlando Figes konstruuje swój tekst tak, by dopiero czytelnik ocenił opisywane postawy pod względem etycznym i wyjaśnił ich przyczyny[1]. Może to być poczytywane za słabość książki.  „Szepty” opowiadają o ludzkich emocjach, o tym jak życiem ludzi rządził strach, pozbawione są jednak próby wyjaśnienia pokazanych zjawisk z punktu widzenia psychologii czy socjologii. &lt;/strong&gt;Czytelnik otrzymuje czasem szokujące a czasem intrygujące opisy postaw i zachowań, ale autor przeważnie nie pomaga ich zrozumieć.&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;Tymczasem wiele eksperymentów współczesnej psychologii stanowi interesujący kontekst dla opisywanych przez Figesa zachowań. Już sam głód gnębiący stalinowską Rosję co najmniej parokrotnie i to różne jej regiony, wydaje się pierwszą okolicznością sprzyjającą  osłabieniu więzi społecznych. Właśnie wpływ głodu na zachowanie ludzkie był przedmiotem eksperymentu psychologicznego, który po II wojnie światowej przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych. &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Przez pół roku 36 ochotników w wieku od 20 do 33 lat głodowało, to znaczy dzienne zapotrzebowanie na pożywienie z około 3500 kalorii zredukowano im do 1570 (oczywiście zredukowano im nie zapotrzebowanie, ale dostarczane kalorie – przypis mój, MS). Mimo takich ograniczeń, stworzonych warunków nawet w przybliżeniu nie można było porównać z tymi, w jakich żyje wielu ludzi mieszkających w krajach Trzeciego Świata, na obszarach dotkniętych klęską głodu. Osoby badane znajdowały się pod bezustanną opieką lekarską, ich problemami zdrowotnymi zajmowano się natychmiast. […] Wzmożone zajmowanie się pożywieniem doprowadziło wkrótce do stopniowego zanikania innych zainteresowań i emocji. Głodujący stawali się wobec całego otoczenia coraz bardziej obojętni. Tracili poczucie humoru. Zmieniło się także ich zachowanie społeczne, wielokrotnie okazywali brak taktu. Mężczyźni coraz mniej przejmowali się swoimi przyjaciółkami, niektórzy nawet zupełnie  zerwali istniejący związek. Ucierpiała na tym również moralność – niektóre osoby dopuściły się kradzieży pożywienia i innych rzeczy. ” - G.Mietzel „Wprowadzenie do psychologii” s.264, Gdańsk 1999&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Inne słynne, klasyczne już dziś eksperymenty psychologiczne Milgrama (1965, 1974) oraz Zimbardo (1971) pozwalają zrozumieć dlaczego jak to możliwe, że miliony ludzi zadały tak niewyobrażalną krzywdę swoim współobywatelom. Pierwszy eksperyment badał podatność ludzi na wpływ autorytetu skłaniającego ich do zadania bólu obcym. Jak się okazało, zdumiewająco duża liczba ludzi gotowa była potraktować swoich bliźnich prądem o zabójczo wysokim napięciu, i to mimo wyrzutów sumienia, jeśli tylko tak kazał prowadzący eksperyment psycholog. Po wszystkim Stanley Milgram nie krył swego pesymizmu mówiąc: &lt;br /&gt; &lt;blockquote&gt;„Dużo ludzi robi to, co się im powie, nie zważając na cel wymaganego od nich czynu i bez ograniczeń sumienia. Robią to w każdym razie tak długo, dopóki zakładają, że rozkaz wychodzi od uznanego autorytetu.”  - G.Mietzel „Wprowadzenie do psychologii” s.287, Gdańsk 1999.&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Jeszcze lepiej znany jest chyba eksperyment Philipa Zimbardo (1971), który studentów ochotników podzielił na dwie grupy, strażników i więźniów. Jak wiadomo, badacz szybko był zmuszony przerwać badania, gdyż uwolniony sadyzm oraz mechanizmy grupowego zachowania sprawiły, że całość stała się niebezpieczna dla uczestników. Tu trzeba wziąć pod uwagę fakt, że mimo całej wymowy sprowokowanych wydarzeń, warunki eksperymentu nawet nie umywają się do realiów okrutnego systemu stalinowskiego. Można więc powiedzieć, że Zimbardo stworzył burzę w szklance wody, gdy Figes opisuje kataklizm w skali tragicznie monumentalnej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ofiarami prześladowań w czasach stalinizmu padło zapewne ok. 25 milionów, nie licząc ofiar głodu ani II wojny światowej – jak pisze Figes we wstępie. Jedna ósma narodu została poddana opresji, co sprawia, że tylko terror Czerwonych Khmerów wydaje się zjawiskiem porównywalnych rozmiarów. &lt;strong&gt;Skrajne warunki, w jakich przyszło żyć milionom ludzi, w tym i bohaterom &lt;strong&gt;„Szeptów”&lt;/strong&gt; sprawiają także, że społeczeństwo sowieckie czasów stalinizmu jest bytem, wobec którego niektóre pojęcia psychologiczne zdają się tracić sens. Sygnalizuje to i sam Figes, gdy powołuje się na brytyjską historyczkę Catherine Merridale, która pisze iż „&lt;em&gt;pojęcie urazu psychicznego rzeczywiście nie stosuje się do Rosjan, jest im równie obce jak importowane maszyny, które zacierają się i odmawiają posłuszeństwa na syberyjskim mrozie&lt;/em&gt;” (s.514). &lt;/strong&gt;[2]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może jednak jest to efektem problemu, który sygnalizuje choćby w swojej klasycznej pracy „Neurotyczna osobowość naszyc h czasów” Karen Horney. Wszak te same zachowania w ramach jednej kultury mogą zostać zakwalifikowane jako neurotyczne czy odbiegające od normy, podczas gdy w ramach innej kultury stanowią normę. Urazy psychiczne mogą więc manifestować się rozmaicie w ramach rozmaitych kultur oraz być wywoływane przez rozmaite czynniki. &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Trudno też stosować niektóre pojęcia z dziedziny psychologii, bo szybko trafiamy na problem braku punktów odniesienia oraz kryterium normalności.  Wszak w tamtym czasie i miejscu prawie wszyscy zmuszeni byli do skrajnych zachowań: w obronie życia, godności czy statusu. Inaczej mówiąc, gdy społeczeństwo jest chore, wtedy trudno zdiagnozować jego poszczególnych członków.&lt;/strong&gt; Na przykładzie przywoływanej wyżej teorii Horney widać to szczególnie wyraźnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli mówi ona, że: „&lt;em&gt;we wszystkich nerwicach można, nie znając dokładnie struktury osobowości, wyróżnić dwie cechy charakterystyczne: pewną sztywność reakcji oraz rozbieżność między możliwościami a osiągnięciami&lt;/em&gt;” (K.Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Poznań, 1997, s.17) to warto zauważyć, że „sztywności reakcji” lub nawet posłusznej sztywności reakcji od każdego obywatela oczekiwali sternicy totalitaryzmu i była ona wtłaczana za pomocą propagandy a wprost gigantyczna rozbieżność między oczekiwaniami a osiągnięciami była i jest do dziś największym zagadką oraz przyczyną klęski omawianego ustroju. &lt;strong&gt;W przewrotny sposób można więc dalej rzec, że idealnym obywatelem stalinowskiej Rosji byłby osobnik zaprogramowany do zachowań quasi-neurotycznych.&lt;/strong&gt; Wszak, jak w innym momencie zauważa Horney: &lt;blockquote&gt;„Może wówczas po okresie ogólnej pogardy dla ludzi nastąpić kult bohaterów; może się pojawić jednocześnie kult mężczyzn z pogardą dla kobiet, lub odwrotnie, można też zaobserwować ślepy podziw dla paru osób przy równie ślepej pogardzie dla reszty  świata. „– K.Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Poznań, 1997, s.144 &lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;To przecież dość dobry opis podstawowych motywów propagandy bolszewickiej od lat 20-ych aż po lata kultu Stalina a potem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, z jej panteonem bohaterów w rodzaju Wasilija Zajcewa czy innych[3]. Jesteśmy więc w sytuacji, gdy cała kultura oficjalna miała cechy neurotyczne, zatem można założyć, że faktycznie trudno będzie w wielu przypadkach odróżnić ludzi po prostu indoktrynowanych od tych z nerwicą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Figes dokładnie opisuje postawy, zachowania lecz stara się nie tłumaczyć. Choć chwilami jednak i sam ulega tej pokusie (której ulegną także przecież wszyscy jego bardziej dociekliwi czytelnicy). Zacytujmy:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Psychoanaliza mówi, że  ludzie mający urazy psychiczne mogą je przezwyciężyć, umieszczając  swoje przeżycia w ogólnym kontekście, który nada im sens i cel. […] ofiary represji stalinowskich mogły tłumaczyć swoje doświadczenia życiowe za pomocą dwóch teorii i znaleźć dzięki nim jakiś sens w swoich cierpieniach. Są to: teoria przetrwania, którą odzwierciedlają wspomnienia byłych więźniów łagru – mówi ona, że to, co przeszli, stanowiło próbę charakteru, próbę zakończoną zwycięsko – i teoria sowiecka, w której uzasadnieniem cierpień był ideał komunistyczny, zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Narodowej albo bezprzykładne osiągnięcia Związku Sowieckiego.” – O.Figes „Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji”, Warszawa 2008, s. 536&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Wypada się zgodzić z takim postawieniem sprawy. Tym bardziej, że owa prawidłowość łatwa jest do zaobserwowania nawet wśród ludów niepiśmiennych, gdy rytuał bolesnej czy długotrwałej inicjacji społecznej podobnie integruje plemię, będąc ważnym i cennym wspomnieniem dla jego członków. W przypadku obywateli ZSRR chodziłoby także o przeżycia z okresu II wojny światowej, która choćby w samym Leningradzie zebrała około miliona ofiar cywilnych. W innym słynnym mieście, Stalingradzie, z 850 tysięcy mieszkańców pozostała tylko garstka. Spis wykonany w 1945 roku wykazał tylko… 1500 mieszkańców[4]!&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jak się okazuje te lata niezwykłych wyrzeczeń i cierpienia w pamięci wielu Rosjan zapisały się lepiej niż  całe dwudziestolecie międzywojenne. Z marszu można podać tu dwa wyjaśnienia owego fenomenu. &lt;br /&gt;Po pierwsze, w tym czasie zelżał żelazny uścisk terroru komunistycznego. Propaganda zmieniła swoją treść, stawiając na pierwszym miejscu naród i jego ofiarność, nie zaś posłuszeństwo partii. Cały wysiłek ustroju został nakierowany na walkę z najeźdźcą oraz mobilizację mas. To dlatego m.in., jak podaje Figes: „&lt;em&gt;[…] w styczniu 1943 kierownictwo partyjne  przywróciło oficerskie epolety noszone przez carskich oficerów, znienawidzony symbol starego reżimu zniesiony po 1917 roku ; w lipcu egalitarnego „towarzysza” zastąpił „oficer”. Z Wielkiej Brytanii importowano złote galony i choć urzędnicy brytyjscy byli oburzeni, że muszą wysyłać takie zbytkowne ozdoby, bynajmniej nie miały one tylko dekoracyjnego znaczenia. […] W latach 1941-1945 żołnierzom sowieckim przyznano łącznie jedenaście milionów medali – osiem razy więcej niż żołnierzom amerykańskim. Żołnierz sowiecki otrzymywał odznaczenie już kilka dni po akcji, podczas gdy Amerykanie musieli zwykle czekać na nie pół roku&lt;/em&gt;” (s. 358). Bezpieka przestała być wszechwładna, czego wyrazem była na przykład decyzja o pozbawieniu komisarzy politycznych wpływu na dowództwo jednostek. A najciekawsze jest to, że gdy zelżał terror ludzie powszechnie zaczęli wypowiadać się w sposób zupełnie nie do pomyślenia parę lat wcześniej (podobnie pisze Beevor, „Stalingrad”, 1998). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie, jest też pewna interesująca okoliczność dla której wspomnienia wojenne mogą być milsze niż myśl o latach terroru stalinowskiego. &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Podczas drugiej wojny światowej u mieszkańców dość regularnie bombardowanych miast odkryto mniej oznak strachu i zaniepokojenia niż u ludności wiejskiej, która wprawdzie była atakowana z powietrza rzadziej, ale niespodziewanie (Vernon, 1941)” - G.Mietzel „Wprowadzenie do psychologii” s.332, Gdańsk  1999&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Kluczowe jest tu słowo „niespodziewanie”.  Porównując zagrożenie terrorem bezpieki oraz niebezpieczeństwo wojenne, to drugie jest zrozumiałe, do przewidzenia czy nawet do zracjonalizowania. Wojna w pewnym sensie tłumaczy śmierć i ofiarę. Rzadziej, ale niespodziewanie „atakowało” natomiast NKWD. I to jest przecież istota terroru. Uderzyć tak, by się bali. By żyli w strachu tak wielkim, jak ten mężczyzna opisany przez Figesa, co przez parę lat czekał nocami na aresztowanie siedząc w kuchni, ubrany w garnitur.Taki strach musiał przetrwać całe dziesięciolecia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Szepty” &lt;/strong&gt;powstały dzięki współpracy Figesa z organizacją &lt;strong&gt;„Memoriał”&lt;/strong&gt;, która od końca lat 80-ych zajmowała się dokumentacją zbrodni reżimu komunistycznego. Wywiady ze starymi ludźmi, którzy przez całe życie chowali głęboko pamięć o ciężkich przeżyciach ujawniły głęboko zakodowany strach sprzed półwiecza. &lt;strong&gt;Wielu z rozmówców otrzymało pierwszy raz w życiu możliwość podzielenia się swoimi przeżyciami, dokonując nierzadko bolesnego rozliczenia ze swoją słabości. &lt;br /&gt;Książka ta stała się więc swoistą terapią przy pomocy historii. Przypadek to zaiste wyjątkowy. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] "Look, the days have - or should have - long passed when the historian stands in his Olympian position and tells you: this is what happened, this is what it means, this is what you should think about it. I structure my history in a literary way in which different readers can get different responses out of it.” - &lt;a href="http://www.guardian.co.uk/books/2008/jul/14/history.samueljohnsonprize"&gt;www.guardian.co.uk&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[2] Należy jednak niezwykle ostrożnie korzystać z takich uogólnień, bo bywają one ufundowane na niezrozumieniu i lekceważeniu Rosji czy także szerzej Europy Wschodniej. Krytycznie i obszernie to zjawisko opisywał Norman Davis („Europa – między Wschodem a Zachodem”, Kraków 2007),  a także Maria Janion („Niesamowita słowiańszczyzna”, Warszawa 2007).&lt;br /&gt;[3] Na osobne rozważania zasługuje w ogóle kwestia, czy przypadkiem sama rewolucja nie była reakcją o podłożu właśnie neurotycznym. Biorąc pod uwagę biografie wielu rewolucjonistów oraz charakter stworzonego przez nich opresyjnego imperium, więcej uwagi domaga się choćby i ta obserwacja Horney:  „&lt;em&gt;U osób, u których dominuje pragnienie zdobycia prestiżu, wrogość manifestuje się zwykle w chęci poniżania innych. Skłonność ta jest najsilniejsza u osób, które zostały boleśnie zranione w swej godności, a które w efekcie szukają odwetu. Ludzie ci zwykle przeżyli w dzieciństwie wiele upokarzających doświadczeń związanych bądź z warunkami społecznymi, w jakich się wychowywali (na przykład przynależność do grupy mniejszościowej lub życie w biedzie, mimo że ma się jednocześnie bogatych krewnych), bądź z ich własną pozycją w rodzinie […]&lt;/em&gt;” – K.Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Poznań, 1997, s. 143. Rewolucja manifestacją neurozy – ta metafora ma raczej rangę bon mot’u niż poważnej propozycji badawczej. Wskazuje jednak ponownie na wyżej zarysowany problem odróżnienia skrajnych zachowań dyktowanych sytuacją, od „normalnych” zachowań dysfunkcyjnych.&lt;br /&gt;[4] Podaję za Wikipedią, patrz: &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_stalingradzka"&gt;http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_stalingradzka&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-6268375428484108952?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/6268375428484108952/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=6268375428484108952' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6268375428484108952'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6268375428484108952'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2008/08/psychologia-stalinizmu.html' title='Psychologia stalinizmu'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SKxV9kYzxOI/AAAAAAAAAHw/aUPHmSLM5GU/s72-c/SZEPTY_okladka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-4428698919020466903</id><published>2008-07-23T12:20:00.017+01:00</published><updated>2009-05-14T06:43:19.200+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Nomad&quot; - filmowy Kazachów portret własny'/><title type='text'>Marsz, marsz tatarski...</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SIcVM1mrrTI/AAAAAAAAAHg/FmcecNCCvZM/s1600-h/poster_NOMAD%5B1%5D.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SIcVM1mrrTI/AAAAAAAAAHg/FmcecNCCvZM/s200/poster_NOMAD%5B1%5D.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5226169202878688562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;Tego filmu w polskich kinach nie było. Przemknął tylko niczym meteor na festiwalu Era Nowe Horyzonty w 2007 roku a niedawno miał swoją premierę na DVD. &lt;strong&gt;„Nomad” &lt;/strong&gt;(2004)  to w odróżnieniu od słynnego „Borata” prawdziwy film rodem z Kazachstanu. Utrzymana w poważnej tonacji eposu narodowego opowieść traktuje o początkach państwa i kształtowaniu się tożsamości etnicznej Kazachstanu. Do wyprodukowania tego filmu zatrudniono międzynarodową ekipę specjalistów, uznanych aktorów amerykańskiego kina akcji  Jasona Scotta Lee i Marca Dacascosa  oraz… Milosa Formana jako producenta! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz dzieje się w XVIII wieku, gdy koczownicze plemiona mówiące językami kipczackimi, zamieszkujące obszar dzisiejszego Kazachstanu opierały się agresywnym dążeniom mongolskich plemion, zwanych Dżungarami. Przepowiednia kazała wtedy chanowi Mongołów zabić syna kazachskiego sułtana, następcę tronu. Dziecko, które w przyszłości ma zjednoczyć skłócone plemiona Kazachów i odeprzeć najeźdźców zostaje uratowane przez tajemniczego mędrca – żołnierza (Scott Lee). Treść przepowiedni poznajemy już na początku filmu i potem, w zasadzie spokojnie, możemy oglądać jej ziszczenie. W trakcie ginie okrutny sługa mongolskiego chana (Dacascos).&lt;br /&gt;      &lt;br /&gt;Główne role powierzono aktorom o wyglądzie europejsko-południowym, obcym jak na Kazachstan. Patrząc na Kuno Beckera i  Jaya Hernandeza trudno doszukać się w nich podobieństwa do kanonu urody azjatyckiej, który w roku 1660 sformułował inżynier Wilhelm Beauplan w słynnym dziele „Opisanie Ukrainy” – &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„[…] Nie są oni wysocy, a najwyżsi z nich nie przerastają naszych średnich. Ludzie to raczej małej anieżeli znacznej postury. Są krępi, lecz o dużych członkach i wysokich a szerokich brzuchach. Mają potężne barki, krótkie szyje, duże głowy z niemal okrągłą twarzą, szerokie czoło, mało rozchylone, ale za to bardzo czarne i dość podłużne oczy, krótki nos, dość małe usta, zęby bieli kości słoniowej, cere śniadą, włosy bardzo czarne, a twarde jak końskie włosie.”[1]&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;Pomijając ten jednak skromny defekt, film sprawia wrażenie, jakby przekazywał prawdziwy pod wieloma względami obraz ówczesnej historii.  To nie tylko zasługa pięknych kostiumów i scenografii, ale także efekt ścieżki dźwiękowej w języku kazachskim, którego oryginalne brzmienie fascynuje przez prawie dwie godziny.&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;Film miał powtórzyć sukces słynnych poprzedników tego gatunku, takich jak &lt;strong&gt;„Braveheart”&lt;/strong&gt;, ale w zasadzie nawet nie wyszedł z niszy. W Polsce nikt go nie zauważył, bo rzecz pokazano tylko na festiwalu Era Nowe Horyzonty. W Ameryce rozmach produkcji zrobił wrażenie, ale recenzenci okpili wysiłki twórców filmu, nie doceniając praktycznie niczego[2]. Rozmiar kasowej porażki również był spory. Film kosztował około 40 milionów dolarów. Na rynku amerykańskim zarobił jednak tylko… 70 tysięcy[3]. W zasadzie trudno nawet o bardziej wyrazistą definicję klapy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klęskę można tłumaczyć na parę sposobów. Zacznijmy od tego, że w filmie nie ma żadnej postaci, która dla widza mogłaby być reprezentantem zachodniego świata czyli samego oglądającego. Zdarzały się co prawda produkcje, które miały ten sam brak a jednak odnosiły sukces, ale one z kolei wszystkie albo uwodziły niezwykłym estetycznym stylem opowieści, jak &lt;strong&gt;„Przyczajony tygrys, ukryty smok”&lt;/strong&gt;(2000), albo rewolucjonizowały kino akcji nowymi pomysłami,  jak było w przypadku serii filmów z Brucem Lee w roli głównej. Kolejnym problemem jest także to, że tylko wyrobieni odbiorcy dostrzegą uzasadnienie dla absolutnej przewidywalności rozwoju akcji. Oczywiście w większości filmów tego typu łatwo domyślić się, że w finałowej walce wygra ten dobry a nie ten zły, ale rzadko przydarza się, aby całe napięcie zostało rozładowane na samym wstępie; w tym wypadku przez nieomylnego mędrca (Jason Scott Lee), który prorokuje Mongołom klęskę a Kazachom wiktorię. &lt;br /&gt;Wracając zaś dla uzasadnienia tego braku suspensu, problem zawiera się w pytaniu – czy gdyby ekranizowano opowieść o bitwie pod Cedynią, to obawialibyśmy się o zwycięstwo bohaterskich Polan pod przywództwem Mieszka i jego brata Czcibora? &lt;br /&gt;Epos narodowy ma być opowieścią o szlachetnej odwadze, nie zaś z zaskoczenia chwytać za gardło. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie też przyczyną oziębłości widowni może być też sceneria opowieści, czyli Kazachstan i jego mieszkańcy. Mimo, że jest przecież gdzieś w Azji, to nie zaludniają go przecież świetnie znani mnisi uprawiający kung-fu lub wojownicy z długimi mieczami w stylu samurajskim, ale koczownicy mieszkający w jurtach i po mistrzowsku posługujący się łukiem, szablą oraz koniem. &lt;strong&gt;Jak łatwo zgadnąć, w krajach gdzie sylwetka jeźdźca na koniu z szablą budzi skojarzenia miłe sercu, film pewnie przyjęty zostałby z większym entuzjazmem. I z tego powodu Polska staje tu w jednym szeregu nie tylko z Węgrami, ale też Turcją, Kirgistanem, Mongolią, Uzbekistanem, Afganistanem czy wszystkimi krajami Kaukazu. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że z dalekim Kazachstanem łączy nas tylko szabla i koń.  Udokumentowane związki wojenno-polityczne sięgają co najmniej roku 1241, gdy z dalekich stepów tamtego rejonu przybyła do nas orda Batu-chana, zwana także Złotą Ordą lub Ordą Kipczacką i pod Legnicą rozgromiła polskie rycerstwo Henryka Pobożnego. Przez kolejne 400 lat potomkowie Złotej Ordy założonej przez Czyngis-chana gnębili Litwę, Ukrainę a czasem nawet wschodnie dzielnice Rzeczpospolitej. A gdy impet tatarski zaczął słabnąć, niepokój i fascynację polskiej szlachty budziło już Imperium Ottomanów, którego władcy posługiwali się podobnym językiem, co Kipczacy z rejonu dzisiejszego Kazachstanu.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;Na marginesie, jak przypuszcza się słowa „Kozak” i „Kazach” mają tę samą etymologię[4]. Przytacza ją Maria Janion w książce „Niesamowita słowiańszczyzna” informując, że w języku tureckim &lt;em&gt;qazaq&lt;/em&gt; znaczy „wolny człowiek”[5]. Nie jest to wcale koniec zapożyczeń w polszczyźnie z tureckiego. Słownik Języka polskiego PWN (http://sjp.pwn.pl/) podaje, że pochodzenia tureckiego są następujące słowa: arbuz, kawon, bachmat, bakalie, burka, buzdygan, chałwa, cybuch, czaprak, czambuł, dywan, jogurt, jasyr, jarmułka, kaftan, kawior, kołpak, kołczan, kurdesz, makata, ogier, surma, tabun, turban, tytoń, wataha. Jak widać, słownictwo dotyczące broni, ubioru, jedzenia i zwierząt a zwłaszcza koni. &lt;br /&gt;Polska szlachta bardzo lubiła orientalną modę i wszelkie nowinki z dalszego Wschodu. We wspomnianej „Niesamowitej słowiańszczyźnie” Janion cytuje także historyka Neala Aschersona, który przypomniał, że &lt;strong&gt;w trakcie bitwy pod Wiedniem polskie oddziały tak dalece przypominały Turków, iż musiały nosić słomiane grzebienie by obrońcy miasta i ich nie ostrzeliwali&lt;/strong&gt;[6]. Pomijając fakt bezpośredniego inspirowania się kulturą turecką, wpływ Imperium Ottomańskiego na kulturę Rzeczpospolitej Obojga Narodów można porównać do swoistego pasa transmisyjnego lub mostu, którymi przychodziły elementy kultur nie raz bardzo odległych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykładem niech będą słowa pochodzenia arabskiego „bakalie” i „mohorycz”. To drugie pojawia się w interesującym fragmencie książki J.I.Kraszewskiego „Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy”, zatwierdzonej do druku przez carską cenzurę w roku 1839. Kraszewski tak opisuje jarmark na Polesiu: &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Liczne wozy ściskają się jedne koło drugich, a te, jak łatwo się domyśleć, stają się ogniskiem jarmarku, mianowicie przy karczmie, gdzie pożądany spija się mohorycz. Mohorycz jest to gdzieindziej zwany borysz, dodatek do ceny towaru, poczastka, bez której wieśniak nie przeda nigdy, a gdy kupujący odmówi, targ nawet zrywa.”[7]&lt;/blockquote&gt; &lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;W przypisach czytamy, że mohorycz z arabskiego znaczy „[…] dosłownie: wydatki, koszta; borysz (tatarskie) – poczęstunek; […] Mohoryczyć – oznacza „marudzić”, nie tylko jednak przy kupnie lecz także przy pierwszym przyjściu z wódką kawalera do domu, gdzie jest panna na wydaniu.” Ze słowami szły więc nie tylko stroje i praktyczna broń, ale i obyczaje. &lt;br /&gt;Może właśnie dlatego Polak oglądając film &lt;strong&gt;„Nomad” &lt;/strong&gt;nie ma wrażenia zupełnej obcości kultury kazachskiej a od razu nasuwają się skojarzenia tekstem, który masowemu polskiemu czytelnikowi od przeszło stulecia zapoznaje liczne elementy kultury Dalekiego Wschodu – mowa o Trylogii Sienkiewicza. Płonące sioła, chmary jeźdźców z szablami, czy nawet skośnoocy napastnicy o mongolskim wyglądzie,  wydają się dziwnie znajomi w kontekście choćby &lt;strong&gt;„Pana Wołodyjowskiego” &lt;/strong&gt;czy Tatarów Akbah-Ułana. Tym bardziej, że jednym z najsilniejszych symboli polskiej tradycji jest właśnie jeździec z szablą, zwany z tatarska „ułanem”.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Słowo to oznacza „rycerza” i dziwnym zrządzeniem losu ta formacja wojskowa nawiązująca nie tylko nazwą do tatarskich tradycji jeździeckich, stała się bodaj najsilniejszym znakiem polskości. Co więcej, rogatywka, która dziś wydaje się typowo polskim nakryciem głowy bywała i bywa spotykana u wielu ludów Azji. Choć nie ma pewności co do jej pochodzenia (a koniecznie trzeba też pamiętać o poprzedniczce rogatywki, czyli konfederatce), to biorąc pod uwagę fakt, ze pierwotnie słowem „ułan” były nazywane tatarskie pułki litewskie, wszystko prowadzi znów pod ten sam adres. &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SIcVksBc0lI/AAAAAAAAAHo/Ab7P9zQ6SzY/s1600-h/posel_turecki.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SIcVksBc0lI/AAAAAAAAAHo/Ab7P9zQ6SzY/s200/posel_turecki.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5226169612623467090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nie tylko jednak tradycje polskiego oręża mają korzenie gdzieś w dalekich tureckich krainach,  stepach nadwołżańskich czy nawet kipczackich.  Żupan, delia a nawet słynne pasy słuckie – te wszystkie elementy wyglądu tradycyjnego sarmaty pochodzą z kultury arabskiej albo zapożyczone zostały od ludów zamieszkujących Turcję. Uderzające jest też podobieństwo fryzur czy zarostu między polską szlachtą a dobrze urodzonymi urzędnikami tureckimi XVII wieku. Wystarczy tylko zerknąć na sztych prezentujący oblicze tureckiego posła do Szwecji, by dostrzec wyraźne podobieństwo do portretów naszej szlachty[8].  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróćmy jednak do relacji stricte polsko-kazachskich. Arcyciekawy tekst Zdzisława Nowickiego zamieściło jakiś czas temu wydawane przez oo.Dominikanów pismo &lt;strong&gt;„W drodze”&lt;/strong&gt;[9]. Autor, były ambasador Polski m.in. w Kazachstanie właśnie, na samym już początku przypomina o istnieniu ludu zwanego Kumanami. Mieszkańcy współczesnego Kazachstanu uważają ich za swoich przodków; w Europie znani byli także jako Połowcy, najeżdżając wschodnią i południową część kontynentu.  Śladem ich obecności na ziemiach polskich jest nazwa Komańcza a w roku 1099 odegrali ważną rolę w bitwie nad Wiarem, niedaleko Przemyśla. &lt;br /&gt;Tuż za granicą ukraińską, w nieodległym Lwowie także można natomiast odnaleźć cenne i rzadkie zabytki języka kipczackiego. Stało się tak za sprawą mniejszości Ormiano-Kipczackiej. Nie ma jasności co do jej pochodzenia. Ormianie twierdzą, że to po prostu ich sturczeni współobywatele. Natomiast Kazachowie uważają ich za swoich przodków, ale wyznania chrześcijańskiego, które na tereny stepów tego rejonu zawsze nieśli Ormianie. W każdym razie mniejszość owa posługiwała się językiem kipczackim – z rodziny języków tureckich, a ponieważ mogła na terenach Rzplitej cieszyć się swobodą własnych praw oraz tworzyć swój kodeks, w ten sposób w XVI wieku we Lwowie powstały zachowane do dziś dokumenty w tym języku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wraz przesunięciem Polski na Zachód oraz wyniszczeniem ziemiaństwa po II Wojnie Światowej, potężnego uszczerbku doznała tradycja szlachecka inspirowana Orientem. Pozostało już tylko parę bladych znaków świadczących o żywych związkach z kulturami Bliskiego Wschodu, Zakaukazia czy Azji Centralnej. Biorąc pod uwagę odległość między Warszawą a Astaną, czyli 3400 kilometrów, współczesną odmienność kulturową i religijną, i tak na miano fenomenu zasługują wszelkie podobieństwa jakie uważny widz wyłapie podczas oglądania filmu &lt;strong&gt;„Nomad”&lt;/strong&gt;. &lt;br /&gt;Ale może rację ma cytowany przez Marię Janion historyk Ascherson – „Z dawnego orientalizującego stylu pozornie nic nie zostało. A jednak przenikliwe oko dostrzeże, że Polska jest znaczniej bardziej wschodnią kulturą niż Rosja”. I dalej pisze Janion: „ Ascherson posuwa się nawet do przypuszczenia, że idea demokracji szlacheckiej pochodziła nie od republiki rzymskiej, lecz od kurułtaju, „zgromadzenia mongolsko-tatarskiej szlachty i naczelników klanów, które wybierało nowego chana”[10]. Dla mnie ta uwaga wytycza oryginalny kierunek rozważań i może być przyczynkiem do ciekawej rozmowy na temat tożsamości polskiej a nawet europejskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Dane dotyczące dot. USA, podaję za witryną &lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt0374089/business"&gt;www.imdb.com&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[2] Eryk Lassota i Wilhelm Beauplan "Opisy Ukrainy", pod red Z Wójcika, Warszawa 1972, s. 127 – 129. Cytat zaś znalazłem na forum &lt;a href="http://www.historycy.org/index.php?showtopic=10719"&gt;www.historycy.org&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[3] Przykład: http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2007/04/26/AR2007042600748.htm&lt;br /&gt;[4] Tak podaje m.in. Wikipedia.&lt;br /&gt;[5] M.Janion „Niesamowita słowiańszczyzna” Kraków 2007, s. 167. Patrz też: http://www.kazachstan.republika.pl/info/historia_kultura.htm&lt;br /&gt;[6] M.Janion „Niesamowita słowiańszczyzna” Kraków 2007, s. 179 za N.Aschersonem „Morze Czarne”, Poznań 2001&lt;br /&gt;[7] Józef Ignacy Kraszewski „Wspomnienia Wołynia, Polesia  i Litwy”, LSW Warszawa 1985, s.26&lt;br /&gt;[8] Sztych odnalazł i dyskusji użył jeden z dyskutantów na forum www.historycy.org&lt;br /&gt;[9] &lt;a href="http://mateusz.pl/wdrodze/nr386/10-wdr.htm"&gt;http://mateusz.pl/wdrodze/nr386/10-wdr.htm&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[10] M. Janion op.cit.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-4428698919020466903?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/4428698919020466903/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=4428698919020466903' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/4428698919020466903'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/4428698919020466903'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2008/07/marsz-marsz-tatarski.html' title='Marsz, marsz tatarski...'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SIcVM1mrrTI/AAAAAAAAAHg/FmcecNCCvZM/s72-c/poster_NOMAD%5B1%5D.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-5808962932886502361</id><published>2008-07-07T13:21:00.019+01:00</published><updated>2008-07-18T10:04:19.378+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Nazywam się czerwień&quot; noblowska powieść O.Pamuka'/><title type='text'>Z perspektywy psa lub monety</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SHIVoSpSorI/AAAAAAAAAGo/CevLnyor4XY/s1600-h/NAZYWAM+SIE+CZERWIEN_okladka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SHIVoSpSorI/AAAAAAAAAGo/CevLnyor4XY/s200/NAZYWAM+SIE+CZERWIEN_okladka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5220258700019802802" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Trudno rozstrzygnąć, czy znakomity pisarz lepiej powinien słuchać  czy opowiadać. To jedno potrzebne mu jest by, dowiedzieć się tego wszystkiego, co zagłusza hałas Stambułu i czego nie słyszy zajęta codziennymi sprawami publika[1]. Drugi talent potrzebny zaś, by wszyscy zatrzymali się, gdy autor zacznie snuć swoją opowieść. Słuch noblisty Orhana Pamuka jest zaiste doskonały, bo pisząc powieść &lt;strong&gt;„Nazywam się czerwień” &lt;/strong&gt;usłyszał nawet  – czytaj: wyobraził sobie -  co miałyby do powiedzenia narysowany pies, wiszący na kartce papieru w zadymionej kawiarni, wytarta moneta (zresztą sfałszowana przez chytrych Wenecjan), lub gnijący trup, którego morderca wrzucił do studni by ukryć swój postępek wart okrutnych tortur w pałacu sułtana.  A zatem bohaterowie z gatunku tych mało rozmownych lub też skazanych na milczenie.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;Akcja powieści rozgrywa się w XVI wiecznym Stambule, w środowisku miniaturzystów ilustrujących kolejne opasłe księgi na cześć władcy.  Jeden z artystów zostaje zamordowany a podejrzenie wkrótce pada na wszystkich, którzy z nim pracowali.  Wątek kryminalny jest fundamentem opowieści, ale nie stanowi wcale głównego atutu prozy Pamuka. Można wręcz powiedzieć, że jest on przewrotnie schowany - wszak współczesna kultura masowa przyzwyczaiła czytelnika do eksponowania motywu zbrodni. Tu ustępuje miejsca wprost oszałamiającemu bogactwu detali opisu świata dawno minionego.  I jest to prezentacja robiąca wrażenie niezwykle wiarygodnej; dziesiątki imion władców dawno minionych, zwycięskich chanów lub upokorzonych w bitewnym pyle perskich władców, nazwy odległych miast będących niegdyś stolicami dawno zapomnianych królestw, czy nawet opisy zabłoconych podwórek przez które w obawie przed bezpańskimi psami lepiej nie przebiegać pochopnie, to wszystko składa się na scenografię łudząco realistyczną, gdzie wyobraźnia czytelnika swobodnie podąża, prowadzona czasem drobnymi uwagami a czasem całymi akapitami.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Nazywam się czerwień” &lt;/strong&gt;jest tekstem nowocześnie skonstruowanym. To ciąg subiektywnych relacji składanych w pierwszej osobie przez bohaterów i przedmioty nieożywione – takie jak przywołana we wstępie moneta, czy narysowany pies. Nasuwa się  więc porównanie do kubizmu w malarstwie, gdzie obiekt lub osoba ukazywane były jakby ze wszystkich możliwych punktów widzenia na raz, ukazując istotę  przedmiotu.  Paweł  Huelle odnalazł tu także  „niemal demonstracyjne nawiązania”[2] do „&lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Ba%C5%9Bnie_z_tysi%C4%85ca_i_jednej_nocy"&gt;Baśni tysiąca i jednej nocy&lt;/a&gt;” . Podobnie pisał Juliusz Kurkiewicz w recenzji dla Polityki. Porównania na wstępie wydają się zasadne także z tego powodu, że oryginalna arabska wersja baśni nasycona jest podobnym erotyzmem oraz okrucieństwem, dając również szeroką panoramę obyczajów i filozofii Orientu[3]. &lt;br /&gt;Pamuk w tej powieści oferuje więc  satysfakcję podobną do tej, jaką doznajemy obcując ze relacjami z podróży słynnych historycznych podróżników, którzy pilnie notowali wszelkie aspekty życia w odległych krajach i obcych państwach. Jednak tekst zachęca także do zgłębiania pewnego ważkiego problemu, zdawałoby się czysto abstrakcyjnego. &lt;br /&gt;To pytanie o rolę perspektywy – rolę w sztuce, rolę w kulturze a wreszcie pośrednio w tym, jak ludzie a zatem i cywilizacje wzajemnie się postrzegają. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba w tym miejscu przypomnieć o obecnym w islamie zakazie przedstawiania Allaha oraz postaci ludzkiej. Ponieważ nie wynika on z litery Koranu, ale z tradycji (sunna), więc granice tego tabu nie są ostre i ulegały zmianom[4].  Pomijając jednak zakaz portretowania boga i oddawania czci fetyszom - zapożyczony z judaizmu czy chrześcijaństwa,  od pewnego momentu muzułmanie nieufni się stali wobec wszelkich wizerunków.  Z  tego właśnie powodu w sztuce  islamskiej rozwinęła się ornamentyka abstrakcyjna, geometryczna, roślinna i kaligrafia. Jednocześnie, pod wpływem chińskim, hinduskim a głównie perskim rozwijała się  sztuka miniatury, nieśmiało  łamiąca tabu wizerunku stylizując wszelkie postacie, tak by oddalić zarzut realistycznego przedstawienia – a zatem obrazowania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak łatwo się domyślić ambitni artyści poszukiwali  jednak metod na obejście zakazu. Bohaterowie Pamuka, miniaturzyści stambulscy spierają się o to, co wolno, a czego nie  i pod tą figurą po części kryje się po prostu spór o postępującą modernizację współczesnego świata. Ale to także rozważania filozoficzne,  do których wyjściem jest problem perspektywy.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Mówią, że niewybaczalnym grzechem jest przedstawianie nędznego ulicznego kundla, końskiego gza i meczetu, jakby były tej samej wielkości, i tłumaczenie, że meczet jest w tle, bo wyśmiewa się w ten sposób również wiernych uczestniczących w modlitwach. „  (str. 229) &lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Perspektywa otwiera drzwi wielkiemu demonowi Zachodu, czyli Relatywizmowi. Uwypukla negowaną przez ortodoksów  faktyczną względność punktów widzenia. Co gorsza, przekonuje, że świat jest takim jakim go widzimy. Zatem patrzący staje się de facto tworzącym. Tymczasem celem dla każdego bogobojnego artysty jest to, by spojrzeć na świat oczami Allaha, zobaczyć go takim, jakim chciałby go Najwyższy. I to dlatego jedyny dopuszczalny punkt widzenia, czy też perspektywa, bo o nią chodzi,  jest taka, jakby rysujący stał na wysokiej wieży minaretu i stamtąd widział świat.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cechą pisarstwa Pamuka jest empatia i swoista bezstronność. Pozwala ono zrozumieć racje wszystkich stron, ukazuje z fatalistyczną drobiazgowością nieuchronność konfliktu a po środku tego zderzenia tradycji z nowoczesnością stawia pisarza – tak jak późniejszej jego powieści &lt;strong&gt;„Śnieg”&lt;/strong&gt;,  lub też artystę,  jak ma to miejsce właśnie w &lt;strong&gt;„Nazywam się czerwień”&lt;/strong&gt;.  Artysta nie ma zaś przyjaciół  a jedynie samych wrogów. Szach czy sułtan, dziś hojny sponsor jutro wyda mistrza rozwydrzonemu tłumowi lub sam go zabije, by ten nie mógł stworzyć piękniejszej miniatury dla konkurencyjnego władcy. Fanatyczni imamowie toczący między sobą walkę o poparcie ulicy chętnie zaś wrzucą ilustratora do worka z głodnymi kotami[5], gdzie spotka się z właścicielem niemoralnej kawiarni, wędrownym muzykiem czy rozpustnym derwiszem.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytelnicy interesujący się dzisiejszą Turcją i samym Pamukiem odnajdą w tekście liczna nawiązania do współczesności.  Armia i siły wspierające sekularystyczny charakter republiki wydają się sojusznikiem artystów czy liberalnej inteligencji, lecz walcząc z islamem nie dbają o swobody obywatelskie, ograniczając wolność słowa i grożąc śmiercią lub więzieniem wszystkim niepokornym. Zaś zakonspirowani ekstremiści nawet jeśli znajdą się w tej samej celi co naiwny artysta, to nigdy nie zostaną jego obrońcami. Nic więc nie jest takim, jakim się wydaje – najgłośniej o swobodę wypowiedzi mogą upominać się ci, którzy jej przyjaciółmi nigdy nie będą,  a ich wrogowie w trosce o wolności republikańskie zamkną wszystkich artystów do więzień. Jeśli dodać do fakt, że samemu pisarzowi groził wyrok za wypowiedzi na temat masakry Ormian w latach 1915-1917 a niedawno wykryto islamski spisek, mający pozbawić go życia, widać że literatura Pamuka pozostaje w nieco morderczym uścisku z rzeczywistością. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to więc powieść głęboko współczesna i jednocześnie historyczna. Realia XVI wieku, zaskakująco przypominają dzisiejsze problemy globalizującego się świata. I nic dziwnego, bo w opisywanych czasach imperium otomańskie (nazwa od arabskiego brzmienia imienia Osman – po ar. Uthman) sięgało od Ukrainy i Bałkanów, przez Persję,  Bagdad i Jerozolimę aż do Kairu  a jego mieszkańcami byli wyznawcy dziesiątek religii i mówiący setkami narzeczy.  To także powieść o islamie, ukazująca niezliczoną wprost ilość odcieni Orientu. Zachodni czytelnik, przyzwyczajony do tego, by postrzegać islam jako niechętny szeroko rozumianej różnorodności, będzie zaskoczony jak wielobarwną mozaiką okazać się może konserwatywne społeczeństwo islamskie.  Można nawet rzec, że i my i oni jesteśmy do siebie podobni w tym, jak bardzo różnimy się między sobą, w ramach naszych społeczeństw. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z  racji rozmachu oraz wieloznaczności &lt;strong&gt;„Nazywam się czerwień”&lt;/strong&gt; niełatwo poddaje się syntezie.  To proza nowoczesna w tym względzie, że przekraczająca granice gatunków literackich (dzięki baśniowym nawiązaniom elementy literatury fantastycznej). Mamy klasycznie potoczystą narrację, soczyście przedstawiającą świat ale zarazem nienachalnie eksperymentującą z percepcją odbiorcy i nasyconą postmodernistycznym zwątpieniem. &lt;br /&gt;Warto jednak powtórzyć z naciskiem, że Orhan Pamuk nie czyni z tego przeczucia  bezsensu jakiegoś sztandaru, którym machałby w irytujący sposób przed oczami czytelników. Lepiej pasuje tu cierpliwa ironia jako opis sposobu w jaki pisarz przekonuje nas, że nawet miłość to nieporozumienie, nasycone pożądaniem. Tak jak i w parokrotnie wyżej przywoływanym &lt;strong&gt;„Śniegu”&lt;/strong&gt; i w  &lt;strong&gt;„Nazywam się czerwień”&lt;/strong&gt; uczucie przedstawiane jest w bardzo podobny sposób. Zakochany artysta pragnie kobiety, którą kochał przed laty ale wtedy pragnienie nie mogło się spełnić. Gdy dochodzi do spotkania dwojga samotnych ludzi, on tak naprawdę kocha dalej wyobrażenie swojej lubej, ona szuka oparcia, zadowalając się protezą namiętności, w duchu tak naprawdę gotowa oddać innemu – bo przecież krąży ich wielu wokół. Talent pisarza na poły więc przeraża, pokazując jak z pięknych złudzeń odarłby nas dar słyszenia myśli bliźnich. Na poły jednak też taka wizja uodparnia na porażkę. Literatura ta poprzez swój elegancki i delikatny pesymizm, czasem podszyty ironią, immunizuje bowiem czytelnika na poczucie totalnej klęski – ono przecież bierze się ze zbyt wygórowanych oczekiwań. A je należy porzucić, bo jak w niemalże starotestamentowym utwierdza nas stylu Pamuk, nie ma istoty bardziej zdesperowanej niż zakochana kobieta, zakochani mężczyźni zawsze są śmieszni, stare kobiety zawsze muszą być najmądrzejsze a starzy mężczyźni zapatrzeni już tylko w siebie i własne wspomnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dwa dni przed zdobyciem przez Orhana  Pamuka nagrody Nobla Aleksander Kaczorowski w Gazecie Wyborczej pisał, że jeśli nie tym razem, to kiedyś pisarz zdobędzie owo wyróżnienie. Nie odbierając p. Kaczorowskiemu nic z jego profetycznych umiejętności wypada jednak zauważyć, że czytając &lt;strong&gt;„Nazywam się czerwień” &lt;/strong&gt;chyba każdy czytelnik dostrzeże w niej absolutnie noblowską jakość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;I właśnie tak swoją decyzję uzasadniła Szwedzka Akademia Królewska przyznając pisarzowi Nobla - "w poszkiwaniu melancholijnej duszy swojego rodzinnego miasta odkrył nowe symbole zderzenia i przenikania się kultur". Cytuję za Gazetą Wyborczą z 13.10.2006.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2] &lt;em&gt;Gazeta Wyborcza 05.06.2007 -"Starą łodzią po rzece Pamuka".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;em&gt;Za Wikipedią, patrz:&lt;/em&gt; &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Ba%C5%9Bnie_z_tysi%C4%85ca_i_jednej_nocy"&gt;http://pl.wikipedia.org/wiki/Ba%C5%9Bnie_z_tysi%C4%85ca_i_jednej_nocy&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;[4] &lt;em&gt;Patrz:&lt;/em&gt; &lt;a href="http://www.halal.pl/kmp/publication/Islam_jako_alternatywa/15%20Islam%20jako%20alternatywa%20Zakaza%20obrazowania%20a%20sztuka.htm"&gt;http://www.halal.pl/kmp/publication/Islam_jako_alternatywa/15%20Islam%20jako%20alternatywa%20Zakaza%20obrazowania%20a%20sztuka.htm &lt;/a&gt;&lt;br /&gt;[5] &lt;em&gt;Tę perską torturę opisał R.Kapuściński w książce „Szachinszach”. Nie pojawia się ona w tekście Pamuka, ale zapewne znana była urzędnikom tureckim Imperium Osmańskiego.&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-5808962932886502361?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/5808962932886502361/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=5808962932886502361' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5808962932886502361'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5808962932886502361'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2008/07/z-perspektywy-psa-lub-monety.html' title='Z perspektywy psa lub monety'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/SHIVoSpSorI/AAAAAAAAAGo/CevLnyor4XY/s72-c/NAZYWAM+SIE+CZERWIEN_okladka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-7253226307811949653</id><published>2008-01-14T15:02:00.000+01:00</published><updated>2008-01-22T18:37:31.565+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Strach&quot; J.T. Grossa'/><title type='text'>"Strach" Jana Tomasza Grossa</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/R4tsu7jTQ3I/AAAAAAAAAGI/gvHVfRn5ZSQ/s1600-h/STRACH.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/R4tsu7jTQ3I/AAAAAAAAAGI/gvHVfRn5ZSQ/s200/STRACH.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5155333751971201906" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Po przeczytaniu tej książki odczuwam fizyczny ból. Boli mnie świadomość okrucieństw, które nie tak dawno dokonały się na tej ziemi. Boli mnie też powszechny w publicznej debacie brak chęci głębszego zrozumienia sensu „Strachu”. Dodajmy, sensu chyba nieznanego również samemu autorowi omawianej publikacji. Jaki to sens? &lt;br /&gt; Nawet jeśli nie otrzymujemy rzetelnej pracy naukowej (co sugeruje już sama forma eseju), to książki nie warto zbywać czy lekceważyć, bo jest zapisem stanu świadomości innego człowieka i tego, jaki ślad zostawiła w nim głęboka tragedia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polacy po wojnie stali się dzikimi, krwiożerczymi antysemitami, urządzającymi pogromy oraz na rozliczne sposoby powszechnie dyskryminującymi ocalałych Żydów. Ten pogląd zawarty explicite w książce „Strach”, ale i metody jego konstruowania szeroko są kwestionowane w polskiej debacie publicznej. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na to, że wartość tego stanowiska przy całym uznaniu jego subiektywizmu, może polegać na tym, że jest szczerym, smutnym i chyba dokładnym obrazem tego, jak niektórzy Żydzi związani z Polską czuli i czują się, gdy myślą o tym kraju. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, J.T. Gross miał większe ambicje niż takie, by dać upust swojemu własnemu żalowi i uzmysłowić czytelnikom w Polsce, co naprawdę czuli Żydzi po II wojnie wracając do swoich domów. Co czuli? Tytułowy strach i to jego świadectwem jest książka. &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Gross nie oferuje czytelnikowi wyrafinowanego modelu historyczno-społecznego, który precyzyjnie pomógłby odpowiedzieć na pytanie, czy to czasy były takie straszne, czy też straszni ludzie uczynili te czasy nieznośnie okrutnymi. Ale to pytanie będące osią, moim zdaniem, najbardziej interesującego sporu na temat tej książki, nie jest pytaniem z gruntu naukowym i nie da się na nie ostatecznie odpowiedzieć. &lt;br /&gt;Głośną próbą jednoznacznego rozstrzygnięcia podobnego dylematu, ale w odniesieniu do historii Niemiec była książka D.J. Goldhagena „Zwyczajni Niemcy i Holokaust”. Doszedł on do wniosku, że to powszechny w społeczeństwie niemieckim antysemityzm był główną siłą sprawczą  Zagłady (nie zaś sam nazizm), ale porównując z Grossem, swoje wnioski konstruował na podstawie bardziej dogłębnych badań – ich częścią była na przykład imponująca analiza niemieckiej prasy codziennej początku XX wieku. Pewnie między innymi dlatego prof. Finkelstein (krytyk obydwu badaczy) J.T. Grossa nazywa „Goldhagenem dla początkujących". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Także inni historycy, jak Paweł Machcewicz czy Piotr Gontarczyk, znawcy tych powojennych lat podważają tezy „Strachu”. Ich zdaniem nie zauważa on ani kontekstu przemocy wobec Żydów, ani też autor nie pracował rzetelnie formułując swoje kontrowersyjne wnioski. Jednak przeciętnego czytelnika nie będą obchodzić spory profesjonalnych historyków. Najbardziej poruszają cytowane relacje świadków:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- To na przykład żona opisująca zabójstwo męża, wywleczonego przez uzbrojonych ludzi z pociągu w październiku 1946 roku, przy aplauzie pasażerów (str.55). Napastnicy krzyczeli heraus, heraus aussteigen!  W uszach ofiar, te komendy wyuczone od hitlerowskich katów, pozostają jako najważniejsza wiadomość, tłumacząca przyczynę tragedii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Szokuje także opowieść rannej w pogromie krakowskim, która opisała jak jeszcze w szpitalu dalej bito i poniżano rannych Żydów. &lt;em&gt;„To skandal, żeby Polak nie miał odwagi cywilnej uderzyć bezbronnego człowieka.” &lt;/em&gt;– mówi ironicznie jeden z napastników, polski kolejarz (str.131).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Oburzają  relacje takich bohaterek jak Antonina Wyrzykowska, która uratowała siedmioro Żydów z okolic Jedwabnego. Została za to skatowana przez miejscową partyzantkę a rodzina Wyrzykowskich musiała uciekać z rodzinnych stron (str.17). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Wrażenie robi też cytat z artykułu Jana Kotta, który w 1946 roku, w Kuźnicy opisał traumę żydowskich sierot, wywiezionych z Polski do Francji. Dzieci nie chciały zasypiać przy szerokich oknach, bojąc się ostrzału. Francuski wychowawca wpatrując się w oczy dziennikarza z naciskiem dodaje, że to nie wspomnienia wojenne, ale z ostatniego roku (str.122).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te oraz inne relacje z pewnością prowokują emocje, ale autor zbyt łatwo rezygnuje z próby pobudzenia również i intelektu swoich czytelników. Bo choć przechodzą ciarki na myśl o wspomnianych gwałtach oraz cierpieniach niewinnych, to cisną się na ustach pytania w ogóle nie zauważone przez Grossa! &lt;br /&gt;Na przykład, czy męża pani Lieberfreundowej w pociągu nie zaatakowali zwykli bandyci, którzy po prostu wybrali najłatwiejszą ofiarę? A pasażerowie, może ze strachu kibicowali bandziorom? Łatwo to sobie wyobrazić. W pamięci ofiary, zrozpaczonej żony szukającej wyjaśnienia tragedii pozostają jednak antysemickie obelgi. Przed czytelnikiem stoi zaś niewykonalne zadanie rozstrzygnięcia, czemu zabili i czy aby na pewno rozstrzygająco ważne były wrzaski naśladujące niemieckie komendy. Podobne pytania można stawiać w innych, choć wcale nie wszystkich przypadkach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli jesteśmy już przy wątpliwościach, które rodzą się u czytelnika, to koniecznie trzeba wspomnieć o szacunkowej liczbie ofiar tego ponurego czasu. Gross wyraźnie stwierdza, że Polska w zaraz po II Wojnie Światowej była jedynym krajem Europy, gdzie Żydzi w dalszym ciągu byli zabijani i prześladowani. Ale ilu ich zginęło, tego nie wiemy jednak dokładnie, bo sam autor przedstawia liczby od 500 do 2500 - zależnie od badań (str. 57). Dalej w książce pada także ogólnikowe stwierdzenie o „tysiącach ofiar” „zbiorowych mordów” (str.118). Oczywiście te niejasności nie oznaczają, że nie zginął nikt i problemu nie ma. To raczej sygnał, na jak grząskim gruncie porusza się autor, który powiedzmy jasno, powinien był swoich czytelników rzetelnie poinformować o ewentualnych problemach interpretacyjnych i metodologicznych.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;Poruszając problem zaboru mienia żydowskiego Gross nie próbuje w żaden sposób odnieść się do sytuacji w całym kraju. Wystarcza mu wyjaśnienie, że Polacy zajmowali pożydowskie domy z powodu antysemityzmu a powracającym niedobitkom żydowskim okazywali wrogość też tylko z tego powodu. Skutkiem tej wrogości aż 200 tys. Żydów wolało niepewną przyszłość w obozach dla bezpaństwowców, gdzieś w Niemczech (na ziemi katów), niż pozostanie w rodzinnych stronach. &lt;br /&gt;A przecież nie usprawiedliwiając w żaden sposób grabieży ten rodzaj zachowań można jednak tłumaczyć inaczej. Wszak w obliczu powszechnego zubożenia i zniszczenia wszelkiej substancji, majątek obywateli pochodzenia żydowskiego był po prostu najłatwiejszy do rozgrabienia. Właścicieli nie było i może ten fakt należy uznać za kluczowy? Polacy Polaków w takich sytuacjach również grabili, choć faktycznie w tych przypadkach ofiarom łatwiej było egzekwować sprawiedliwość. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak jednak czuli się Żydzi wracając i zastając domy zajęte, gdy nowi gospodarze bronili za wszelką cenę zdobyczy? Czy mogli dostrzec cały kontekst? Czy ich dzieci i wnuki kiedykolwiek mogą zrozumieć jego złożoność? &lt;br /&gt;Gdyby spotkało to moją rodzinę, nie zrozumiałbym tego zapewne. Czułbym to, co czuje Gross.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jest łatwo szukać odpowiedzi na te trudne pytania wynikające z lektury „Strachu”. Najtrudniej szukać tej odpowiedzi samym ofiarom i ich potomkom, ludziom dziedziczącym traumę. Czy polska publiczność do tez Grossa podejdzie ze zrozumieniem tego faktu? Nie. &lt;br /&gt;Nasza historia przeważnie służyła „pokrzepieniu serc”. Dzięki temu przetrwaliśmy 123 lata zaborów i oparliśmy zaplanowanym procesom wynaradawiania. Ale chyba także z tego powodu, wszyscy dzisiaj w Polsce zastanawiają się jak bardzo pomylił się Gross, a nie nad tym, gdzie mimo wszystko miał rację. &lt;br /&gt;Także historia antysemityzmu w Polsce nie jest popularną dziedziną badań. Kiedyś nie można go było badać. Potem nie każdy chciał. A warto wiedzieć, że w takim Lwowie na przykład, pogromy zwane także tumultami odbyły się m.in. w 1572, 1592, 1613, 1618, 1638, 1664, 1718. Żydzi chcąc uniknąć napaści poczęli od 1611 opłacać się rektorowi kolegium jezuickiego. Nie pomogło to jednak znacznie i młodzież tam pobierająca nauki nie dała się powstrzymać przed kolejnymi napaściami. W 1664 doszło do największego pogromu i zginęło 129 osób, spalono trzy synagogi oraz zniszczono wiele budynków („Kryminalny świat starego Lwowa” A.Kozyckyj, S. Bilostockyj, wyd. Bellona, Warszawa 2006). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie też na empatię wielu w naszym kraju Gross nie może liczyć, skoro wytrwale atakuje Kościół rzymskokatolicki. Wielokrotnie wypomina mordercom ich katolicyzm czy nawet sugeruje religijny fanatyzm. To uproszczenia zapewne w części przypadków słuszne, ale nietrafnie i stereotypowo tłumaczące całość zjawiska. Kontrowersje już wzbudza także fragment ze strony 136, gdzie powołując się na publikację „Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały”, pod red. S.Meduckiego i Z.Wrony (Kielce 1992) autor w bardzo nieprzychylnym świetle stawia Stefana Wyszyńskiego, późniejszego kardynała 1000-lecia. Aż trudno uwierzyć, żeby tak wysoki dostojnik kościoła mógł faktycznie hołdować poglądom na miarę dzikiej tłuszczy, przekonanej o tym, że Żydzi potrzebują krwi dziecięcej na macę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To oczywiście nie wszystkie przyczyny, dla których z Grossem spieramy się chętniej, niż go słuchamy. Nie wchodząc w długie rozważania na ten temat dodajmy tylko jeszcze jeden argument – słabą powszechną znajomość prawdziwej powojennej historii Polski. Słowo „prawdziwa” jest kluczowe. &lt;br /&gt;Władza komunistyczna nigdy nie była zainteresowana obnażeniem skali chaosu, w jakim znalazł się kraj zaraz po wojnie. Przecież wszelkie badania na ten temat musiałyby także ujawnić, jakimi metodami był budowany porządek i co to był za „porządek”! Programy nauczania historii nie koncentrowały się więc na tym aspekcie naszych dziejów najnowszych. Stąd nie zdajemy sobie sprawy, do jakiego stopnia lasy pełne były rozmaitych uzbrojonych band, z których spora część dokonując rekwizycji czy zwykłych napadów twierdziła, że reprezentuje podziemie. Prawdziwe zaś podziemie w obliczu potężnego komunistycznego wroga także sięgało po niezwykle radykalne środki. Wspomina o tym P. Gontarczyk w głośnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, ale i na przykład T.Snyder książce „Rekonstrukcja narodów…” (wyd.Pogranicze 2007). Gross mimochodem przypomina te realia roku ’45 czy ’46. Choć w tych momentach przeczy sam sobie, bo wyłącznie antysemityzmem nie da się przecież wytłumaczyć, dlaczego setki hien cmentarnych rozkopały teren obozu koncentracyjnego w Treblince i bez żadnego poważania dla szczątków ludzkich oraz bez obrzydzenia dla niebywałego odoru trupiego, wytrwale szukały złota i brylantów. Cytowana relacja (str.90) wspomina również o krzykach męczonej kobiety, którą bandyci przypiekali ogniem, żeby oddała im kosztowności. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie świadectwa każą zastanowić nad ogólnym, powszechnym i niebywałym zdziczeniem Polaków w tamtym czasie. &lt;br /&gt;Czy mogło ono w niebywały sposób ułatwić agresję wobec Żydów? Tak, to jasne. Ale też, czy takie postawienie sprawy poprawia nam samopoczucie i jest przyjemniejsze od zarzutu o wyłącznie antysemityzm?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;„…Polacy muszą sobie sami opowiedzieć historię prześladowania Żydów w Polsce w taki sposób, żeby ofiara mogła w tej narracji rozpoznać obraz własnego losu.”&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;To ostatnie słowa „Strachu”. Można je rozumieć na parę sposobów. Historyka Piotra Gontarczyka oburzyły, bo odczytał je jako wezwanie do absolutnego podporządkowania prawdy historycznej subiektywnej wizji cierpienia żydowskiego. Takie postawienie sprawy faktycznie byłoby i naiwne, i nie trafne metodologicznie. &lt;br /&gt;Ale może za tymi słowami kryje się po prostu głęboka wiara autora, że porozumienie zawsze jest możliwe? Wielu w taką interpretację słów Grossa nie uwierzy, bo pomijając niewygodne fakty oraz dokonując zbyt jednostronnego wyboru zdań i relacji, nie zaoferował przekonującego obrazu epoki ale subiektywny i poruszający zapis żydowskiej rozpaczy. &lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;- Artykuł P.Gontarczyka w &lt;a href="http://www.rp.pl/artykul/83242.html"&gt;"Rzeczpospolitej"&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;- Psychologiczna analiza postaw opisanych przez Grossa, zamieszczona na blogu &lt;a href="http://malinyioskary.salon24.pl/56243,index.html"&gt;malinyioskary.salon24.pl&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;- Polemika z tezami Piotra Gontarczyka zamieszczona na blogu &lt;a href="http://galopujacymajor.salon24.pl/56273,index.html"&gt;galopujacymajor.salon24.pl&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;- Polemiki z tezami Grossa na stronie www.naszawitryna.pl (&lt;a href="http://www.naszawitryna.pl/jedwabne_1013.html"&gt;1&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.naszawitryna.pl/jedwabne_522.html"&gt;2&lt;/a&gt;)&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.normanfinkelstein.com/article.php?pg=3&amp;ar=7  "&gt;Polemika&lt;/a&gt; prof.N.Finkelsteina na stronie autora.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-7253226307811949653?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/7253226307811949653/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=7253226307811949653' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7253226307811949653'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7253226307811949653'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2008/01/strach-jana-tomasza-grossa.html' title='&quot;Strach&quot; Jana Tomasza Grossa'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/R4tsu7jTQ3I/AAAAAAAAAGI/gvHVfRn5ZSQ/s72-c/STRACH.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-5961629792765236186</id><published>2007-09-09T17:11:00.000+01:00</published><updated>2007-09-10T12:49:13.667+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;28 tygodni później&quot; reż. J.C. Fresnadillo'/><title type='text'>Niecałe pół roku potem</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RuQb4uPq80I/AAAAAAAAAFM/0KJJvtUJgcU/s1600-h/28_TYGODNI_POZNIEJ.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RuQb4uPq80I/AAAAAAAAAFM/0KJJvtUJgcU/s200/28_TYGODNI_POZNIEJ.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5108238538645369666" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt; W kinach film &lt;strong&gt;„28 tygodni później”&lt;/strong&gt;. Horror z ambicjami, będący próbą połączenia diagnozy społecznej z klasyką, zwaną z angielska „gore”[1]. To także kontynuacja filmu sprzed pięciu lat, który miał łudząco podobny tytuł &lt;strong&gt;„28 dni później”&lt;/strong&gt;. Tamten w sympatyczny sposób nie szafował efektami specjalnymi, budując nastrój grozy i przygnębienia poprzez ukazanie tego, jak kruchy może okazać się porządek społeczny oraz wszelkie normy - dziś uważane za niewzruszone. Czy tym razem udało powtórzyć się sukces?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scenariusz obydwu części oparty został na dwóch motywach porządnie wyświechtanych we współczesnym kinie. To z jednej strony zabójcza epidemia, z którą walczy dzielne społeczeństwo a z drugiej zmartwychwstałe trupy, czyli „zombie”. Stopień wyświechtania pomysłu na film uzmysławia efekt prostego zabiegu wstukania słowa „virus” do wyszukiwarki tematycznej na portalu &lt;a href="www.imdb.com"&gt;www.imdb.com&lt;/a&gt;. Wynik? 540 filmów, a z pewnością nie są to wszystkie! &lt;br /&gt;Również i sama wirusowo-trupia mieszanka nie jest nowością, bo pomijając kultowego w środowisku miłośników kiczu &lt;strong&gt;„Reanimatora”&lt;/strong&gt; (1985), to już we wcześniejszej serii filmów o żywych trupach autorstwa G. Romero towarzyszyło założenie, że plaga „zombiaków” rozprzestrzenia się właśnie dzięki tajemniczemu wirusowi. Jak widać pomysł, który legł u podstaw &lt;strong&gt;„28 tygodni później”&lt;/strong&gt; jest równie świeży niczym oddech zombie[2]. Ale wbrew pozorom, to od razu nie przekreśla filmu, bo sięgając nawet po tak klasyczne schematy twórcy mogą je zrealizować na różne sposoby, czasem wnosząc nową jakość.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;To możliwe m.in. dzięki aktualizacji efektów specjalnych oraz ożywieniu portretów psychologicznych bohaterów. Dobrym tego przykładem jest na przykład ostatnia wersja &lt;strong&gt;„King Konga”&lt;/strong&gt; (2005) w reż. Petera Jacksona czy &lt;strong&gt;„Świt żywych trupów”&lt;/strong&gt; (2004) wspomnianego wyżej George’a Romero. Osobistą i oryginalną interpretację klasyki można też zbudować poprzez nowatorskie rozłożenie akcentów opowieści, przez co na pierwszy plan zostaną wypchnięte wątki wcześniej pomijane. Tak zrobił M. Scorsese realizując kolejną wersję filmu &lt;strong&gt;„Przylądek strachu” &lt;/strong&gt;(1991). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety film &lt;strong&gt;„28 tygodni później”&lt;/strong&gt; ani nie próbuje powiedzieć nic nowego, ani skuteczniej przestraszyć niż jego poprzednicy. Otrzymujemy dobrze znane i niezbyt ciekawe obrazy oszalałego, zakażonego tłumu żądnego rozszarpać garstkę ocalałych. Film na dodatek nie tylko nudzi, ale miejscami też śmieszy i zdumiewa. Na uśmiech lekceważenia zasługuje na przykład niezdarność całej drużyny amerykańskich żołnierzy, którzy mimo broni palnej padają ofiarą jednego, niespecjalnie szybkiego krwiożerczego chudzielca atakującego laboratorium badawcze. Podobnie też trudno zrozumieć, dlaczego w momencie wybuchu epidemii morderczego szaleństwa dzielny generał amerykański każe zamknąć wszystkich cywilów w hali gimnastycznej, a następnie gasi światło żeby siedzieli w ciemności. W takich warunkach nawet zwykłe przeziębienie urosłoby do rangi wielkiego problemu a ewentualna panika w mroku z pewnością nie poprawi szans na uratowanie populacji. Zresztą zachowanie amerykańskich sił ekspedycyjnych w tym filmie przerasta głupotą nawet świetnie znane z horrorów sytuacje, gdy ktoś z bohaterów bez latarki schodzi do piwnicy lub idzie w krzaki, żeby sprawdzić dziwne hałasy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porażkę twórców &lt;strong&gt;„28 tygodni później”&lt;/strong&gt; dobitniej uzmysławia także sukces innego dzieła. &lt;strong&gt;„Ludzkie dzieci” &lt;/strong&gt;(2006) Alfonso Cuarona to także opowieść o epidemii, która może wymazać ludzkość z powierzchni planety, choć w bardziej subtelny sposób. Wirus bezpłodności sprawił, że nie rodzą się żadne dzieci a rozhisteryzowane społeczeństwa w myśl idei „nie ma przyszłości” obracają się powoli w gruzy, bo uzbrojona po zęby policja nie daje rady postawić tamy temu chaosowi. Podobieństw między filmami jest więcej, bo obydwa zrealizowane zostały w brytyjskich plenerach, z brytyjskimi aktorami, prezentując świat w przygaszonych barwach a ojczystym językiem obydwu reżyserów jest język hiszpański. Z tym, że Alfonso Cuaron pochodzi z Meksyku a Juan Carlos Fresnadillo, autor scenariusza i reżyser &lt;strong&gt;„28 tygodni później”&lt;/strong&gt; z Hiszpanii. Ale jeśli chodzi o rangę dzieła, to Cuaron stworzył symboliczną przejmującą opowieść a Fresnadillo kliszę (może nawet kliszę kliszy).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy twórca horrorów marzy o tym, aby jego film zarażał widza wirusem strachu. Wirusem, który powoduje, że odwracamy się z ciarkami na plecach na niespodziewany hałas a w obcych ludziach na ulicy widzimy czające się zagrożenie. Jednak obejrzane przez nas filmy grozy działają niczym szczepionka na emocje, skutecznie uniemożliwiając przestraszenie nas w ten sam sposób. I to jeden ważniejszych powodów, dla których film &lt;strong&gt;„28 tygodni później”&lt;/strong&gt; nie może porządnie poruszyć widza, mimo niezwykle realistycznie pokazanych scen masakry, dokonywanej przez zakażonych zombie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dwadzieścia osiem tygodni, czyli niecałe pół roku, ten film odejdzie w całkowite zapomnienie. I słusznie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt; Filmy „gore” epatują scenami schematycznej przemocy zadawanej w krwawy, widowiskowy sposób, mający wywołać u widza uczucie obrzydzenia. Masakra siekierą, piłą mechaniczną, strzał z dubeltówki prosto w głowę etc. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2]&lt;em&gt; Znawcy tematu zauważą, że przeważnie zombie nie oddycha. Jednak gdyby oddychał, to zapewne jego oddech nie byłby świeży i o to chodzi!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;&lt;li&gt;&lt;a href="http://www.foxinternational.com/28weekslater/"&gt;Oficjalna strona filmu "28 tygodni później".&lt;/a&gt; &lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=V13hS8oyK8M"&gt;Zwiastun filmu wyświetlany w Wlk. Brytanii&lt;/a&gt; (znacznie lepszy niż sam film!)&lt;/li&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-5961629792765236186?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/5961629792765236186/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=5961629792765236186' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5961629792765236186'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5961629792765236186'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/09/niecae-p-roku-potem.html' title='Niecałe pół roku potem'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RuQb4uPq80I/AAAAAAAAAFM/0KJJvtUJgcU/s72-c/28_TYGODNI_POZNIEJ.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-3846502584163984430</id><published>2007-08-23T13:48:00.000+01:00</published><updated>2007-09-09T23:38:30.830+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;The Russian Mafia. Private Protecion in a New Market Economy&quot; - czyli jak powstała mafia w Rosji'/><title type='text'>Przepis na mafię rosyjską</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rs2CmePq8zI/AAAAAAAAAEo/f6hjubuVaco/s1600-h/THE_RUSSIAN_MAFIA.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rs2CmePq8zI/AAAAAAAAAEo/f6hjubuVaco/s200/THE_RUSSIAN_MAFIA.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5101877550346072882" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;strong&gt;"Jestem reprezentantem kraju, który rozpada się na oczach całego świata i obywateli. W zeszłym roku popełniono u nas o milion przestępstw więcej niż w zeszłym a i tak większość z nich nie została zgłoszona. Jedna piąta milicjantów odchodzących z pracy automatycznie idzie na żołd mafii, która jest wszechpotężna, bo haracz płaci jej 75% wszystkich prywatnych firm.” &lt;/strong&gt;– taką prezentację swojego kraju w 1995 [1] mógłby przedstawić minister spraw zagranicznych Rosji Andriej Kozyriew. Oczywiście zrobiłby to tylko wtedy, gdyby oszalał, bo przecież dyplomaci w innych przypadkach prawdy nie mówią. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I właśnie ten obraz Rosji wyziera z pracy Federico Varese’go &lt;strong&gt;„The Russian Mafia. Private Protection in a New Market Economy”&lt;/strong&gt;, niestety po polsku niewydanej jeszcze. Varese postawił sobie za zadanie cel ambitny, ciekawy i trochę niebezpieczny również. Postanowił, że jeżdżąc do Rosji i rozmawiając z ludźmi oraz grzebiąc w archiwach sprawdzi jak powstała tamtejsza mafia, jaką ma tradycję i historię oraz dlaczego ma się tak świetnie. Autor jest wykładowcą akademickim oraz socjologiem przestępczości, ale jego książka nie jest przeintelektualizowanym wywodem na temat ludzkiej skłonności do zła. Ta metodyczna praca ukazuje motywy, kontekst oraz subkulturę składające się na fenomen mafii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Badanie tajnych, przestępczych organizacji posługujących się przemocą nie należy do zadań najprzyjemniejszych i najłatwiejszych. Charakter tych organizacji powinien być brany przez badacza pod uwagę nawet przy czynności zdawałoby się laboratoryjnie nudnej jaką jest wybór metody badania. Na przykład, nierozsądne byłoby decydować się na metodę „obserwacji uczestniczącej”. W jej ramach uczony prowadzi analizę zachowań obserwowanych jednostek starając się wtopić w grupę, często nie zdradzając rzeczywistego celu przebywania między obserwowanymi[2]. Ten rodzaj metody w momencie dekonspiracji groziłby badaczowi niezwykle nieprzyjemnymi konsekwencjami. Varese często także nie mógł prowadzić nagrywać swoich wywiadów, gdyż rozmówcy albo nie wyrażali na to zgody, albo on sam nie chciał stwarzać dystansu między nim a interlokutorem. I choć instytucja na wzór słynnej, sycylijskiej omerty jest na Wschód od Bugu nieznana, to przecież wszystkie nielegalne organizacje świata swoim członkom narzucają normy dyskrecji, zatem praca socjologa na takim polu musi być żmudna. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rosja jest krajem ogromnym, zamieszkanym przez wiele różnych narodów, mających swoje własne kultury a często i swoje własne mafie – lub przynajmniej tak się je określa. Łatwo spotkać się z terminami „mafia czeczeńska” etc. Przedmiotem zainteresowania Varese’go była jednak mafia ogólnorosyjska (mówiąc precyzyjnie z miasta Perm) rozumiana jako organizacja bez wyraźnego kontekstu etnicznego, czyli tradycji specyficznych dla konkretnych grup etnicznych, a zatem na wstępie lepiej zrozumiała dla badacza z zewnątrz. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Korzystając z teorii przedstawioną przez znawcę mafii sycylijskiej Diego Gambettę [3], Varese proponuje by potraktować mafię, w tym wypadku rosyjską, jako fenomen będący spontaniczną odpowiedzią ludzi na mankamenty najważniejszej organizacji, jaką jest państwo, a w szczególności na nieumiejętność państwa w dziedzinie ochrony wszelkich istotnych interesów swoich obywateli.&lt;br /&gt;W 1994 roku prezydent Jelcyn otrzymał raport stworzony przez Centrum Analizy Polityki Społecznej i Ekonomicznej. Według raportu ¾ wszystkich prywatnych firm w Rosji płaciło haracz rozmaitym grupom przestępczym[4]. Jednak problem w tej skali nie mógłby wystąpić, gdyby (podobnie jak na Sycylii) część z przedsiębiorców dobrowolnie nie kontaktowała się z organizacjami przestępczymi, by działając wspólnie zabezpieczyć swoje interesy – odebrać dług, zrealizować kontrakt, wymusić zgodę na transakcję czy, co bardzo ważne, zabezpieczyć się przed nieracjonalnie wysokimi haraczami narzucanymi przez mafię na graczy „niezrzeszonych”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Także i prywatni ludzie mogli poszukiwać kontaktu z mafią w celu znalezienia ochrony przed rozmaitymi „drapieżnikami”. Varese w Permie odnalazł kobietę, która padła ofiarą oszusta przy okazji kupowania mieszkania. Sprawa założona w sądzie nic nie dała, więc zdesperowana kobieta zasięgnęła rady, do kogo warto się zwrócić i następnie poprosiła organizację przestępczą o pomoc. Poturbowany oraz przestraszony naciągacz szybko oddał mieszkanie a mafia zainkasowała sowite wynagrodzenie. &lt;br /&gt;Mafia w Rosji operując na wielką skalę, czyli na lokalnych rynkach pobierając opłatę za ochronę od setek a czasem nawet tysięcy podmiotów gospodarczych (na przykład parę tysięcy straganów na wielkim bazarze płacących haracz), musiała sprofesjonalizować swoje relacje z klientami by nie być zmuszoną do utrzymywania swej kontroli na tak wielkich rynkach wyłącznie przemocą. Trudno przecież pobić kilkuset handlarzy, którzy zniechęceni nieskutecznością oraz brutalnością postanowią oszukać mafię. Byłoby to kosztowne i pracochłonne a w tym czasie nie miałby kto zbierać opłat od posłusznych „kooperantów”. Bardziej opłaca się potraktować ich tak, aby sami chcieli utrzymywać relacje z mafią i uważali, że koszty tej relacji są uzasadnione z punktu widzenia biznesu. To dlatego księgowi mafii, w obserwowanym przez Varesego Permie, kioskarzom narzucają nieuciążliwe opłaty a sam proces zawierania oraz utrzymywania relacji jest prowadzony w uprzejmej atmosferze. Mafia więc pod krawatem, uprzejmie oraz racjonalnie zarządza swoimi "owieczkami" i tym różni się od milicji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że mafia jest w takim razie doskonałym przykładem jakiejś samopomocy czy sensowną alternatywą dla nieefektywnego państwa. Usługi mafii, jak to wykazał już Gambetta[5], mogą „wykupić” inni przestępcy. Ponieważ mafia, w odróżnieniu od państwa nie postępuje według reguł skonstruowanych i wdrażanych w celu zabezpieczenia dobra wspólnego, więc w zależności od potrzeb klient błyskawicznie może się stać ofiarą, której kontakt z mafią nie daje żadnych korzyści a jedynie przysparza problemy.&lt;br /&gt;W tej sytuacji szeroki popyt na usługi mafii (będący zarazem warunkiem sine qua non dla niej samej) może zrodzić się tylko wtedy, obywatele nie mają wyboru i uważają ten rodzaj ryzyka za mniejsze zło. W rosyjskich warunkach wynika to m.in. z tego, że ludzie bardziej niż mafii boją się… milicji i wszystkich służb policyjnych, mających nad obywatelem władzę [6]. I nic dziwnego! Prawo podatkowe w Rosji jest niejasne i skomplikowane – pisze Varese -  przez co podlega arbitralnej interpretacji urzędnika (uniwersalna zachęta do nadużyć) a dodatkowo nie istnieją skuteczne mechanizmy kontroli pracy takich służb mundurowych. Władza milicjanta czy kontrolera nad przedsiębiorcą jest wielka a potencjalne sankcje bardzo dotkliwe. W oczach opinii publicznej urzędnik jest więc zagrożeniem - chciwy, kapryśny, nieprzewidywalny i wszechwładny. I dopiero na tym tle mafia często wypada lepiej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomina to jako żywo sytuację na Sycylii w XVIII i XIX wieku, gdy kolejne rządy centralne fundowały mieszkańcom wyspy nieskuteczne oraz skorumpowane instytucje władzy i jedyną alternatywą była przestępcza oraz patologiczna samoorganizacja. Stopień tego samorzutnego zorganizowania a prowadzonego bez planu zdumiewa. Sycylijska i rosyjska mafia są scentralizowane, gdzie poszczególne mafie – lokalne organizacje – dzielą rynki między siebie, negocjują nowe warunki współpracy, wyznaczają obowiązki swoim uczestnikom oraz przeciwdziałają przewidywalnym zagrożeniom. Porównując organizację mafii włoskiej i rosyjskiej, ta druga ma nawet bardziej złożoną strukturę, bo zapewne ze względu na rozmiar kraju, istnieje więcej szczebli organizacji umożliwiających lepsze delegowanie zadań. Centralizację i organizację mafii po części można tłumaczyć porównując koszty przemocy i koszty współpracy. Przemoc, jako kosztowna i wielce ryzykowna metoda działania wobec kogoś, kto może odpłacić z nawiązką staje się  wtedy alternatywą a nie podstawą działania. Oczywiście wojny mafijne istniały zawsze, ale tłumaczyć je należy właśnie jako sytuacje, gdy ktoś ocenił przemoc jako mniej ryzykowną metodę działania i bardziej opłacalną niż negocjację. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta optyka nie jest też obca i władzy, która w Rosji roztropnie nie wydaje mafii totalnej wojny wiedząc, że koszty negocjacji są znacznie mniejsze niż koszty konfrontacji. Varese cytuje zdumiewające głosy, pojawiające się w rosyjskiej publicznej debacie na temat mafii, wedle których państwo powinno zawrzeć z mafią pakt o nieagresji, w ramach którego obydwie strony pójdą na ustępstwa gwarantujące z jednej strony mafii nietykalność, z drugiej obywatelom większe bezpieczeństwo. Nie należą do rzadkości również kontakty milicji z mafią, w wyniku których obydwie strony ustalają granice swoich wpływów. Badacz odnalazł w Permie przedsiębiorcę, który po złożeniu mu przez mafię propozycji haraczu skorzystał z własnych kontaktów w milicji. Następnie obydwie strony – mafia i milicja - spotkały się i panowie w mundurach oznajmili, że „tego pana my chronimy, nie wy”, co mafia przyjęła do wiadomości i przedsiębiorcy więcej nie odwiedzała. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby jakiś szalony demiurg przyglądając się Rosji na jej wzór zechciał stworzyć mafię w warunkach eksperymentalnych, to przepis na jej powstanie byłby zarazem i dość prosty i, całe szczęście, trudny do powtórzenia w innych warunkach, innych krajach. Na wzór przepisu kucharskiego mógłby ten „przepis ma mafię” brzmieć tak:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„Weź ustrój totalitarny i potrząśnij nim bardzo mocno oraz zgruchocz. Następnie odrzuć na bok funkcjonariuszy instytucji przemocy tego ustroju, pozbaw ich pracy a tych pracujących zdemotywuj niskimi płacami oraz utratą prestiżu. Jednocześnie weź stare prawa i przepisy oraz wymieszaj z nowymi, tak by stały się nieczytelne nawet dla ekspertów oraz stworzyły przedziwną mieszankę. Potem odstaw na bok. Wymieszaj teraz funkcjonariuszy starego ustroju z przestępcami oraz także odstaw na bok i pozwól by przeszkód to ciasto rosło. Dodaj do tego chaos wywołany transformacją oraz głęboki kryzys ekonomiczny obawiający się dramatycznie niskimi pensjami, emeryturami, brakiem węgla nawet na Syberii. Dobrze, aby wszyscy byli mocno zdemoralizowani – pozbawieni wiary w ideały oraz skuteczność państwa w rozwiązywaniu problemów. Uwaga, konieczne jest, aby świat przestępczy miał dostęp do broni palnej, najlepiej z magazynów wojskowych.”&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Choć to niedoskonałe streszczenie przyczyn rozrostu struktur przestępczych, to jednocześnie pozwala dostrzec, dlaczego mafia nie jest fenomenem typowym dla krajów typu Niemcy, Francja, Szwecja czy Wielka Brytania lub nawet Polska. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W arcyciekawej pracy Varesego jest tylko jedna luka. W odróżnieniu od innych badaczy mafii (Dickie 2004, Gambetta 1993) nie powołuje się on na relatywnie pewne źródła, jakimi są zeznania schwytanych oraz skruszonych mafiosów. We Włoszech takim wielkim przełomem w wiedzy na temat mafii sycylijskiej były procesy lat 80-ych, w wyniku których skazano kilkaset osób za przynależność do mafii oraz działalność przestępczą. Ale, rzecz jasna, ten niedostatek analizy Federico Varesego nie wynika z zaniedbania badacza, lecz z potęgi mafii, która w Rosji nie doznała jeszcze takich ciosów jak we Włoszech. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt; Wszystkie dane z książki „The Russian Mafia…” F. Varese, Oxford Univ. Press 2005.&lt;/em&gt; &lt;br /&gt;[2]&lt;em&gt; Klasycznym w polskiej socjologii przykładem takiego postępowania jest niejawna obserwacja uczestnicząca, jakiej dokonał Marek M. Kamiński w 1985 roku w polskich aresztach. Kamiński spędził w nich kilka miesięcy w związku z działalnością opozycyjną.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3]&lt;em&gt; „The Sicillian Mafia. The Business of Private Protecion” D. Gambetta, Harvard Univ. Press 1993.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4]&lt;em&gt; Jak podaje Varese, ten odsetek w niektórych regionach Rosji może być jeszcze wyższy – w Sankt Petersburgu 90% prywatnych przedsiębiorstw płaci haracz.&lt;/em&gt; &lt;br /&gt;[5]&lt;em&gt; Op.cit.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[6]&lt;em&gt; „The Russian Mafia…” F. Varese, Oxford Univ. Press 2005.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;&lt;li&gt;&lt;a href="http://youtube.com/watch?v=GOcAEY4Kdmo"&gt;Pierwsza część filmu na temat rosyjskiej mafii&lt;/a&gt; - kolejne odcinki na tej samej stronie.&lt;/li&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-3846502584163984430?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/3846502584163984430/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=3846502584163984430' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/3846502584163984430'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/3846502584163984430'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/08/przepis-na-mafi-rosyjsk.html' title='Przepis na mafię rosyjską'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rs2CmePq8zI/AAAAAAAAAEo/f6hjubuVaco/s72-c/THE_RUSSIAN_MAFIA.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-8602572226419685339</id><published>2007-08-16T22:57:00.000+01:00</published><updated>2007-08-20T08:29:00.020+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Pobożne matrony i cnotliwe panny. Epitafia jako źródło wiedzy o kobiecie...&quot; K. Górecka'/><title type='text'>Nagrobek Dody Elektrody</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RsVReOPq8yI/AAAAAAAAAEg/nPrLy-sx01Q/s1600-h/POBO%C5%BBNE_MATRONY_I_CNOTLIWE.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RsVReOPq8yI/AAAAAAAAAEg/nPrLy-sx01Q/s200/POBO%C5%BBNE_MATRONY_I_CNOTLIWE.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5099571732728705826" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Dziwne lektury mogą być źródłem sporej satysfakcji. Tak jak w przypadku książki &lt;strong&gt;„Pobożne matrony i cnotliwe panny. Epitafia jako źródło wiedzy o kobiecie w epoce nowożytnej"&lt;/strong&gt; [1] Katarzyny Góreckiej. Opisała ona, przeanalizowała i skomentowała szesnasto i siedemnastowieczne epitafia kobiece z terenu Krakowa. Rzecz przeszła raczej niezauważona a szkoda, bo mimo cmentarnie poważnego tematu Górecka bez trudu przykuwa uwagę na całe 126 stron. Tytuł zawczasu zdradza, do jakich wniosków dojdzie autorka na końcu książki (kobiety w tamtych czasach aspirowały do wizerunku albo pobożnej matrony, albo cnotliwej panny i raczej nic poza tym), ale o smaku lektury decyduje przede wszystkim bogactwo odniesień oraz bibliografia, chętnie i często przywoływana. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niespiesznie podążając ku zasadniczej części książki czytelnik poznaje interesujące fakty z historii staropolskiej obyczajowości pogrzebowej. Górecka pisząc na przykład o tym, jakim przekształceniom ulegał w historii zwyczaj ozdabiania konduktów czy grobów kwiatami przypomina, że czterysta lat temu (a więc stosunkowo niedawno) był on zwalczany przez Kościół Katolicki jako zachowanie pogańskie. Autorka pokazuje również, że w przypadku literatury funeralnej można mówić o stylach nawiązujących do konkretnych historycznych wzorów. Uzmysławia, że powszechnie występujący w nekrologach zwrot „Kochana żona i matka..." ma swoje korzenie na przykład właśnie w nowożytnej tradycji przedstawiania zmarłych kobiet zawsze jako żon, wdów lub matek (stare panny nie miały się czym chwalić więc epitafiów sobie nie fundowały)  a więc z odniesieniem przede wszystkim do ich stanu cywilnego oraz funkcji rodzinnej. Inna sprawa, że w tej epoce większość kobiet z racji bycia osobą nieczynną zawodowo faktycznie była tylko lub głównie żoną czy matką. Ciekawe też, że określanie zgonu mianem „przedwczesnej śmierci", początkowo zarezerwowane tylko dla dzieci i młodzieży, w XVI wieku stało się częste także w odniesieniu do wszelkich osób aktywnych zgasłych nagle. Dziś ten zwrot rozpowszechniony jeszcze bardziej nie budzi zaskoczenia użyty nawet wobec energicznego za życia 70-cio latka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Funkcją epitafium było sławić i uwiecznić zmarłego ale także polecić jego pamięć modlitwie, zwiększającej szanse na zajęcie godnego miejsca w Królestwie Niebieskim. Upraszczając można więc porównać epitafium do CV czy listu motywacyjnego, które dziś kandydaci wysyłają ubiegając się o pracę. Tu stawka jednak była znacznie poważniejsza, bo chodziło o zbawienie a nie posadę. Naturalne więc, że epitafia (podobnie jak nekrologi dziś) jeśli już zawierały opis cech i przymiotów zmarłej, to najrzadziej mówiły o urodzie. Tylko dwa spośród przeanalizowanych przez Górecką epitafiów wspominają o piękności nieboszczki [2]. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Współczesne polskie nekropolie, gdzie dominują zuniformizowane nagrobki, nie mogą stanowić tak interesującego przedmiotu analizy literackiej jak te sprzed wieków.  Dziś na grobach przeważają wyłącznie daty, suche zapisy jakichś tragedii („odszedł nagle...") lub wyrazy emocji bliskich („nieutulona w żalu..."). Więcej treści &lt;a href="http://sowa.website.pl/cmentarium/Epitafia/eppowwoj.html"&gt;zauważyć można na grobach dziecięcych&lt;/a&gt;, gdzie sztywne ramy współczesnych, ascetycznych konwencji cmentarnych od dziesięcioleci przełamuje wyjątkowa rozpacz rodziców. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudne zadanie czeka legiony archeologów z przyszłości, którzy za pięćset czy sześćset lat będą rekonstruować obraz dzisiejszego społeczeństwa na podstawie współczesnych cmentarzy, „wytwarzanych" przez leżące za płotem lub po drugiej stronie ulicy zakłady kamieniarskie („Niech Szanowny Klient wybierze sobie nagrobek z tego katalogu."). &lt;br /&gt;Cmentarze aż do czasów Oświecenia lokowane były wewnątrz miast. Postęp nauki i rozrost osad sprawiły, że w wieku XVIII poczęto grzebać zmarłych na terenach graniczących z miastem. Tak było na przykład w przypadku warszawskich Powązek. To ekspediowanie śmierci poza obszar życia codziennego musiało skutkować automatycznie przemianą cmentarzy i epitafiów. Zmarli zostali zredukowani do rangi znaków w przestrzeni. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjątkiem są i były sławne osoby,  których nagrobki zawsze nosiły rozbudowane epitafia. Tak jak Jan Krasiński, starosta opinogórski, który pochowany został na nieistniejącym już dziś cmentarzu świętokrzyskim w Warszawie. Epitafium mówiło:&lt;blockquote&gt; „Jan Krasiński, starosta Opinogórski, orderu Śgo Stanisława kawaler, na pamiętny sejm roku 1788 pod związkiem konfederacyi, a laską Stanisława Małachowskiego referendarza wielkiego koronnego, sławny z gorliwości poseł, ale sławniejszy z cnót i życia chrześcijańskiego, żyjąc lat 34, umarł d. 1 Marca 1790 roku powszechnie żałowany. Kto to czytasz, uczcij jego zwłoki wspomnieniem: duszę wesprzyj pobożną modlitwą."&lt;/blockquote&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Bardziej współczesnym i dobrym tego przykładem może być &lt;a href="http://www.hollywoodusa.co.uk/MemorialParks/pacificviewmemorialpark.htm"&gt;grób aktora Johna Wayna&lt;/a&gt;, znajdujący się w Orange County, w stanie California:&lt;blockquote&gt; „W życiu najważniejsze jest jutro. Przychodzi czyste o północy. Doskonałe gdy nadchodzi składając się w nasze ręce. W nadziei, że od wczoraj czegoś nauczyliśmy się." [3] (tłum. MS).&lt;/blockquote&gt;  &lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Potrzeba obcowania ze zmarłymi zawsze była równie mocna, ale dziś została po prostu zdominowana przez inne potrzeby, które dziś społeczeństwo uznaje za istotniejsze. To tłumaczyłoby dlaczego rozwija się moda na internetowe cmentarze, umożliwiające wirtualne oddanie czci lub wyrażenie żalu. Wyprawa na realny cmentarz musi przegrać z wizytą w banku czy centrum handlowym, ale możliwość szybkiego, niekłopotliwego zrealizowania powinności wobec zmarłych przy pomocy komputera i szybkiego łącza nie czyni wyłomu w systemie wartości oraz rewolucji w kalendarzu spotkań. Znanymi tego rodzaju serwisami cmentarnym są &lt;a href="http://www.wirtualnycmentarz.pl"&gt;http://www.wirtualnycmentarz.pl&lt;/a&gt;/ czy  &lt;a href="http://www.nekropolia.pl"&gt;http://www.nekropolia.pl&lt;/a&gt;/ Funkcję informacyjno-cmentarną łączy zaś anglojęzyczny serwis &lt;a href="http://www.findgrave.com"&gt;http://www.findgrave.com&lt;/a&gt;/, gdzie internauci mogą dowiedzieć gdzie leży ich idol, jaki był przebieg jego kariery a na koniec wyrazić żal. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewentualna krytyka takich pomysłów jest o tyle przekonująca, że cyfrową nekropolię jest w stanie założyć średnio majętny, przeciętnie zdolny nastolatek a i trwałość grobowców stworzonych w technologii flash nie może się równać z tymi klasycznymi. Trzeba też dodać, że obok komercyjnych oraz prowadzonych na serio przedsięwzięć internetowo-funeralnych pojawiły się też projekty na pograniczu żartu, takie jak wirtualny cmentarz smaków kiedyś produkowanych lodów -  pod adresem: http://www.benjerry.com/our_products/flavor_graveyard/ &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wirtualne nagrobki, podobnie jak te kamienne również uległy standaryzacji a teksty ich epitafiów wydają się nawet uboższe niż w rzeczywistości[4]. Można też zaryzykować hipotezę, że do redukcji epitafiów przyczynił się fakt zwycięstwa postmodernistycznego relatywizmu jako dominującej strategii narracyjnej.  Wszystko stało się tylko umową, konwencją lub arbitralnie wybranym stylem opowieści. Dlatego podmiot narracji najchętniej wybiera ironię i dystans, rezygnując z patosu oraz powagi, co automatycznie postawiło pod znakiem zapytania także możliwość tworzenia rozbudowanych epitafiów. Czy zmarły miałby teraz ironizować? Dystansować się wobec samego faktu i treści epitafium?[5] &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto też zapytać, jakim ideałom miałby dawać wyraz tak zwany „nowoczesny" zmarły. Kiedyś rycerze głosili swoją mężność, królowie mądrość, biskupi pobożność, kobiety cnotliwość, kupcy szczodrość a dzieci niewinność. Trudno sobie wyobrazić w ten sposób skonstruowane epitafium dyrektora agencji reklamowej (choć byłoby zapewne diabelnie przekonujące). Czym chciałby zaimponować potomnym kierowca taksówki (punktualność i uprzejmość) lub aktor opery mydlanej bądź telenoweli (miła aparycja)? Jakimi podniosłymi słowami, proszę wybaczyć ten lekko niesmaczny zabieg sięgania po osobę żyjącą, zareklamowałaby się świętemu Piotrowi oraz czytelnikom na swoim epitafium Doda Elektroda?&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt;Już sam tytuł, poprzez swoją barokową rozwlekłość przywołuje i odtwarza ducha opisywanej epoki. „Pobożne matrony i cnotliwe panny..." K. Górecka, wyd. Neriton, Warszawa 2006&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2]&lt;em&gt;Ibidem str. 91&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3]&lt;em&gt;W oryginale napis brzmi: „Tomorrow is the most important thing in life. Comes into us at midnight very clean. It's perfect when it arrives and it puts itself in our hands. It hopes we've learned something from yesterday." Aktor leży na cmentarzu Pacific View Memorial Park.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4]&lt;em&gt; Bywają też niesamowite wyjątki - jak na przykład &lt;a href="http://www.ioh.pl/forum/download.php?id=9285&amp;sid=5914652c4f712d148dcb52e4c9339f14"&gt;grób rodziny Skrzyńskich &lt;/a&gt;w Zagórzanach niedaleko Gorlic.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[5]&lt;em&gt;Na tej sprzeczności między ironią a stylistyką epitafijną bazuje cały gatunek twórczości literackiej jakim jest sztuka tworzenia humorystycznych epitafiów. Z marszu załączam dwa udane przykłady takich zabaw - „Tu leży mój mąż nieboszczyk, Płacze od chwili owej. Niech się ktoś o mnie zatroszczy, Mieszkam na Ogrodowej." - L.J. Kern oraz epitafium autorstwa J. Tuwima - „Tutaj nieszczęsny małżonek mój leży, Co stracił życie przez upadek z wieży. Ten, komu znana wysokość tej wieży, Łatwo głębokość mego smutku zmierzy." Więcej &lt;a href="http://listserv.buffalo.edu/cgi-bin/wa?A2=ind9805e&amp;L=poland-l&amp;T=0&amp;P=1522"&gt;TUTAJ&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-8602572226419685339?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/8602572226419685339/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=8602572226419685339' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/8602572226419685339'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/8602572226419685339'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/08/nagrobek-dody-elektrody.html' title='Nagrobek Dody Elektrody'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RsVReOPq8yI/AAAAAAAAAEg/nPrLy-sx01Q/s72-c/POBO%C5%BBNE_MATRONY_I_CNOTLIWE.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-7810902901854095443</id><published>2007-07-26T21:22:00.002+01:00</published><updated>2008-07-07T18:01:46.528+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Wyspa&quot; kolejna książka Eustachego Rylskiego'/><title type='text'>Wyspa Rylskiego</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RqkEKfR-pJI/AAAAAAAAAEY/uU6mRUrpoas/s1600-h/RYLSKI_WYSPA.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RqkEKfR-pJI/AAAAAAAAAEY/uU6mRUrpoas/s200/RYLSKI_WYSPA.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5091605431961166994" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Jest taka granica po przekroczeniu której świat przestajemy już rozumieć a zaczynamy tylko kontestować. Może to wynik starzenia się mózgu, w którym połączeń nerwowych już ubywa? A może efekt postępującej i niszczącej miłości dla samego siebie, która oślepia na złożoność rzeczywistości, nie pozwalając porzucać błędnych przekonań?&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Gdziekolwiek by się ta granica znajdowała, Eustachy Rylski jej nie przekroczył i dowodem na to jest &lt;strong&gt;„Wyspa”&lt;/strong&gt;, zbiór jego opowiadań wydany w pierwszej połowie tego roku. To utwory napisane językiem oryginalnym, przeważnie ironicznym i wskazującym, jeśli nie na rozumienie, to przynajmniej dużą biegłość obserwacji świata. W jednym tomiku znalazły się utwory, których akcja umiejscowiona jest w absolutnie różnych miejscach oraz czasie, a wyraziści bohaterowie stanowią interesujący klucz do rozumienia rozmaitych trendów współczesnego świata czy nawet ich personifikację. Anonimowy księgowy z czasów poprzedniego ustroju, stary pisarz na emigracji, głupia dziewucha z prowincji lub zbuntowany ksiądz intelektualista, wszyscy oni przeżywają swój własny upadek, często o niejednoznacznych konsekwencjach.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Rylski w niezwykle naturalny sposób, i mimochodem prowokuje. Prowokacja obyczajowa pojawia się w „Dziewczynce z hotelu Excelsior”, intelektualna – w „Dworskim zapachu”. W tym pierwszym opowiadaniu, pisarz sprawnie łączy opis paru zupełnie odmiennych warstw rzeczywistości. To zarówno świetna pocztówka z tłumnego, brudnego kurortu nad morzem, ale także opis rozpadu małżeństwa i samotności starszego mężczyzny czy nawet wyrazista satyra na rzeczywistość PRL-u. Nic więc dziwnego, że w obliczu tylu znaczeń i wątków, fascynacja seksualna trzynastolatką staje się kolejnym z wielu elementów, w dodatku odartym ze swojego podstawowego bezczelnego znaczenia, gdyż wszystko w tym tekście jest senne, odrealnione. Jednocześnie atutem tego opowiadania jest jego obrazowość czy nawet filmowość. Takie „rekwizyty” jak tłum, papieros, dancing, kłótnia małżeńska czy kurort letni aż się proszą o ekranizację i nic dziwnego, że miała ona już miejsce – „Dziewczynka z hotelu Excelsior” (1988) w reż. A. Krauzego[1].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opowiadania w tomie &lt;strong&gt;„Wyspa”&lt;/strong&gt;, podobnie jak to było w poprzedniej książce &lt;strong&gt;„Warunek”&lt;/strong&gt; zawierają sugestywne opisy przyrody i szeroko rozumianej scenografii działań bohaterów. Otoczenie w pewnym sensie osacza opisywane postacie, będąc źródłem dodatkowego dramatyzmu – tak jak w przypadku „Dziewczynki…”, „Zapachu dworskiego” czy „Wyspy”, gdzie ciężkie lato oraz bezwzględne słońce i upał pomagają uwypuklić wysiłek, z jakim anonimowy księgowy, stary pisarz czy ksiądz próbują rozwikłać zagadkę swojego własnego losu. &lt;br /&gt;Język pisarstwa Rylskiego jest intensywny i często precyzyjny. Słowa „często” użyję, bo autorowi zdarzają się też zdania zbyt osobiste, niezrozumiałe: &lt;blockquote&gt;„Więc niespłoszona wstydem, opowiedziała mężczyźnie o czymś, co z perspektywy błogiej, jak sądziła, niezmienności, wydało się jej ciemną smugą najwyższej, którą, jeżeli miałaby zgubić, to teraz, i raz na zawsze”[2].&lt;/blockquote&gt; &lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;Pochwałę stylu, w jakim napisana jest książka wygłosił na łamach „Polityki” Z.Pietrasik [3], który zwrócił uwagę na elegancję oraz prostotę na przykład zdań takich jak to – „Młodość, uroda i zdrowie śniły mu się tej nocy po raz ostatni”. Tak zaczyna się opowiadanie „Dworski zapach”. Faktycznie jest to dobry wstęp, mający zwięzłość tytułu i zalety dobrego sloganu reklamowego. Sąsiednie opowiadanie „Jak granit” zaczyna się jednak nie gorzej, choć w innym stylu: &lt;blockquote&gt;„Onieśmielona życiem praktykantka fryzjerska z Wągrowca, ciężka trochę od snu, słodyczy i pierwszej młodości, postanowiła wraz z przyjaciółką, zresztą za jej namową, spędzić wakacje w jednej z modnych miejscowości nadmorskich.”&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;To zdanie przy swojej bezceremonialności wobec podmiotu wypowiedzi, przypomina także stylem plotkę lub rozmowę telefoniczną, gdy rozmówcy nie cofają się przed drobnymi dygresjami, wzmagającymi obrazowość komunikatu. Rylski z resztą łączy te różne style wypowiedzi w typowy dla siebie, może nawet nonszalancki sposób, który jednym wydaje się piękną oznaką oryginalności, ale drugich drażni. Przemysław Czapliński na łamach „Gazety Wyborczej”[4] styl Rylskiego uznał za kiczowaty oraz pełen błędów językowych i tautologii. Mam jednak pewne wątpliwości, co do zasadności tej krytyki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiczowatość, rozumiana jako skrótowość czy też prawie pop-kulturowa schematyczność opisu faktycznie występuje na kartach &lt;strong&gt;„Wyspy”&lt;/strong&gt;. Ten element pisarstwa równie dobrze można jednak uznać jako zamierzony, nie zaś mimowolny, a czyniący z opowiadań małe, lecz wielce dosadne szkice bawiące się filmową czy wręcz komiksową estetyką kultury masowej. W opowiadaniu „Zapach dworski” nawiązania do francuskiego kina wydają się szczególnie wyraźne, gdy Rylski roztacza przed nami obrazy letniej sjesty, wieczornych drinków i eleganckiej łobuzerii o olśniewająco białym uśmiechu Jeana Paula Belmonda skrzyżowanego z Alainem Delonem, bo przecież młody przestępca nosi nazwisko Belon. Czytając o mocno zarysowanych męskich szczękach, zgrabnych kobietach czy opalonych gangsterach odnosiłem też wrażenie obcowania z zabawnym tekstem, a nie porażką pisarską.&lt;br /&gt;Nie bardzo też ufam metodzie krytycznej, która polega na wyłapywaniu błędów językowych w omawianej powieści. U Rylskiego przecież liczba tych ewentualnych błędów nie przekracza poziomu utrudniającego lekturę. Fakt zaś, że korekta nie wyeliminowała błędu polegającego na rozłącznym pisaniu „nie wiele” a Rylski woli formę „czystsza” niż „czyściejsza” – przy czym obydwie są dopuszczalne wg Słownika PWN z 1980 roku – jednak nie dyskwalifikują tej prozy, co wydaje się postulować Czapliński.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Irytujące lub frapujące w pisarstwie Rylskiego może być również to, że jego bohaterowie są bardzo męscy. Pisarz dzieli się z nimi swoją perspektywą, doświadczeniami lub przynajmniej stwarza takie wrażenie. Może to prowokować oskarżenia o swoisty seksizm tej prozy [5], ale względna schematyczność czy też marginalizacja postaci kobiecych wynikałaby ze swoistej szczerości pisarza. Nie musi to być rzecz jasna żadną zaletą literatury, ale chyba zdecydowanie większym grzechem są fałszerstwo oraz poza, które definitywnie zamykają drogę interesującemu tropieniu relacji między literaturą a rzeczywistością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie wyżej zarysowane wątpliwości lub zarzuty wobec prozy Rylskiego nie powinny jednak dotyczyć jednak dialogów. Gdy bohaterowie jego opowiadań zaczynają rozmawiać uwaga czytelnika momentalnie wyostrza się, bo pisarz naprawdę z talentem konstruuje wymiany zdań, wzbogacając je o krótkie, soczyste opisy. Praktykantka z Wągrowca rozmawiając z jurnym kierownikiem ośrodka wypoczynkowego ożywa i nabiera rumieńców, stając się pełnowymiarową bohaterką. Dwóch księży w opowiadaniu „Wyspa” wspominając o piłkarskich fascynacjach swojego zwierzchnika, dostojnika kościelnego pochodzącego z Sycylii, w krótkiej wymianie zdań czyni tę postać sympatycznie realną: – „Nie lubi AS Romy. – A który Sycylijczyk lubi? – Komu kibicuje? Palermo? – Palermo to pedały. Nieodmiennie Catanii.”[6] &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej umiejętności dowcipnego rysowania interakcji i przekonującego odwzorowywania zachowań ludzkich proza Rylskiego przypomina niekiedy styl Janusza Głowackiego. Nie podjąłbym się próby udowodnienia przed sądem poniższej tezy, ale osoba lub literatura Głowackiego jakieś wrażenie na autorze musiały zrobić, skoro na stronie 117 pojawia się osobnik fizycznie przypominający Głowackiego dość mocno:&lt;blockquote&gt;„Tunio był atletycznym blondynem w drucianych okularach, zakładanych głęboko za uszy. Nosił zawsze zmięte tweedy i rozchełstane koszule. Dandys wytworny i nonszalancki, ze spalonymi na ciemny brąz rękami w otchłannych kieszeniach spodni.”&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Wyspy”&lt;/strong&gt; nie należy traktować jak literatury aspirującej do kanonu dzieł narodowych. Nie wydaje mi się, aby o chęć osiągnięcia tego celu wypadało podejrzewać również samego Rylskiego, któremu wielokrotnie zdarzało się publicznie dystansować od komplementów pod adresem jego książek. To, zgodnie z deklaracjami pisarza po prostu ciekawa literatura, która czytelnika szanuje w tym sensie, że konsekwentnie stara się go zainteresować detalem, opisem a na koniec znaczeniem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;a href="http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/122694"&gt;LINK&lt;/a&gt; &lt;em&gt;do hasła na stronie Filmu Polskiego&lt;/em&gt; &lt;br /&gt;[2] &lt;em&gt;E. Rylski „Wyspa”, Świat Książki, Warszawa 2007 , str. 173.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;em&gt;„Polityka” 17 maja 2007.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4] &lt;em&gt;„Gazeta Wyborcza” – „Męski powrót do normy” P. Czapliński, 22 maja 2007.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[5] &lt;em&gt;Ibidem.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[6] &lt;em&gt;E. Rylski „Wyspa”, Świat Książki, Warszawa 2007, str. 215.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-7810902901854095443?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/7810902901854095443/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=7810902901854095443' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7810902901854095443'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7810902901854095443'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/07/wyspa-rylskiego.html' title='Wyspa Rylskiego'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RqkEKfR-pJI/AAAAAAAAAEY/uU6mRUrpoas/s72-c/RYLSKI_WYSPA.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-7663062399039515661</id><published>2007-07-09T21:56:00.000+01:00</published><updated>2008-01-15T20:56:20.388+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nowa powieść Henninga Mankella po polsku'/><title type='text'>Mężczyzna, który się uśmiechał</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RpKhlsCnGsI/AAAAAAAAAEQ/jlNBCnxdFVo/s1600-h/M%C4%98%C5%BBCZYZNA_KTORY_SI%C4%98_ok%C5%82adka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RpKhlsCnGsI/AAAAAAAAAEQ/jlNBCnxdFVo/s200/M%C4%98%C5%BBCZYZNA_KTORY_SI%C4%98_ok%C5%82adka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5085304598104054466" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;„Mężczyzna, który się uśmiechał", wyd. W.A.B (2007) to najnowszy wydany w Polsce kryminał szwedzkiego pisarza Henninga Mankella. Autor, początkowo u nas nieznany, szybko zdobył sobie wiernych czytelników, spośród których jeden nawet zaczął nawet uczyć się języka szwedzkiego, bo tak bardzo chciał zobaczyć, czy książki Mankella w oryginale są równie dobre, jak w polskim tłumaczeniu [1]. Ten rodzaj poświęcenia zmusza do refleksji, wszak trudy szwedzkiej wymowy (jeśli dobrze pamiętam 18 samogłosek oraz bardzo obca Polakom melodia zdania i dwa akcenty) pokonać może tylko uzdolniony desperat lub fanatyk-lingwista. &lt;em&gt;Och jag vet vad jag säger!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tym razem bohaterem kryminalnej historii dziejącej się na południu Szwecji jest czasem niedomyty i często rozczochrany oraz budzący sympatię komisarz Kurt Wallander. Choć wybrednym jego postać może wydać się mało oryginalna ze względu na pociąg do alkoholu, samotność, nieudane związki z kobietami oraz pewną abnegację - jest więc mieszanką cech Marlowa, Columbo i pewnie paru jeszcze słynnych detektywów, to jednak talent pisarski Mankella czyni całość oryginalną i godną uwagi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzieje się tak dzięki opisom relacji międzyludzkich, które bez popadania w skrajności i sztampowość wydają się bardzo przekonujące. Również tło akcji, na które składają się miasto Ystad i południe Szwecji, dodaje kryminałom Mankella wiele uroku. Przypominają one klasyczne brytyjskie powieści kryminalne, które często swoją akcję toczyły właśnie na prowincji, wytwarzając dzięki temu atmosferę skupienia na szczegółach i ludziach. Nieprzypadkowo, słabsze książki z Kurtem Wallanderem w roli głównej to te, gdy intryga przenosi się do Afryki lub na Łotwę („Psy z Rygi" i „Biała lwica") - ale to oczywiście prywatna ocena autora tego bloga. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Mężczyzna, który się uśmiechał" jest tak wartką lekturą o tak zręcznie skonstruowanej akcji, że miejscami zaczyna to aż przeszkadzać. Zanim oburzą się Państwo na tę dziwaczną sprzeczność, proszę o kilka linijek zaufania i przeczytanie uzasadnienie tej oceny. &lt;br /&gt;Wydana właśnie w Polsce powieść ma akcję chwilami w stylu raczej filmowym niż literackim. Połączenie oszczędnego stylu, skupienia na psychologii i przyrodzie z pomysłami, by nagle komisarz Wallander musiał biegać, skakać i celować z pistoletu, skutkuje zastanawiającym, niewiarygodnym kontrastem, którego na szczęście autor w późniejszych i lepszych książkach nie próbował powtarzać. &lt;br /&gt;Tu trzeba dodać, że cykl przygód komisarza Wallandera ukazuje się w Polsce w prawie odwrotnej kolejności do dat ich powstania. Zatem to, co napisał Mankell najwcześniej, u nas ukazuje się najpóźniej. I choć autor jest niezwykle utalentowany, to moim zdaniem doskonalił swój styl w miarę pisania, do prawdziwego mistrzostwa dochodząc właśnie w „Fałszywym tropie", „O krok" czy „Piątej kobiecie". &lt;br /&gt;Swoistym credo książki, która właśnie trafiła do księgarń jest zdanie ze strony 220: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„To, czego Kurt potrzebował, to porządne morderstwo. Nie jakieś tam niechlujne zabójstwo w afekcie. Dwóch martwych adwokatów, mina przeciwpiechotna w ogrodzie i azjatycka mieszanka środków wybuchowych w baku na benzynę okazały się najlepszą receptą na uzdrowienie."&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Jako trwale zakochany w omawianej prozie pozwalam sobie mieć wprost przeciwną opinię. To, czego Wallander potrzebuje by fascynować czytelników na całym świecie, to brak efekciarstwa, wybuchów i ciosów karate zadawanych nocą w krzakach przez dziwne typy, bo ten typ literatury czy szerzej kryminału przejadł się zupełnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tych z Państwa, którzy lubią czytać, ale kondycję fizyczną mają nienajlepszą, zniechęcam do zabrania kryminału Mankella na wakacje. Ma on jedną cechę, której wadą nie ośmieliłbym się nazwać. Otóż czyta się go jednym tchem! Całe czterysta stron! „Mężczyzna, który się uśmiechał" nie starczy więc nawet na krótki turnus. Zatem trzeba zabrać jeszcze parę książek, które znacznie zwiększą wagę dźwiganego bagażu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Sprawa podobno autentyczna i dotyczy miłośnika kryminałów, dziennikarza pewnego poczytnego tygodnika. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.ystad.se/Ystadweb.nsf/AllDocuments/BC4726592B1FC492C1256E820032A23C"&gt;Strona&lt;/a&gt; miasta Ystad, oferująca możliwość zwiedzania tropami komisarza Wallandera &lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.henningmankell.com/"&gt;Oficjalna&lt;/a&gt; strona pisarza &lt;br /&gt;- Strona o pisarzu &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Henning_Mankell"&gt;na Wikipedii&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-7663062399039515661?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/7663062399039515661/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=7663062399039515661' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7663062399039515661'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7663062399039515661'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/07/mczyzna-ktry-si-umiecha.html' title='Mężczyzna, który się uśmiechał'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RpKhlsCnGsI/AAAAAAAAAEQ/jlNBCnxdFVo/s72-c/M%C4%98%C5%BBCZYZNA_KTORY_SI%C4%98_ok%C5%82adka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-6236469545470131316</id><published>2007-07-04T10:35:00.000+01:00</published><updated>2007-07-04T10:50:00.481+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Unisex blues&quot; - płyta Kasi Nosowskiej'/><title type='text'>Tak samo, ale inaczej</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rotqb8CnGrI/AAAAAAAAAEI/jGkD6NDC3Hw/s1600-h/UNISEX+BLUES+OKLADKA.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rotqb8CnGrI/AAAAAAAAAEI/jGkD6NDC3Hw/s200/UNISEX+BLUES+OKLADKA.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5083273632623827634" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Tak samo, ale inaczej. To zdanie teoretycznie nie ma sensu, bo przecież jest wewnętrznie sprzeczne. Ale nic nie poradzę, że idealnie pasuje do najnowszej płyty Kasi Nosowskiej „Unisex blues". Pojawi się zatem w poniższym tekście jeszcze parę razy. A zanim zaczną Państwo czytać, od razu rozwieję wątpliwości i powiem, że polecam tę płytę gorąco. &lt;br /&gt;W słynnej bajce o królu, który był nagi a jego dworzanie widzieli na nim coraz to inne szaty jest piękne ziarno prawdy i pewnie każdy z nas przeżył podobne zdarzenie, gdy umysł dopowiedział nam coś, czego faktycznie nie było. Z Kasią Nosowską jest, no jak? Oczywiście tak samo, ale inaczej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jej najnowszej płycie różni ludzie widzą różne rzeczy. Jedni piszą, że to płyta muzycznie niedopracowana (sic!). Drudzy, że jest zbyt piosenkowa, zatem melodyjna. Trudno też rozstrzygnąć dylemat, czy stylistycznie Kasia Nosowska nawiązała do swoich poprzednich albumów, czy również coś zmieniła. Każdy tu widzi i może widzieć coś innego. Wynika to z dwóch faktów. &lt;br /&gt;Twórczość Madame Nosowskiej jest wieloznaczna w warstwie tekstowej i muzycznej. Zachęcająca wprost do różnych interpretacji. Często naprawdę nie można się zorientować, czy dany utwór „mówi do nas" kpiąc czy już w tonie głębokiej, lecz oryginalnej rozpaczy (vide: słynna krowa zaklęta w kotlety i sosna przebrana za stół). Jednocześnie, wiele utworów Nosowskiej (im później tym bardziej jest to widoczne) jest w interesujący sposób eklektycznych, inspirowanych różnymi stylami, estetykami. To także czyni jej piosenki jeszcze bardziej podatne na subiektywizację. Czasem przybiera ona wprost karykaturalne formy, co potwierdza wizyta na różnych stronach internetowych, gdzie ludzie przekręcają słowa zamieszczając teksty piosenek Nosowskiej notowane ze słyszenia. Każdy niby słyszał to samo, ale usłyszał inaczej... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak samo, ale inaczej wygląda rzeczywistość opisana przez Kasię N. To dobrze znane motywy obsesyjnej miłości ("złam to serce na pół, przeżuwaj i spluń") i śmierci ("przyjdzie czas, na nas też, gotujmy się") czy krytyki fałszu komercji w każdej postaci ("twarde łącze z Kosmosem, szybki transfer natchnienia, oświecenie już w weekend w ramach tego wcielenia") ale opowiedziane inaczej niż zwykle. Nosowska jest względnie łagodna a gniew lub intymne wyznania oraz krzyk zamieniła na bardziej wyrafinowaną ironię, rezygnację, cynizm lub stricte poetycką nonszalancję wobec świata, traktując go niekiedy tylko jako pretekst do zabaw słownych. &lt;br /&gt;Zatrzymując się na chwilę przy tym zestawie stałych motywów w twórczości literackiej Kasi Nosowskiej, warto zauważyć, że są to tematy od wielu dziesięcioleci katowane przez autorów tekstów piosenek, zwłaszcza rockowych. Ileż to wykrzyczanych zostało wyznań miłosnych, deklaracji upokorzenia, śmiertelności etc. Iluż to artystów wyrażało bunt wobec "komerchy"! Zdawać się więc może, że trudno tu o coś nowego. Nosowska warta jest jednak wysłuchania, bo różni się od wielu innych tekściarzy tak samo, jak zwykły proszek od tego super inteligentnego i mega drogiego, usuwającego nawet brud z "uporczywych plam". Wniosek? Różni się bardzo i na plus. &lt;br /&gt;Między innymi tym, że teksty wielu jej piosenek, również na tej płycie, po prostu bronią się samodzielnie bez muzyki, jako interesujące wiersze. A to rzadkość niebywała. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głównym kompozytorem muzyki na płycie "Unisex blues" jest Maciej Macuk, niektórym z Państwa znany z działalności w zespole "Pogodno", choć udzielał się jeszcze w innych projektach. Od siedmiu lat (podobno!) pracował razem z Nosowską nad materiałem do tej płyty i współpraca ewidentnie posłużyła obojgu bardzo dobrze. Ona świetnie weszła w proponowane przez niego utwory, dzięki czemu nie słychać nigdzie, żeby się męczyła śpiewając. On zaproponował aranżacje i melodie, które bogactwem nawiązań, cytatów i stylów wprawiają w podziw. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To płyta muzycznie absolutnie wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, bo dadzą się tu znaleźć i ślady fascynacji muzyką akustyczną, klubową, rockową czy rapem. I to wcale nie koniec listy, bo niektórzy z Państwa doszukają się jeszcze innych tropów, prowadzących czasem do konkretnych wykonawców, zdawałoby się obcych Nosowskiej. W efekcie powstała muzyka także "nosowska" (że użyję tego dziwnego przymiotnika), bo współgrająca z nieszablonowością wypowiedzi i wprost ironicznie melodyjna, zważywszy na raczej smutny nastrój tekstów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ci, którzy dobrze znają poprzednie płyty Kasi Nosowskiej, mimo wielu różnic muzycznych odnajdą tu jednak ten sam duch eksperymentowania i brawury stylistycznej. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-6236469545470131316?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/6236469545470131316/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=6236469545470131316' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6236469545470131316'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6236469545470131316'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/07/tak-samo-ale-inaczej.html' title='Tak samo, ale inaczej'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rotqb8CnGrI/AAAAAAAAAEI/jGkD6NDC3Hw/s72-c/UNISEX+BLUES+OKLADKA.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-7054045218052626405</id><published>2007-06-29T00:34:00.000+01:00</published><updated>2007-06-29T00:52:14.084+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Zodiac&quot; w reż. Davida Finchera'/><title type='text'>Gwiazdorzy zbrodni</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RoRJocCnGqI/AAAAAAAAAEA/dnUKKLzyUQI/s1600-h/ZODIAC_PLAKAT.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RoRJocCnGqI/AAAAAAAAAEA/dnUKKLzyUQI/s200/ZODIAC_PLAKAT.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5081267238651501218" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Odkąd człowiek zabił diabła, tęskni za nim ogromnie. Wyrazem tej tęsknoty jest kariera, jaką we współczesnej masowej kulturze zrobiła figura seryjnego mordercy. Hołdem, ale i zarazem analizą owego zjawiska jest film &lt;strong&gt;„Zodiac"&lt;/strong&gt; w reżyserii &lt;strong&gt;Davida Finchera&lt;/strong&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod koniec lat 60-ych w rejonie San Francisco działał seryjny morderca, który wysyłał do gazet listy oraz zaszyfrowane wiadomości przyznając się do popełnianych czynów. Przybrał pseudonim „Zodiac" i pod nim przeszedł do historii kryminalistyki. Jego działania wywołały w wtedy prawdziwą histerię wśród mieszkańców Północnej Kalifornii a potem zainspirowały także twórców co najmniej kilkunastu filmów oraz powieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sprawa &lt;strong&gt;„Zodiaca"&lt;/strong&gt; była niezwykle skomplikowana (piszę w ten sposób by nie psuć przyjemności z oglądania filmu), gdyż dowody i zeznania, które zdobywała policja raz popychały śledztwo do przodu, by zaraz potem wzajemnie się wykluczać zostawiając detektywów bez wyraźnego tropu. To sprawiło, że gdy twórcy filmu zdecydowali się oprzeć scenariusz na autentycznych wydarzeniach mieli trudne zadanie. Trudno przecież atrakcyjnie streścić zawartość setek lub tysięcy stron akt oraz wiele zdarzeń, mających miejsce na przestrzeni wielu lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za sfilmowanie tej historii producenci odpowiedzialnym uczynili Davida Finchera, czyli autora filmu &lt;strong&gt;„Siedem"&lt;/strong&gt; - jednej z najmocniejszych opowieści o zbrodni ostatnich lat. &lt;strong&gt;„Siedem"&lt;/strong&gt; zasługuje do dziś na uwagę dzięki nie tylko dzięki mistrzowsko zbudowanej atmosferze (nie chodzi wcale tylko o ten deszcz!), ale również skomplikowanej intrydze oraz temu, jak został przedstawiony przeciwnik policji John Doe, seryjny morderca. Nawet gdyby reżyserskie curriculum vitae miało składać się właśnie tylko z tego filmu (a w przypadku Finchera tak nie jest), to byłoby absolutnie wystarczające.&lt;br /&gt;Fincher spełnił oczekiwania w nim pokładane, bo zrobił film długi (może zbyt długi), ale absolutnie przelatujący na poprzeczką nudy. Dwie i pół godziny mija dość przyjemnie, bo jeśli nawet zagubimy się na chwilę w akcji, to albo można skupić się na znakomitej scenografii wiernie odtwarzającej realia Ameryki z lat 60-ych i 70-ych, albo na grze aktorskiej. Choć można się spierać, czy przypadkiem casting nie był lepszy niż aktorzy, którzy po prostu swoimi twarzami a czasem (w przypadku Jake'a Gyllenhaala) nawet i drewnianą mimiką uwiarygodniali odgrywane postaci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto jeszcze wrócić do wspomnianego filmu &lt;strong&gt;„Siedem"&lt;/strong&gt;. W nim David Fincher zaproponował w zasadzie jedyną na tyle mocną i wyrazistą figurę seryjnego mordercy, że mogłaby ona konkurować ze słynnym Hannibalem Lecterem z &lt;strong&gt;„Milczenia owiec"&lt;/strong&gt;. Tak jak znakomity doktor Lecter, tak i Doe z &lt;strong&gt;„Siedem"&lt;/strong&gt; jest substytutem diabła, pociąga za wszystkie sznurki a jego największą zbrodnią jest to, że potrafi zmusić innych do jej popełnienia. W „Zodiaku" natomiast Fincher odwraca kota ogonem i równie zręcznie dekonstruuje tę misternie wcześniej budowaną figurę. Zbrodnia staje się pospolita a niezwykłe jest raczej to, jak zbieg okoliczności, przypadek oraz ludzka nieuwaga mogą pomóc w stworzeniu czarnej legendy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawsze, gdy oglądam filmy o seryjnych mordercach zastanawiam się czy kupując bilet nie opłacam także mimowolnie pewnej spirali szaleństwa. W przypadku filmu "&lt;strong&gt;Zodiac"&lt;/strong&gt; refleksja ta, zapewne zgodnie z intencją reżysera, towarzyszyła mi jeszcze mocniej. W końcu psychopatów gotowych popełniać seryjne morderstwa (wg. klasycznej definicji czynu będących efektem zaburzeń psychicznych) jest zawsze mniej więcej tyle samo. Ale to jak będą się zachowywać, zależy już od kulturowego i społecznego kontekstu. Krótko mówiąc, potencjalnie morderczych psychopatów w Polsce i USA jest relatywnie tyle samo. Jakoś się tak jednak dzieje, że w Stanach Zjednoczonych owi psychopatyczni mordercy zdecydowanie częściej wybierają tę najgwałtowniejszą metodę manifestowania swojej dysfunkcji. Można się spierać czy to dlatego, że po prostu w Ameryce łatwiej kupić jest broń niż w Polsce i dlatego tam psychopata strzela, a u nas po zabiciu kogoś siekierą dłużej musi odpoczywać zdyszany. Faktem pozostaje jednak, że psychopata tak jak każdy inny człowiek z kultury oraz z otoczenia otrzymuje wzory zachowań. Jeśli więc dana kultura przesiąknięta jest fascynacją dla schematu gwałtownych zachowań, można być pewnym, że i osoby z zaburzeniami psychicznymi je podchwycą. Zaś im mocniejsze te zaburzenia, tym bardziej radykalne i zakazane zachowania zaczną naśladować.Historia kryminalistyki pełna jest takich przypadków.&lt;/br&gt;&lt;br /&gt;Słynny Richard Ramirez, znany jako „Night Stalker", który w roku 1985 grasował tak jak „Zodiac" na terenie stanu Kalifornia, oprócz niewątpliwie solidnej sieczki w głowie, miał też zamysł wejścia do historii dzięki swoim ohydnym czynom (gwałcił staruszki et caetera). I to mu się niestety udało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oglądając &lt;strong&gt;„Zodiaca"&lt;/strong&gt; myślałem, czy gdzieś w Polsce na widowni siedzi jakiś zaburzony osobnik, który zafascynowany filmowym wizerunkiem zbrodni zechce ją odtworzyć na swój sposób. W annałach rodzimej kryminalistyki mamy trochę niezwykłych przypadków, przyprawiających o dreszcze ale brakuje im jednego elementu. Władysław Mazurkiewicz działający w latach 50-ych ukatrupił podobno około trzydziestu kobiet! Wampir z Zagłębia również zebrał ponure żniwo a ostatecznie udowodniono mu 14 zabójstw. Leszek Pękalski twierdził, że zabił nawet 80 kobiet, ale w sądzie prokurator umiał wykazać jego związek zaledwie z jednym przypadkiem morderstwa. Do tej pory w Polsce nie trafił się jednak zabójca, który w stylu amerykańskim podjąłby grę z opinią publiczną i mediami. Zyskując rozgłos z jednej strony, z drugiej rozpętując modę oraz histerię i podnosząc nakłady gazet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prędzej czy później to się jednak stanie, bo w naszych kinach i telewizorach regularnie pokazujemy psychopatom, co należy zrobić, by zademonstrować bunt i zostać sławnym. Któryś z nich kiedyś będzie miał dostęp do broni i zrozumie tę lekcję. I nie dziwmy się wtedy.&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-7054045218052626405?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/7054045218052626405/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=7054045218052626405' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7054045218052626405'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7054045218052626405'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/06/gwiazdorzy-zbrodni.html' title='Gwiazdorzy zbrodni'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RoRJocCnGqI/AAAAAAAAAEA/dnUKKLzyUQI/s72-c/ZODIAC_PLAKAT.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-6563047813828399733</id><published>2007-06-07T12:10:00.000+01:00</published><updated>2007-06-07T13:32:08.598+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Śmierć prezydenta&quot; w reż. Gabriela Range&apos;a'/><title type='text'>Zabić prezydenta George'a W. Busha</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RmfoS0N7AFI/AAAAAAAAADI/qqfSSRqy094/s1600-h/ZABI%C4%86+PREZYDENTA.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5073278915208478802" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RmfoS0N7AFI/AAAAAAAAADI/qqfSSRqy094/s200/ZABI%C4%86+PREZYDENTA.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;W piątek 8 czerwca Polskę odwiedzi prezydent USA George W. Bush i tego samego dnia widzowie kin zobaczą jego śmierć zainscenizowaną w filmie &lt;strong&gt;&lt;a href="http://www.deathofapresident.com/"&gt;„Death of a President”&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;, którego premiera wypada właśnie wtedy. Zbieg okoliczności zaiste niesmaczny oraz wymarzony (a może i zaplanowany) przez dystrybutora filmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeczony film Brytyjczyka Gabriela Range’a po polsku został nazwany &lt;strong&gt;&lt;a href="http://zabic.prezydenta.2006.filmweb.pl/"&gt;„Zabić prezydenta”&lt;/a&gt;&lt;/strong&gt;[1]. Najpotężniejszy człowiek na Ziemi – bo tak lubią nazywać głowę swojego państwa Amerykanie – ginie 19 października 2007 zastrzelony przez snajpera w Chicago. Wszystko to opowiedziane jest w konwencji relacji telewizyjnej oraz filmu dokumentalnego, co skutecznie wzbudziło kontrowersje oraz oskarżenia o prowokację oraz możliwość inspirowania szaleńców, których świat i Ameryka są przecież pełne. Każdy prawie, gdy słyszy, że film przedstawia śmierć Georga Busha od razu zadaje pytanie, czy reżyser wyraził w ten sposób swoje życzenie oraz poglądy, i czy ten film jest etyczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadałem to pytanie Krzysztofowi Kłopotowskiemu, znanemu krytykowi filmowemu oraz Bartoszowi Węglarczykowi, publicyście „Gazety Wyborczej” [2]. Pan Kłopotowski trafnie zwrócił uwagę, że w odniesieniu do dzieła sztuki, to pytanie o etyczność nie wydaje się najważniejsze. Pamiętając zaś o tym, że sama postać prezydenta George’a W. Busha jest wybitnie kontrowersyjna, margines dopuszczalnych działań artystycznych go dotyczących automatycznie musi być większy.&lt;br /&gt;Bartosz Węglarczyk uznał film za nieetyczny i na dowód tej oceny zaproponował następujący eksperyment intelektualno-etyczny. Wyobraźmy sobie, że tej samej manipulacji wizerunku, inscenizacji śmierci poddana będzie inna żyją osoba, autorytet taki jak papież, lub dowolny polityk, ale którego lubimy. Czy dalej uważalibyśmy, że takie działania artystyczne są dopuszczalne?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest wstępnie coś atrakcyjnego w takim stawianiu sprawy. To uproszczenie dylematów etycznych do problemu, który można streścić pytaniem – Czy chciałbyś to osobiście uczynić? Czy zgodziłbyś się, aby uczyniono to Tobie i Twoim bliskim? Obawiam się tylko, że powszechne wdrożenie tej reguły skutkowałoby zduszeniem publicznego dyskursu oraz swoistą autocenzurą, wykluczającą eksponowanie opinii rażąco odmiennych od tej dominującej. Biorąc zaś pod uwagę fakt, że idee wspierające cały nasz dzisiejszy porządek społeczny (demokracja, religia, systemy wartości) w pewnym momencie historii były właśnie takimi rażąco odmiennymi opiniami, dziś społeczeństwo powinno być zainteresowane ożywianiem dialogu idei oraz jego stymulowaniem – także poprzez wystawianie na pomysły, zdawałoby się oburzające.&lt;br /&gt;Choć należy tu zauważyć, że chętnych do prowokowania i oburzania jest dziś więcej niż kiedykolwiek przedtem w historii społeczeństw a sam Pan Węglarczyk jasno wyraził, że nie jest za jakąkolwiek cenzurą czy zakazywaniem tego filmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krzysztof Kłopotowski twierdzi również, że artystom często udaje się wyraźniej niż naukowcom dostrzec niektóre cechy, trendy czy zjawiska. Przykładem wg. Kłopotowskiego może tu być Michael Moore, który rozszyfrował prawdziwą naturę Paula Wolfowizta, dziś bohatera afery seksualnej, pokazując w filmie „Fahrenheit 9/11”, jak ten wulgarnie i obleśnie spluwa na grzebień, by potem się uczesać. Krzysztof Kłopotowski nie chciał jednak zdradzić, co takiego odkrywczego udało się zauważyć Range’owi w swoim filmie. Możemy się tylko domyślać, że jest to jakaś prawda nieprzyjemna dla George’a W. Busha, której w myśl zasad gościnności nie wypada zauważać. Szkoda. Może kiedyś uda mi się namówić Pana Kłopotowskiego do wyjawienia tej prawdy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy kolejni prezydenci USA również będą bohaterami coraz bardziej kontrowersyjnych filmów? A może to tylko specyfika tej prezydentury, która rozpaliła emocje, jakich Ameryka nie przeżywała od czasów Reagana?&lt;br /&gt;Z pewnością puszka Pandory została otwarta już dawno temu i kolejni filmowcy szukając rozgłosu będą chcieli sięgnąć po jeszcze bardziej kontrowersyjne chwyty – rozmówcy w studiu zgodzili się, że należy oczekiwać choćby paradokumentalnych wizji prezydenta gwałciciela czy złodzieja. Wiele jednak zależy po prostu od tego KTO zostanie tym następnym prezydentem. Hillary Clinton – wróg publiczny numer jeden dla wielu środowisk z pewnością prędko doczeka się bardzo nieprzyjemnych filmów na swój temat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Zabić prezydenta” jest filmem z dobrze zbudowanym napięciem i wciągającym, mimo schematyzmu postaci oraz braku autentycznie hipnotyzującej gry aktorskiej,. Kolejni podejrzani o zabójstwo prezydenta Busha, to postacie jakby wycięte z galerii sztampowych świrów czy zabójców z kina amerykańskiego. Poprzez fakt nawiązania w formie do telewizyjnych relacji i przekazów, „Zabić prezydenta” jest też komentarzem do dzisiejszej rzeczywistości zdominowanej oraz zafałszowanej przez media. Przypomina się w tym momencie od razu głośny film „Fakty i akty” (1997), w którym ten temat był potraktowany z prawdziwą brawurą, ale w tonie komediowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętając o tym, że praktycznie wszystkie media dały się bezwolnie prowadzić administracji amerykańskiej przy okazji wojny w Iraku, i nikt nie zadał trudnych a oczywistych pytań – co dalej i jak to osiągnąć – można też od razu zapytać, czy naprawdę istnieje taka wielka różnica między rzeczywistością tworzoną przez media i takimi manipulacjami jak ta, w wykonaniu Gabriela Range’a.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Tytuł przetłumaczony z angielskiego powinien brzmieć „Śmierć prezydenta” ale dystrybutor zapewne chciał uniknąć tej formy, bo przecież właśnie tak nazywa się słynny film Jerzego Kawalerowicza opowiadający o zabójstwie Narutowicza.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[2] &lt;em&gt;Obydwaj panowie byli moim gośćmi w programie „Rozmowy Studia Kultura”. TVP Kultura 08.06.2007. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-6563047813828399733?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/6563047813828399733/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=6563047813828399733' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6563047813828399733'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6563047813828399733'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/06/zabi-prezydenta-georgea-w-busha.html' title='Zabić prezydenta George&apos;a W. Busha'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RmfoS0N7AFI/AAAAAAAAADI/qqfSSRqy094/s72-c/ZABI%C4%86+PREZYDENTA.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-3765821935371655868</id><published>2007-06-02T11:01:00.000+01:00</published><updated>2007-06-07T12:24:40.725+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Dzieci Hurina&quot; - nowy Tolkien.'/><title type='text'>"Dzieci Hurina" - nowy Tolkien.</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RmFBEBi3E2I/AAAAAAAAAC4/F1jF-lHC_xI/s1600-h/DZIECI_HURINA.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5071406192785822562" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RmFBEBi3E2I/AAAAAAAAAC4/F1jF-lHC_xI/s200/DZIECI_HURINA.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Dzieci Hurina” &lt;/strong&gt;to powieść, nad którą J.R.R Tolkien zaczął pracować w 1918 roku, gdy chory i przygnębiony wojennymi przeżyciami zbierał siły w szpitalu oficerskim. Pisarz umierając pozostawił ją niedokończoną, a w 34 lata po jego śmierci, dzięki pracy jego syna, Christophera Tolkiena, teraz czytelnicy w Polsce i na całym świecie mogą uzupełnić wiedzę o ważne elementy mitologii czy historii Śródziemna. Wydawnictwo Amber postarało się i książkę aż przyjemnie wziąć do ręki, między innymi dzięki udanym ilustracjom Alana Lee. &lt;strong&gt;„Dzieci Hurina”&lt;/strong&gt; to także, na pierwszy rzut oka, nietypowa pozycja w dorobku Tolkiena. Dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ważnym kluczem do twórczości tego pisarza była jego religijność, a mówiąc precyzyjnie katolicyzm. Sam pisarz potwierdzał to kilkakrotnie otwarcie stwierdzając, że jego religijność znajduje swój wyraz również w literaturze, którą tworzy. Pisząc zaś do swojego syna wzywał: „Z mroku mojego życia, tak bardzo zawiłego, stawiam przed Tobą jedną wielką rzecz, którą trzeba kochać na ziemi: Najświętszy Sakrament… Tam znajdziesz romantyzm, chwałę, honor, wierność prawdziwą ścieżkę wszystkich swoich miłości na świecie i coś więcej: Śmierć; dzięki boskiemu paradoksowi tę, która kończy życie i żąda oddania wszystkiego, a jednak dzięki smakowi (lub przedsmakowi) której można utrzymać to, czego poszukujesz w ziemskich związkach (miłość, wierność, radość), lub nadać im ten charakter rzeczywistości, wiecznej trwałości, której każdy człowiek pragnie w głębi duszy.” [1]&lt;br /&gt;I romantyzm, i chwałę, honor, wierność oraz brak lęku przed śmiercią, który cechuje głęboko wierzących w świat pozagrobowy – te przymioty sławi literatura Tolkiena, będąc wyraźnie oraz bezdyskusyjnie hołdem im oddanym. Jednocześnie, historia mitycznych ras Śródziemna układa się w opowieść o walce ze złem, miejscami tragiczną, lecz niepozostawiającej czytelnika bez nadziei.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;„Dzieci Hurina”&lt;/strong&gt; dzięki gorzkiemu finałowi, tragicznej wymowie, porównywalnej ciężarem z antycznym mitem o Edypie, mogą wywołać w pierwszej chwili wrażenie dramatu pozbawionego morału. I, choć tak odczytywana książka dalej byłaby warta uwagi ze względu na czysto literackie wartości, to mając pojęcie o poglądach pisarza łatwiej zrozumieć przesłanie tekstu. Pełna bólu, gniewu i rozpaczy historia Turina Turambara, jego siostry i matki układa się opowieść o ludzkiej pysze, która zatyka uszy, sprawiając, że stajemy się głusi na głos rozsądku, tradycji czy przyjaźni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porównując z innymi dziełami Tolkiena &lt;strong&gt;„Dzieci Hurina”&lt;/strong&gt; są względnie krótkie. Jak określił to Rafał Ziemkiewicz w „Rozmowach Studia Kultura” [2], to taki &lt;strong&gt;„Silmarillion”&lt;/strong&gt; do pociągu, choć oczywiście Ziemkiewicz miał także na myśli relatywnie mniejszą symboliczną gęstość tekstu oraz rangę. Mnie jednak ta krótsza forma odpowiada, gdyż dobitniej pokazuje eksperymentalny charakter prozy Tolkiena. Na to z kolei zwrócił uwagę prof. Jakub Z. Lichański, literaturoznawca i specjalista od Tolkiena [3]. Biorąc pod uwagę absolutne nowatorstwo metody, celu oraz efektu tych działań pisarskich, należy potraktować przecież &lt;strong&gt;„Hobbita” &lt;/strong&gt;czy &lt;strong&gt;„Władcę Pierścieni” &lt;/strong&gt;jako ciekawy i oryginalny eksperyment pisarski.&lt;br /&gt;Ta nowość często wywoływała wiele nieporozumień, gdyż krytycy a często i fani nie rozumieli, w jakich kategoriach należy rozważać literaturę Tolkiena. Była więc ona mylnie klasyfikowana jako bajkowa fikcja dla dzieci, literatura popularna o charakterze rozrywkowym, czy deklaracja konserwatywnych przekonań autora. Tymczasem, to - jak przypominał w programie R. Ziemkiewicz – mitopeja. To słowo jest zdaje się autorstwa samego Tolkiena a tłumacząc ten neologizm: to utwór literacki mający cechy eposu, jednocześnie aspirujący do funkcji mitu, a więc posiadający także ładunek symboli odnoszących się do fundamentalnych kwestii etycznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli Christopher Tolkien zbierając pisma ojca sam uzupełnił je, dopisując potrzebne partie tekstu, to moim zdaniem wywiązał się z tego dobrze. &lt;strong&gt;„Dzieci Hurina” &lt;/strong&gt;są już w księgarniach. Warto po nie sięgnąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Christianitas” 11/12 2002, str. 68&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[2] &lt;em&gt;„Rozmowy Studia Kultura”, TVP Kultura 02.06.2007&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[3] &lt;em&gt;Ibidem.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-3765821935371655868?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/3765821935371655868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=3765821935371655868' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/3765821935371655868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/3765821935371655868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/06/dzieci-hurina-nowy-tolkien.html' title='&quot;Dzieci Hurina&quot; - nowy Tolkien.'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RmFBEBi3E2I/AAAAAAAAAC4/F1jF-lHC_xI/s72-c/DZIECI_HURINA.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-7629503589082438740</id><published>2007-05-24T09:09:00.000+01:00</published><updated>2007-05-25T11:48:34.239+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='GranatowyPrawieCzarny - film w reż. D.Arevalo'/><title type='text'>NiemożliwyPrawieRealny czyli GranatowyPrawieCzarny</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rj4OC2BvEAI/AAAAAAAAACg/vpQY8wbUvWY/s1600-h/GranatowyPrawieCzarny.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5061498473236336642" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rj4OC2BvEAI/AAAAAAAAACg/vpQY8wbUvWY/s200/GranatowyPrawieCzarny.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Kochać należy najlepiej kobiety nieprzytomne. Porąbanego na kawałki męża wygodnie jest schować w lodówce. Chcesz znaleźć żonę? Zostań kaleką. Gdy Twój tata okazuje się być gejem, zacznij korzystać z usług tej samej co on męskiej prostytutki. Aha, i jeszcze jedno. Dobrze jest spełnić od czasu do czasu prośbę własnego brata zapładniając jego narzeczoną. [1]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taką garść wskazówek można wypreparować z fabuły zaledwie paru hiszpańskich filmów. Trzy z nich to dzieła Pedra Almodovara a czwarte to „GranatowyPrawieCzarny” Daniela Sancheza Arevalo.&lt;br /&gt;Oczywiście sam pomysł, żeby traktować kino jako źródło sugestii co do postępowania jest nienajlepszy i może prowadzić do tragicznych konsekwencji, jak słynne zdarzenie sprzed paru lat, gdy mały chłopiec gdzieś w Polsce wyskoczył przez okno wierząc, że jest Batmanem. Jednak nawet, gdy ze zdrową rezerwą podejdziemy do sztuki ruchomego obrazu, to nagromadzenie niedorzeczności lub nieprawdopodobieństw z pierwszego akapitu tej notki musi zaskakiwać!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa nazwiska Almodovara i Arevalo zestawiłem nie po to, by wykazywać pokrewieństwo lub dowodzić inspiracji ale dlatego, że podobieństwo Almodovara z Arevalo (lub odwrotnie) jeśli zachodzi nawet w paru tylko elementach, może służyć każdemu czytelnikowi do wyrobienia sobie poglądu na temat hiszpańskiego kina.&lt;br /&gt;Jak pisze Umberto Eco:&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;br /&gt;„Jeśli na miejscu zbrodni znajdę egzemplarz wysokonakładowej gazety porannej, muszę najpierw zapytać czy nie mogła być własnością ofiary; jeżeli nie, to poszlaka ta wskazuje na milion potencjalnych podejrzanych. Jeżeli natomiast na miejscu zbrodni znajduję rzadkiej budowy klejnot […] należący do pewnej konkretnej osoby, poszlaka staje się interesująca.”[2]&lt;br /&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Krótko mówiąc – czy Arevalo i Almodovara łączy poważna poszlaka rangi klejnotu? Czy też błahostka jak gazeta, którą mógł mieć każdy?&lt;br /&gt;Sprawdźmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Seksualna prowokacja obyczajowa w kinie nie jest rzadkością – z wielu tytułów można wymienić „Pianistkę” Michaela Haneke’go, czy „Rzymską opowieść” B. Bertolucciego, jako szczodrze obdarowujące widza prawie pornograficznymi szczegółami. Wśród prowokatorów dzisiejszego kina rzadszą cechą jest prowokowanie wyłącznie na poziomie znaku czy sugestii. Scena lub motyw zarysowane tylko delikatną kreską (bez detali). Tak jest u Almodovara, który jeśli chce zaskoczyć lub szokować pruderyjnego widza, to potrafi to osiągnąć bez pokazywania genitaliów oraz dosłowności. Prostytutki (męskie lub damskie), sceny miłości hetero czy homoseksualnej są u tego reżysera krótkie, ciążą ku grotesce i oburzać mogą raczej jako pomysł, niż jako zrealizowana precyzyjnie wizja miłości cielesnej. U późniejszego Almodovara możliwa jest też wyraźna liryka aktu płciowego („Porozmawiaj z nią”). To daje więc rzadki efekt – groteskowej liryki seksualnej.&lt;br /&gt;Arevalo idzie tym samym tropem. Groteskowo, skrótowo i bez obsceniczności prezentuje prowokacyjny motyw ojca i syna korzystających z tej samej męskiej prostytutki. W podobnym duchu, ale dodając szczyptę liryki pokazuje związek między młodym chłopakiem a więźniarką, którą ma zapłodnić w zastępstwie własnego brata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Surrealizm - rozumiany jako absurd, groteska zderzone z realizmem - opowieści również sam nie może być cechą decydującą o istotnym podobieństwie filmów. Surrealistyczne są przecież opowieści Petra Zelenki, gdzie pojawia się kolejarz leżący na torach i z tej pozycji opluwający lokomotywy, czy osobnik trzymający sztuczną szczękę między pośladkami, dzięki czemu odrywa guziki z kanap. Niemniej jednak surrealizm na przykład Zelenki, bazuje na zachowaniach i działaniach z gruntu dziwacznych, podczas gdy u Almodovara czy Arevalo wydaje się on raczej efektem osiąganym przez reżysera w trakcie opowieści, gdy konsekwencje działań z pozoru zwyczajnych spiętrzą się w surrealistyczny sposób. Dobrym tego przykładem jest „Drżące ciało”, gdzie zbiegi okoliczności oraz czynności zwykłe tworzą mieszankę jeśli nie surrealistyczną, to przynajmniej prawie fantastyczną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym surrealistycznym duchu utrzymany jest „GranatowyPrawieCzarny” i zgodnie zaproponowaną wyżej definicją, nie przeszkadza to w jednoczesnym prowadzeniu narracji w konwencji realistycznej. Z tego zaś wynika efekt zaskoczenia i komizmu. Wiarygodnie pokazani bohaterowie filmu, żyjący w wiarygodnie przedstawionej rzeczywistości popełniają czyny niewiarygodne, co jednych będzie śmieszyć a innych oburzać, gdyż przy okazji łamanych jest wiele tabu (głównie seksualnych). Mamy więc historię bajkową, ale w którą jednocześnie łatwo uwierzyć. Ten dar opowiadania wierutnych, uroczych i (uwaga oksymoron) realistycznych bzdur jest w kinie tak rzadki, że odpowiedzialnością za jego rozkwit w Hiszpanii chętnie obarczyłbym Almodovara właśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle o podobieństwach. „GranatowyPrawieCzarny” zasługuje na ocenę jako dzieło oryginalne a w szczególności dla polskiego widza. I to nie tylko z powodów wyłuszczonych wyżej.&lt;br /&gt;Daniel Sanchez Arevalo umieszcza akcję w świecie ludzi przeciętnych lub nawet wykluczonych. Na anonimowym blokowisku, gdzieś w centrum i w jakiejś suterenie. Nie wiemy jakie to miasto, jaki to region - słowem nic konkretnego. Te szczegóły są niepotrzebne a dodawałyby historii jedynie niepotrzebnego kontekstu.&lt;br /&gt;Jest to odświeżająco odmienne podejście w porównaniu z polską rzeczywistością. Nawet jeśli kino nie męczy nas już wizerunkami biednego i głodnego Śląska czy patologii społecznej, to z mediów ciągle wyziera populizm instrumentalizujący te problemy w nieznośny sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paweł T. Felis z „Gazety Wyborczej” [3] trafnie zwraca uwagę na fakt, że reżyser fundując widowni tę skomplikowaną historię nie wkłada przy okazji maski cynika czy naiwnego romantyka. Wojtek Kałużyński w „Dzienniku” [4] natomiast zauważa, że film nie prowadzi do jakiegoś czytelnego morału.&lt;br /&gt;Niestety lub na szczęście jest tak, jak mówicie Panowie. Z jednej strony mamy opowieść, w której zabrakło wyraźnej puenty oraz jednoznacznej, celnej obserwacji społecznej lub filozoficznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale drugiej strony, może to jest właśnie siłą tej opowieści?&lt;br /&gt;W czasach, gdy każdy film musi koniecznie za czymś się opowiedzieć lub przeciw czemuś, opowieść spójna i nie nudząca ale jednocześnie pozbawiona klarownego finału i przesłania, to prawdziwa rzadkość[5]. Wymagający widz bowiem czasem chętnie sam pogimnastykuje się z morałem i budowaniem sensu opowieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz warta polecenia zwolennikom hermeneutycznej strategii &lt;em&gt;a la&lt;/em&gt; Adam Słodowy.&lt;br /&gt;Morał? Zrób to sam!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt;W tej kolejności: „Porozmawiaj z nią”, „Volver”, „Drżące ciało” – w reż. P. Almodovara oraz „GranatowyPrawieCzarny” reż. D.Arevalo.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2]&lt;em&gt;Umberto Eco „Interpretacja i nadinterpretacja” – str. 49, wyd. Znak, Kraków 1996.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3]&lt;em&gt;„Gazeta Wyborcza” 30 marca 2007&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4]&lt;em&gt;„Dziennik” 30 marca 2007&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[5]&lt;em&gt;Choć przeciwnicy „cywilizacji śmierci” będą zniesmaczeni.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-7629503589082438740?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/7629503589082438740/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=7629503589082438740' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7629503589082438740'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/7629503589082438740'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/niemoliwyprawierealny-czyli.html' title='NiemożliwyPrawieRealny czyli GranatowyPrawieCzarny'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rj4OC2BvEAI/AAAAAAAAACg/vpQY8wbUvWY/s72-c/GranatowyPrawieCzarny.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-8333310888427027234</id><published>2007-05-12T23:16:00.002+01:00</published><updated>2008-10-08T20:05:37.526+01:00</updated><title type='text'>Globalna, autentyczna wioska.</title><content type='html'>&lt;p&gt;Marshall McLuhan miał podwójnie rację. Dzięki telewizji bowiem świat przypomina wioskę, ale również w znaczeniu tandety. Wystarczy obejrzeć chociaż fragment dowolnego festiwalu Eurowizji aby się w tym utwierdzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku był półfinał – transmitowany 10 maja - i przyznam, że spadł mi kamień z serca… Zeszłoroczni zwycięzcy, zespół &lt;a href="http://www.lordi.fi"&gt;Lordi&lt;/a&gt;, swoim &lt;em&gt;image&lt;/em&gt; rodem z filmów Tarantino dobitnie pokazali, że kulturotwórcza ranga Eurowizji jest mniej więcej taka sama, jak kina klasy C. Bałem się więc, że zbyt wielu wykonawców zrozumie lekcję sprzed roku i będziemy musieli oglądać imprezę, na której – jak na nieudanym grill party – zabrakło kaszanki. A przecież to właśnie dla niej włączamy co roku telewizory w maju.&lt;br /&gt;Na szczęście w miarę upływu czasu spokój coraz śmielej gościł w moim sercu. Długonogie wokalistki męczyły się po angielsku, przestępując z nogi na nogę w trudnych układach choreograficznych a na scenie trwał konkurs na najgłośniej zafałszowaną nutę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polacy wysłali na konkurs zespół o klasycznie słowiańskiej nazwie "The Jet Set", co chyba oznacza „zestaw odrzutowy” i faktycznie, oglądanie ich występu nasuwało skojarzenia z jakimiś odrzutami. Publiczność paneuropejska uznała tak samo i „wygłosowała” naszych.&lt;br /&gt;W półfinale, Europa sms-ując wybrała egzotykę oraz Słowian. Po wiekach dominacji i cierpień, których śladem jest niepokojące podobieństwo słów „Słowianin” oraz „niewolnik” w językach germańskich, teraz nadszedł czas rewanżu! Aż się poderwałem z fotela!! Może nasi Nowa Europa oraz byłe republiki radzieckie pokonają reprezentantów zgniłego i dekadenckiego Zachodu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Finał podsycił moją nadzieję.&lt;br /&gt;Tym bardziej, że występy Gruzji, Bułgarii czy Węgier były zaskakująco dobre. A Ukraińcy, w konwencji rewelacyjnego kampu ośmieszyli i prawie spoliczkowali nadętą, plastikową konwencję wielu występów. Nagle okazało się, że to nie Europa Wschodnia czy nawet Azja musi być kojarzona z „wioską” ale Wielka Brytania, Szwecja lub Hiszpania!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głosowanie okazało się być fantastyczną zabawą dla historyka i etnografa. Wzajemnie na siebie oddawali głos głównie sąsiedzi, kraje o tej samej religii oraz obyczajach, oraz mieszkańcy, nie istniejących już państw.&lt;br /&gt;Wygrała Serbia, która wyprzedziła Ukrainę oraz Rosję. Bałkany, mimo krwawego konfliktu okazały się wolne uprzedzeń i wszyscy sąsiedzi hojnie przyznali punkty ojczyźnie Slobodana Miloszewicia. Chorwaci, Słoweńcy widocznie lepiej niż niedawną wojnę pamiętają czasy młodości, którą przeżyli z Serbami w jednym państwie. Sympatyczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ zwycięzca może być tylko jeden, a na uznanie zasługuje wielu wykonawców, oto mój prywatny ranking.&lt;br /&gt;W kategorii NAJWIĘKSZA NUDA – pierwsza nagroda dla Bośni i Hercegowiny.&lt;br /&gt;W kategorii NUDNA PIOSENKA PODOBNA DO PIOSENKI BOŚNI I HERCEGOWINY – nagroda dla Armenii.&lt;br /&gt;W kategorii NAJLEPSZEGO KOSTIUMU NA BAL PRZEBIERAŃCÓW – ex aequo Finlandia, Słowenia i Mołdawia.&lt;br /&gt;W kategorii NAJLEPSZY NAŚLADOWCA RICKI’EGO MARTINA – ex aequo Grecja oraz Turcja.&lt;br /&gt;W kategorii PIOSENKA Z NIEISTNIEJĄCEGO FILMU JAMESA BONDA – nagroda dla Białorusi (piosenka absolutnie w „bondowskim” stylu, choć pewnie byłby to Bond z procą zamiast Walthera PPK).&lt;br /&gt;W kategorii NAJLEPIEJ OGOLONA MĘSKA KLATKA PIERSIOWA– Szwecja.&lt;br /&gt;W kategorii NISKIE LOTY – śpiewające stewardessy i stewardzi z Wielkiej Brytanii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnioski przed następnym konkursem są takie, że należy się spodziewać wysypu parodystów i żartownisiów, oraz songów w konwencji opery. Za rok też wygrają Słowianie, bo po prostu ich w Europie jest najwięcej.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-8333310888427027234?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/8333310888427027234/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=8333310888427027234' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/8333310888427027234'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/8333310888427027234'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/globalna-autentyczna-wioska.html' title='Globalna, autentyczna wioska.'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-2553992049188868772</id><published>2007-05-10T00:48:00.000+01:00</published><updated>2007-05-10T10:47:25.665+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Magnetyzer&quot; - kryminał Konrada T. Lewandowskiego'/><title type='text'>Pił ze Słonimskim a biegał z Kusocińskim</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RkJf22BvECI/AAAAAAAAACw/U_KEEu2t9tA/s1600-h/MAGNETYZER.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5062714326938226722" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RkJf22BvECI/AAAAAAAAACw/U_KEEu2t9tA/s200/MAGNETYZER.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;„Magnetyzer” to najnowsza książka Konrada Tomasza Lewandowskiego[1]. Od zawsze byłem miłośnikiem twórczości tego pisarza a zaczęło się od kultowego dla wielu opowiadania „Noteka 2015”, które pojawiło się w „Nowej Fantastyce” gdzieś w połowie lat 90-ych. Lewandowski urzekł wtedy czytelników kozacką fantazją, wartką narracją i dowcipem, które uwiarygodniały możliwość wygrania przez Polskę wojny z… USA! Hitem tego opowiadania był pomysł wypreparowywania układów nerwowych z pająków krzyżaków, a następnie umieszczania ich zamiast komputerów w samobieżnych minach przeciwczołgowych.&lt;br /&gt;Czy wyczuwają Państwo w tym tekście zbliżające się słowo „ale”? Nie? Nie szkodzi. Jeszcze wiele ciepłych słów pod adresem pana Lewandowskiego zanim padnie to straszne słowo. Cierpliwości!&lt;br /&gt;Potem przeczytałem „Ksina” i też mnie ujął. Lewandowski w mistrzowski sposób zabawił się konwencją kiczu i zaproponował rozbrajającą książeczkę, w której – jak dobrym amerykańskim filmie klasy C – było mnóstwo erotyki oraz krwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Magnetyzer” łączy dwa gatunki literatury. To z jednej strony fantastyka, z drugiej kryminał. Wydawca, na okładce w tzw. &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Blurb"&gt;blurbie&lt;/a&gt; oznajmia także, że książka ta nawiązuje do tradycji kryminału „miejskiego” i pisarstwa Tyrmanda („Zły) oraz Marka Krajewskiego (trylogia wrocławska). Może to budzić pewne oczekiwania, których moim zdaniem „Magnetyzer” nie spełnia. &lt;br /&gt;Konrad Lewandowski zdolnym pisarzem jest… Ale…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pierwsze, jego książka jest kryminałem tylko w bardzo ogólnym znaczeniu tego słowa.&lt;br /&gt;Jest to opowieść policyjna czyli śledzimy postęp śledztwa – i niestety jest ono proste jak drut. Pan policjant łapie trop, przesłuchuje świadków, idzie na miejsce a chwilę potem dochodzi do konfrontacji. Jeśli więc przyjąć, że kryminał to opowieść z zagadką, to w tym przypadku czytelnikowi niestety oszczędzono frajdy wspólnego interpretowania dowodów wraz z detektywem, oraz powolnego odkrywania smacznej prawdy. Oszczędzono nam niestety również wielu zwrotów akcji, bo jest ich słownie: jeden.&lt;br /&gt;Po drugie, Lewandowski naprawdę ma znakomite pióro do dialogów lecz z jakiegoś powodu dzieli się tym talentem raczej niechętnie. Rozmowa rabina z komisarzem [2] jest pierwszej klasy i chciałoby się więcej. A tu bida.&lt;br /&gt;Po trzecie, zapewne pisarz wykonał niezła robotę dokumentując życie oraz wygląd przedwojennej Warszawy niemniej mnie udało mu się do tego przekonać dopiero gdzieś w połowie książki. Wcześniej częstowani jesteśmy raczej banalnymi opisami placu Napoleona, czyli jednego z najlepiej obfotografowanych miejsc Warszawy przedwojennej oraz powstańczej, oraz niespecjalnie hojnymi detalami z centrum stolicy.[3]&lt;br /&gt;Po czwarte, z jakiegoś trudnego do wyobrażenia powodu, główny bohater Jerzy Drwęcki na swojej drodze spotyka prawie wszystkich sławnych Polaków mieszkających w przedwojennej Warszawie. Chadza na obiadki z Franciszkiem Fiszerem, kawkę pije ze Słonimskim czy Tuwimem, „dżoginguje” rano z Kusocińskim, spotyka samego Piłsudskiego oraz apb. Kakowskiego, koleguje się generałem Wieniawą-Długoszowskim. Zabrakło tylko Hitlera &lt;em&gt;incognito&lt;/em&gt; oraz kolekcji gwiazd filmu czy muzyki. Absolutny brak wiarygodności tych spotkań sprawia, że całość zaczynamy traktować jako wprawkę pisarską dziwnego rodzaju i tylko eksplozja dowcipu ratowałaby klimat. Niestety, tego brak. To nie jest groteska ani żart z konwencji, to jest po prostu niewiarygodny kryminał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zabrakło mi także pełnego wykorzystania figury „medium”, która jest niezwykle nośna. Główny przeciwnik komisarza jest bezbarwny, słabo zarysowany i kiepsko wytłumaczony. Nie ma ani charyzmy przedwojennego medium Ossowieckiego, ani sprytu hrabiego Cagliostro. Po prostu pojawia się i ginie parę kartek dalej. Oczywiście zbrodniarz może być anonimowy i jego ujawnienie faktycznie może nastąpić na końcu (bo tak się dzieje w większości kryminałów), jednak w takiej sytuacji jego zbrodnie powinny mówić o nim, budować portret – tym straszniejszy, że będący dziełem wyobraźni. Tu tak się nie stało i nie mogło, z racji tej dziwnej atmosfery zabawy w tłumie znanych osób. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jako kryminał więc „Magnetyzer” jest słaby. Jako eksperyment literacki też. Jako przewodnik po przedwojennej Warszawie trochę lepiej – choć „bedeker” Krajewskiego jest niedościgłym wzorem. Jako nowoczesna mieszanka akcji, humoru i elementów kryminalnych rzecz też nie wypada najlepiej, bo w takich przypadkach grunt to mocno narysowane postacie (patrz cykl filmów „Zabójcza broń”).&lt;br /&gt;Ponieważ zaś cenię sobie pisarstwo Lewandowskiego mam nadzieję, że się nie zniechęci i następny kryminał napisze znakomity. Bo z pewnością talentu mu starcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt;Konrad T. Lewandowski „Magnetyzer”, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2007&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2]&lt;em&gt;Ibidem, str.166&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3]&lt;em&gt;Absolutnie wciągający opis starej Warszawy oraz jej obyczajów daje Andrzej Pilipiuk w „Operacji Dzień Wskrzeszenia”, wyd. Fabryka Słów, Lublin 200 &lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-2553992049188868772?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/2553992049188868772/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=2553992049188868772' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/2553992049188868772'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/2553992049188868772'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/pi-ze-sonimskim-biega-z-kusociskim.html' title='Pił ze Słonimskim a biegał z Kusocińskim'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RkJf22BvECI/AAAAAAAAACw/U_KEEu2t9tA/s72-c/MAGNETYZER.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-1812589967345561388</id><published>2007-05-08T15:16:00.000+01:00</published><updated>2007-05-11T22:32:45.251+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peter Esterhazy &quot;Harmonia caelestis&quot;'/><title type='text'>Harmonia niebiańska</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RkCuHmBvEBI/AAAAAAAAACo/WIp0lp-4tPY/s1600-h/HARMONIA_CAELESTIS.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5062237426654580754" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RkCuHmBvEBI/AAAAAAAAACo/WIp0lp-4tPY/s200/HARMONIA_CAELESTIS.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;Tytuł książki &lt;a href="[[http://en.wikipedia.org/wiki/P%C3%A9ter_Esterh%C3%A1zy"&gt;Petera Esterhazy’ego&lt;/a&gt; „Harmonia caelestis” kieruje skojarzenia ku św. Hildegardzie z Bingen. Ta mniszka, żyjąca na przełomie XI i XII wieku, w jednej osobie łączyła wiele talentów – filozofki, lekarki i kompozytorki. Hildegarda od trzeciego roku życia doświadczała także objawień. Jak pisze Justyna Łukaszewska:&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;blockquote&gt;„W swym widzeniu Hildegarda najpierw słyszy, a potem dostrzega harmonię niebiańską. Wśród rozbrzmiewających dźwięków, które wyrażają doskonałość wszelkiego stworzenia, poznanego przez mistyczkę w doczesnym życiu, dają się słyszeć rożne głosy. W niebiańskiej symfonii słychać więc cnoty, wytrwałe w Prawdzie, przywołujące ludzi do powrotu na właściwą drogę. Cnoty zachęcają się wzajemnie do działania dla zbawienia ludzi, zwiedzionych przez Szatana. Wreszcie pokonawszy wszelkie zło i uniżywszy się w skrusze, wybrani ludzie przechodzą do niebieskiej chwały. I w doskonałej harmonii rozbrzmiewa ich wspólny z cnotami głos wielkiej chwały i radości.[1]&lt;/blockquote&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Mimo różnicy epok i czasów, myśl Hildegardy i jej koncepcja muzyki mogą [2] opisywać istotę „Harmonii caelestis”. Czytelnik otrzymuje mistrzowsko skomponowaną literacką symfonię dziejów rodu Esterhazy, Węgier i Europy Środkowej. W pierwszej części składają się na nią „&lt;em&gt;zdania numerowane&lt;/em&gt;”, z których każde jest osobną przypowieścią lub anegdotą z różnych momentów historii. Peter Esterhazy swoim piórem wywołuje tłumy bezimiennych przodków, osób obcych a czasem fikcyjnych. Ich przygody oraz różne zdarzenia zdają się tworzyć wielogłos, na wzór tego, o którym marzyła św. Hildegarda. Część druga „Harmonii…”, o bardziej klasycznej narracji, w podtytule ma „&lt;em&gt;wyznania rodziny Esterhazych&lt;/em&gt;”.&lt;br /&gt;Wydaje się, jakby autor w ten sposób sugerował, że wyłącznie historia najbliższa nam, w formie wspomnień i wyznań, może zostać przekazana w sposób relatywnie mało zniekształcony. To, co dalsze, siłą rzeczy jest wyłącznie zbiorem zdarzeń, połączonych ze sobą na mocy skutku i przyczyny, ale których sens dopiero budujemy w procesie analizy. Esterhazy nieufnie podchodzi do takich zabiegów, pisze:&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;blockquote&gt;„Niewielu jest ludzi, którzy umieliby zajmować się przeszłością niedawno minioną. Albo teraźniejszość trzyma nas przemocą przy sobie, albo gubimy się w przeszłości i pragniemy to, co bezpowrotnie stracone, ile tylko w naszej mocy, znów przywoływać i ożywiać. Nawet w możnych, bogatych rodzinach, które wiele zawdzięczają swym przodkom, zdarza się, że częściej wspomina się dziada niż ojca.”[3]&lt;/blockquote&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Forma, w jakiej utrzymana jest książka – skoki w czasie, eksperymenty językowe (ocierające się nawet o da-da) oraz figura ojca w rozmaitych odmianach – może więc być dowodem albo porażki Esterhazy’ego, który po latach badań doszedł do wniosku, że historia tak znacznego rodu nie daje się po prostu opowiedzieć. Albo też wyrazem pewnej koncepcji historii, bliskiej zapewne Deleuze’mu czy Foucalt, że każda próba streszczenia, relacjonowania dziejów byłaby de facto ich kreacją. Tak więc nikt nie zna sensu historii, ale każdy może go kreować i zdanie otwierające książkę: &lt;em&gt;Diabelnie trudno jest kłamać, kiedy nie zna się prawdy, &lt;/em&gt;staje się deklaracją człowieka, który prawdy nie poznał, mimo lat studiów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjątkowym zabiegiem literackim jest to, jak Esterhazy korzysta ze słów „ojciec” i „ojczulek”. Zastępują one imiona prawie wszystkim postaciom z ksiązki, w tym także i obcym. Możemy je czytać zarówno jako wyraz poczucia związku nawet z dalekimi przodkami, ale także jako deklarację niezależności, odcięcia. Odcięcia, które każdy syn w pewnym momencie podejmuje, gdy słowem „ojciec” podkreśla własną niezależność i odrębność. „Ojciec”, „ojczulkowie”, „fater”, „faterkowie” – te wszystkie słowa, zyskując w kolejnych scenach i kontekstach nowe znaczenia, pokazują mnogość emocji, niezbędnych do nawet wyrywkowego rozumienia historii.&lt;br /&gt;Ojcowie gwałcący, bawiący się, pijący, kradnący, rozmawiający z królami, władcami, hrabinami, kokotami. Ojczulkowie wojujący, jadący wozem drabiniastym, knujący zdrady i powstania narodowe, rozmawiający z Haendlem [4] lub z Goethem. Oni wszyscy, jednocześnie rozpatrywani, muszą być powodem do dumy, i wstydu, do rozbawienia i żałoby, ulgi i cierpienia zarazem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdanie, którym Esterhazy otwiera książkę jest także ostrzeżeniem, że książka ta na własne tylko ryzyko może być czytana jako zapis rzeczywistości czy komentarz do faktycznych zdarzeń. Faktycznie, niekiedy partie tekstu są tak hermetyczne, że wyłącznie autor wie co chciał powiedzieć, a czytelnicy sami będą musieli budować znaczenie. Jednak z tej lawiny obrazów i sytuacji czasem wyziera realna i niezmyślona potrzeba pisarza do tego, aby zająć choćby niewyraźne stanowisko wobec spuścizny przodków. Potrzeba, z którą zmaga się świadom ograniczeń wszelkiego rodzaju: &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;blockquote&gt;„O moim ojczulku trzeba milczeć: mówić o nim dobrze prawie zawsze jest pochlebstwem; natomiast mówić o nim źle rzeczą niebezpieczną, jeśli żyje i tchórzliwą, jeśli już zmarł (mój ojczulek).”[5]&lt;/blockquote&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Ten tekst ma wprost wyjątkową moc inspirowania czytelnika. Detalem, emocją czy urzekającym opisem lub pysznie odtworzoną osobą (załóżmy, że prawdziwą). Na wiele sposobów możemy rozumieć wypowiedź surowej pruskiej guwernantki, która mając o Węgrach jak najgorszą opinię, uważała że „omijając cywilizację wpadają wprost w dekadencję”. Ja w duchu śmiałem się, odnosząc to do Polski i Polaków. W nabożny podziw wprawiła mnie mądrość i bezceremonialność anonimowej prababki, która wnukom nakazywała jeść mięso zawsze z chlebem, bo inaczej „będą śmierdziały jak lisy”. Wracałem parę razy do fragmentów o powieszonym przodku, który czekając na egzekucję - „wykuwał męską odwagę z kruszca rodzinnych legend”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec pisarza, jak okazało się parę lat temu, był długoletnim konfidentem węgierskiej bezpieki. Esterhazy przeczytał jego akta i znalazło to swój wyraz w kolejnej książce, pod tytułem „Wydanie poprawione”. Jej treść zapowiadać może ostatnie zdanie „Harmonii caelestis” i scena, gdy ojciec siada do maszyny do pisania: &lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;blockquote&gt;„[…]stuka bez przerwy, jak pistolet maszynowy, wali w nią, bije i wychodzą, wychodzą z niej słowa, spadają na biały papier, jedno po drugim, słowa, z którymi on nie ma nic, ale to nic wspólnego, nigdy nie miał i mieć nie będzie.”&lt;/blockquote&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Książki tej nie da się przeczytać w całości za jednym zamachem. Całe szczęście, że wracać do niej można w dowolnym momencie narracji, powoli zaszczepiając w sobie kolejne sceny i odkładając ją potem w stanie ducha zbliżającym się ku harmonii doskonałej.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Justyna Łukaszewska „Ordo uirtutum Hildegardy z Bingen.” – streszczenie referatu wygłoszonego w Warszawie 27 października 2003, zamieszczone na portalu &lt;a href="http://www.mediewistyka.net"&gt;www.mediewistyka.net&lt;/a&gt; &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2] &lt;em&gt;W rozmowie dla TVP Kultura zapytałem pisarza, czy tytuł powieści powziął z twórczości Hildegardy z Bingen. Z&lt;/em&gt;&lt;em&gt;aprzeczył.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;em&gt;P.Esterhazy „Harmonia caelestis” – słowo wstępu, Czytelnik, Warszawa 2007 &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4] &lt;em&gt;który przecież był nadwornym kompozytorem rodu Esterhazy.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[5] &lt;em&gt;P. Esterhazy „Harmonia caelestis” – str. 50.&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.fordham.edu/halsall/med/hildegarde.html"&gt;The Life and Works of Hildegard von Bingen &lt;/a&gt;(1098-1179)&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.magazyn.ekumenizm.pl/content/article/20031114130451203.htm"&gt;Artykuł o św. Hildegardzie&lt;/a&gt; i jej filozofii&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.esterhazy.de/"&gt;Strona o rodzie Esterhazych&lt;/a&gt; – w języku niemieckim.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-1812589967345561388?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/1812589967345561388/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=1812589967345561388' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/1812589967345561388'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/1812589967345561388'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/harmonia-niebiaska.html' title='Harmonia niebiańska'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RkCuHmBvEBI/AAAAAAAAACo/WIp0lp-4tPY/s72-c/HARMONIA_CAELESTIS.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-4961110428332968816</id><published>2007-05-06T00:10:00.000+01:00</published><updated>2007-05-17T19:05:54.757+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='&quot;Obsługiwałem angielskiego króla&quot;  - nowy film w reż. J.Menzla'/><title type='text'>„Obsługiwałem angielskiego króla” – film Jiriego Menzla</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rj0Q3GBvD_I/AAAAAAAAACY/JhWWA_51994/s1600-h/OBS%C5%81UGIWA%C5%81EM+ANGIELSKIEGO+KR%C3%93LA.JPG"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5061220094931046386" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rj0Q3GBvD_I/AAAAAAAAACY/JhWWA_51994/s200/OBS%C5%81UGIWA%C5%81EM+ANGIELSKIEGO+KR%C3%93LA.JPG" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;„A gdy mnie już zabraknie na świecie, niech któryś z moich przyjaciół weźmie tę książkę do ręki i wykroi z tego małą nowelkę albo większe opowiadanie.” – to prawie wierny cytat z ostatniej strony książki Bohumila Hrabala, na podstawie której Jiri Menzel nakręcił swój najnowszy film. Reżyser przyjrzał się więc losom małego kelnera Jana Ditie’go i zgodnie z życzeniem, wykroił z nich pierwszorzędny film.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepiej pasowałoby tu słowa „gawęda” lub „powiastka”. W tym tonie utrzymana jest cała historia. Mały człowieczek, Jan Ditie -  a po polsku „Dziecię” [1] -  jest sympatycznym człowieczkiem, takim prostaczkiem, którego niesamowite losy są dla Szanownej Publiki okazją do wzruszenia, uśmiechu i refleksji nad tym, jak bezlitosne koło historii miażdży narody, ludzi i ich marzenia. &lt;br /&gt;Interesująca jest ta figura głupeczka lub prostaczka, którą jak się wydaje Hrabal bardzo lubił [2].  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kulturze europejskiej jej korzenie sięgają średniowiecza (a może jeszcze i rzymskich Saturnaliów), gdy w trakcie tzw. Święta Głupców [3] odwróceniu ulegała struktura społeczna oraz symbolika nawet sakralna. Głupcowi bowiem, podobnie jak szaleńcowi wolno więcej – choć nie zawsze unika konsekwencji. Głupiec, szaleniec, przybysz z innej kultury oraz dziecko (co od razu przywodzi na myśl nazwisko bohatera filmu) mają także jeszcze jedną wspólną cechę. Dzięki pytaniom czy działaniom tych postaci społeczeństwo może się obejrzeć jak w lustrze.&lt;br /&gt;Hrabal w interesujący sposób komplikuje tą figurę prostaczka, czy głupca – jak kto woli. Otóż przeważnie taka postać jest w „dziecięcy” sposób czysta, niezepsuta i tak „dzieciopodobne” figury były przedstawiane przez stulecia. We wszystkich baśniach niewinni dziecięcy bohaterowie natykają się na zło ucieleśniane przez dorosłych lub olbrzymy czy czarowników symbolizujących zło świata dorosłego.  Natomiast główny bohater filmu oraz książki w swoich działaniach jest w zasadzie amoralny a nie nieskalany.  To ciekawa odmiana na tle „szlachetnych dzikusów” rodem z teorii Rousseau[4],  czy takich postaci jak Forrest Gump[5], najsłynniejszy głupiec ostatnich 20-stu lat. &lt;br /&gt;Wbrew wszystkiemu Jan Dziecię zakochuje się w Niemce, a potem w imię miłości żeni się z wrogiem swojego narodu, i pracuje na rzecz III Rzeszy. Ten ambiwalentny stosunek do spraw polityki mały kelner dzielił ze swoim stwórcą. Jak pisał Hrabal w eseju „Kim jestem: &lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;br /&gt;– „[…]żyję w ograniczonej suwerenności, jak tę naszą prawdę wyjaśnił Breżniew, i wcale mi to zdanie nie przeszkadza, tak jak nie przeszkadza mi, że „Prawda zwycięży”. Żyję dokładnie tak, jak żyłem i jak bym żył, gdyby na Zamku&lt;br /&gt;rezydował pan gubernator dynastii habsburskiej.”[6]. &lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;W tej obojętności na ważne sprawy tego świata książkowy Jan Dziecię jest dalej posunięty niż jego filmowy odpowiednik[7]. Menzel złagodził ową postawę, dzięki czemu dla wielu widzów bohater będzie łatwiejszy do polubienia i zaakceptowania. Widać to szczególnie dodanej przez reżysera scenie, gdy  goni wagon Żydów wywożonych do obozu by dać im chleb. Ale także gdy po latach odsiadki w komunistycznym więzieniu Dziecię wyjeżdża na prowincję i wkracza do opuszczonej przez Niemców wsi. U Hrabala po prostu się cieszy widząc piękne oraz puste domy. Jirzi Menzel w usta byłego kelnera wkłada deklarację żalu, że szkoda „takich rąk do pracy”,  które to zbudowały a musiały wyjechać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amoralność bohaterów hrabalowskiej literatury, którzy nie dbają o opinię o sobie, nie szukają odpowiedzi na tzw. pytania fundamentalne, oddają się rozmaitym przyjemnościom i folgują nierzadko rozpasanemu erotyzmowi, to tworzy prawie klasycznie freudowski kontekst. Tak jak bohaterka „Postrzyżyn” lub kelner Dziecię wydają się oni niekiedy nie mieć w pełni rozwiniętego super ego  które panowałoby nad rozwydrzonym i chutliwym id.  To wrażenie freudowskiego rozdarcia potęguje czasem zestawienie działań bohaterów z typowo mieszczańskim kontekstem opowieści.  Mimo konwencji powiastki jest też element realistyczny. Hrabal nie oszczędza swoim postaciom konsekwencji wynikających z impulsywnych działań – choć nie karze ich zbyt często i surowo. Dzięki temu jednak u odbiorców wywołuje łagodne wzruszenie, gdy płaczemy nad losem kolejarza ze stacji Kostomlaty lub wiernego owczarka, lub jednego z wielu samobójców pojawiających się w książkach Hrabala.  &lt;br /&gt;Ten freudowski aspekt powieści Jiri Menzel także delikatnie zredukował, rezygnując z wielu erotycznych scen oraz proponując względnie optymistyczne zakończenie. Nie zmienia to faktu, że adaptacja została dokonana zręcznie i moim zdaniem, zgodnie z duchem książki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce krytyka oraz media zwróciły największą uwagę na to, że mimo zabiegów reżysera główny bohater zasługuje na miano „kolaboranta” i jest postacią dwuznaczną. To prawda. Jiri Menzel zapytany przeze mnie jak odbiera ten sposób interpretacji filmu powiedział, że dziwi go takie postawienie sprawy i uważa, że jest typowo polskie[8]. Niemieckie media i krytyka skupiły się jego zdaniem na innych kwestiach, co jest uzasadnione, bo przecież historia jest wielowątkowa. &lt;br /&gt;Film warto zobaczyć, a Państwo jako widzowie sami sobie wybiorą klucz do jego rozumienia. Jedni zobaczą bardzo czeską historię o konformizmie oraz przystosowaniu. Inni skupią się na wątku samotności, miłości oraz pogoni za pieniędzmi, która nie prowadzi do niczego. &lt;br /&gt;Polecam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Tę wersję tłumaczonego na polski nazwiska proponują i tłumacz książki Jan Stachowski, wydanej przez PIW, Warszawa 2000 i A. Kaczorowski w „Gra w życie. Opowieść o Bohumilu Hrabalu”, wyd. Czarne, Wołowiec 2004.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2] &lt;em&gt;Osobą niezwykle barwną oraz korzystającą w pewnej mierze ze statusu takiego cudownego szaleńca był stryj Hrabala, Josef. Wywarł on wielki wpływ na pisarza i jego styl. Patrz: A. Kaczorowski w „Gra w życie. Opowieść o Bohumilu Hrabalu” – str. 43 i kolejne.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;em&gt;Por. Jacques Heers „Święta głupców i karnawały”, wyd. Marabut, Warszawa 1995.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4] &lt;em&gt;Do tego nurtu trzeba zapisać też na przykład Karola Maya, którego szlachetny i honorowy dobry dzikus Winnetou wywarł wielki wpływ na kulturę europejską bo w Ameryce ślad pozostawił mniejszy. Jest to jednak zrozumiałe bo Amerykanie dla redukcji dysonansu poznawczego musieli usprawiedliwiać holokaust dokonany na Indianach wyolbrzymianą ich podłością, zdradzieckością i prymitywizmem – co w westernach przetrwało jeszcze do czasów powojennych.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[5] &lt;em&gt;„Forrest Gump” film w reż. R. Zemeckisa, z 1994 roku.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[6] &lt;em&gt;„Hrabal, Kundera, Havel. Antologia czeskiego eseju.” – str. 4, Universitas, Kraków 2001.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[7] &lt;em&gt;Ta postawa Hrabala budzi sympatię na przykład Pawła Huellego – „Dziennik” 02 lutego 2007 roku.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[8]&lt;em&gt;Rozmowa dla TVP Kultura, 21.05.2007 „Rozmowy Studia Kultura”.&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-4961110428332968816?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/4961110428332968816/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=4961110428332968816' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/4961110428332968816'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/4961110428332968816'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/obsugiwaem-angielskiego-krla-film.html' title='„Obsługiwałem angielskiego króla” – film Jiriego Menzla'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rj0Q3GBvD_I/AAAAAAAAACY/JhWWA_51994/s72-c/OBS%C5%81UGIWA%C5%81EM+ANGIELSKIEGO+KR%C3%93LA.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-5618563368704460070</id><published>2007-05-04T13:04:00.000+01:00</published><updated>2007-05-06T21:23:45.266+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Pop-kultura w czasach grozy. &quot;Aelita&quot; - film z 1924 roku'/><title type='text'>Pop-kultura w czasach grozy</title><content type='html'>&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rjsn62BvD2I/AAAAAAAAABQ/ntFsiWqip00/s1600-h/AELITA_BIG.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5060682498169573218" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rjsn62BvD2I/AAAAAAAAABQ/ntFsiWqip00/s200/AELITA_BIG.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;„Aelita” to czarno-biały, niemy film radziecki pochodzący z 1924 roku. W zeszłym tygodniu, na wrocławskim rynku byłem świadkiem jego projekcji połączonej z koncertem muzyki zespołu „Pustki” [1]. W przepięknej scenerii gwarnego placu, na krzesełkach usiadło około setki widzów (drugie tyle stało za nimi) a wszyscy zafascynowani śledzili losy dzielnego inżyniera Łosia oraz królowej Marsa, Aelity.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Co warto wiedzieć na temat „Aelity”? Film powstał w czasach &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/NEP"&gt;NEP-u&lt;/a&gt;, a mówiąc precyzyjnie w ostatnich jego miesiącach. Lenin nie żył już od kilku miesięcy, a swoją pozycję umacniał sekretarz Wszechrosyjskiej Partii Bolszewików, Józef Wissarionowicz Stalin. Ten czas niespodziewanie większej swobody, wkrótce zakończonej aresztowaniami i wzmożoną aktywnością tajnej policji, znalazł swoje odbicie w filmie. Choć zgodnie z postulatami propagandy oraz konstruktywizmu, opowieść o locie na Marsa upewnić ma publiczność w przekonaniu o dziejowej konieczności rewolucji komunistycznej, to krytyczny widz znajdzie tu także masę argumentów przeciw oraz interesujących i przerażających świadectw epoki.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5060791156547194850" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; CURSOR: hand; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjuKvmBvD-I/AAAAAAAAACQ/1MdC7ixg1kM/s200/AELITA_SCREENSHOT_PEASANTS.JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Jedna z pierwszych scen filmu rozgrywa się na dworcu kolejowym w Moskwie. Ma ona, podobnie jak wiele innych, wartość dokumentalną. Widzimy tłum ludzi podróżujących na dachach pociągów, wieśniaków uciekających do miasta przed głodem i chorobami. Daje do myślenia fakt, że skoro obraz takiego exodusu znalazł się w filmie i nie został wyrugowany ani przez nadzorców partyjnych ani sami twórcy nie widzieli w tym nic zdrożnego (choć jednocześnie tworzyli dzieło o funkcji propagandowej), to znaczy, że ta wędrówka ludów, chaos i potworna bieda były tak naturalnym elementem życia w Rosji pierwszych lat po rewolucji, że stawały się niezauważalne dla oka cenzury. Wszak po co cenzurować to, o czym i tak absolutnie wszyscy wiedzą?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Bohaterem filmu jest inżynier Łoś, który z wyglądu przypomina wroga ludu – zbyt delikatna i absolutnie nierewolucyjna uroda, zadbana fryzura oraz podejrzana elegancja. Pracując w stacji przekaźnikowej Moskiewskiego Radia [2], jednocześnie odbiera sygnały z kosmosu, będące komunikatem od obcej cywilizacji. Nie wie, że z dalekiego Marsa, przez wspaniałe i tajemnicze urządzenie zwane lunetą przygląda mu się znudzona i odsunięta od władzy królowa Marsa, piękna Aelita. Jednocześnie, nocami Łoś razem ze swoim przyjacielem Spirydonowem budują statek kosmiczny.&lt;br /&gt;Łoś wraz z małżonką oraz tłumem innych mieszkańców gnieżdżą się w starej kamienicy, w której z przydziału każdy otrzymał inny pokój (to doświadczenie z czasów centralnie sterowanej gospodarki jest i nam dobrze znane). Ich sąsiadem jest także niejaki Erlich i już na podstawie niemiecko brzmiącego nazwiska można odgadnąć, że jest podły! Ten chytry, pucołowaty osobnik ma same wady. Nie dość, że jest dużo brzydszy od głównego bohatera, to podrywa Nataszę – małżonkę inżyniera, z własną żoną okrada Spirydonowa a na dodatek jest…? Spekulantem!&lt;br /&gt;Interesujące, że owi spekulanci już w dziewiczych latach nowego ustroju byli tak aktywnie zwalczani przez władzę. Ten motyw przecież przetrwał całe 80 lat! Sam pamiętam telewizję z czasów późnego PRL-u, jak aktywnie pastwiła się nad wszelkimi prywaciarzami, badylarzami i spekulantami. Również jeszcze kultowy porucznik Borewicz umacniał nas w przekonaniu o moralnej zgniliźnie takich osobników [3].&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Inna postać filmu to karykaturalnie przedstawiony konfident Krawczew. Zaskakujące jest, w jak negatywnym świetle został pokazany obywatel, który z niskich pobudek, ale jednak chce umacniać ustrój. Myślę, że w czasach wielkiej czystki, która nadeszła parę lat później, nikt nie odważyłby się tak wyśmiewać współpracy z tajną policją.&lt;br /&gt;Motyw Krawczewa, przywodzi także na myśl „Mistrza i Małgorzatę”[4]. Humor tej powieści nie jest w stanie przesłonić wymowy wielu zdarzeń – takich jak błyskawiczne aresztowanie Nikanora Iwanowicza Bosego, na którego fałszywie doniósł Korowiow. Smutni panowie aresztują prezesa spółdzielni a nam cierpnie skóra na plecach wiedząc, do czego byli zdolni. To także świadectwo tamtych czasów, gdy donieść mógł każdy[5]. W filmie „Aelita” natomiast obserwujemy interesującą sytuację, gdy Krawczew za wszelką cenę stara się wkręcić do tajnej policji. Gdy jednak dowódca odrzuca jego umizgi, konfident postanawia na własną rękę poprowadzić śledztwo przeciw spekulantom i w ten sposób udowodnić swoją przydatność władzy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rjsr9WBvD7I/AAAAAAAAAB4/vDCohdweOP4/s1600-h/AELITA_SCREENSHOT.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5060686939165757362" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rjsr9WBvD7I/AAAAAAAAAB4/vDCohdweOP4/s200/AELITA_SCREENSHOT.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;„Aelita” jest także prawdopodobnie pierwszym długometrażowym filmem science-fiction w historii kina (słynna &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=aI0BmQaIIR4"&gt;„Podróż na księżyc”&lt;/a&gt; z 1902 roku, w reżyserii Georgesa Melisa, trwała zaledwie 14 minut). Według znawców, to także pierwszy i jedyny w historii kina przykład czysto konstruktywistycznej scenografii - geometryczne kształty inspirowane trójkątem, kołem i prostymi liniami. Mimo faktu pewnego stylistycznego odosobnienia, estetyczna wizja „Aelity” ma zadziwiające związki ze znacznie późniejszymi filmami. Kostiumy marsjańskiej gwardii przypominają bowiem... mundury Imperialnych Szturmowców z Gwiezdnych Wojen!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto także zwrócić uwagę na motyw schodów, jako naczelnego elementu marsjańskiej architektury wnętrz [6]. W tamtym czasie schody obowiązkowo pojawiały się w scenografii teatralnej – w szczególności w musicalu („schody nie wyjdą nigdy z mody…”), ale fascynowały też filmowców (sekwencja z „Pancernika Potiomkina”). Długie pasaże, rampy, schody przetrwały do dziś tylko w operze – i to w dodatku tej wystawianej w sposób archaiczny i nudny – dając reżyserowi możliwość zaprezentowania tłumu śpiewaków przy jednoczesnej możliwości oglądania wszystkich występujących.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Pop-kultura w jej dzisiejszym kształcie rodziła się długo. Można dowodzić, że jej korzenie sięgają XVIII wiecznych druków rozpowszechnianych we Francji, zawierających krwawe i drobiazgowe opisy egzekucji. Tłumy czytelników z wypiekami na twarzy czytały o ostatnich momentach życia królowej Marii Antoniny. Na Wyspach Brytyjskich również liczne rzesze czytały napisane z dziennikarską rzetelnością pirackie powieści Daniela Defoe (zbliża się premiera trzeciej części „Piratów z Karaibów” i jest to po części zasługą p. Defoe), ale fascynowały się także opisami sprawiedliwości wymierzanej zbójcom wszelkiego rodzaju. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Podstawowe wzory i cechy masowej kultury wydają się niezmienne. Zawsze była ona zwierciadłem swoich czasów ale zawsze krzywym. Na żądanie konsumentów przetwarzając rozmaite motywy upraszczała je, co sprawia, że nie zauważamy istotnej ich ewolucji.&lt;br /&gt;Dobitnie o tym przekonuje oglądanie tego filmu z 1924 roku, gdy od śmierci cara minęło dopiero 6 lat, penicylina miała zostać odkryta za 2 lata, większość mieszkańców Rosji (Polski też) była niepiśmienna a europejskie miasta zachowywały jeszcze kształt, w jakim zbudowano je przed wiekami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt;Projekcja wraz z koncertem muzyki skomponowanej przez „Pustki” specjalnie do tego filmu, były częścią prezentacji TVP Kultura na festiwalu Prix Visionica. Pisał o tym także Wojciech Orliński w swoim blogu.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[2]&lt;em&gt;Motyw stacji przekaźnikowej jest echem sporego wydarzenia, jakim na początku lat 20-ych w Moskwie była budowa wieży radiowo-telewizyjnej a następnie uruchomienie w 1922 roku, potężnego na tamte czasy, nadajnika radiowego o mocy 12kW.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[3]&lt;em&gt;Odcinek „Major opóźnia akcję”. Jego wymowa jest taka, że w zasadzie nie ma różnicy między przemytnikami, przestępcami a prywatnymi adwokatami czy drobną przedsiębiorczością.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[4]&lt;em&gt;Bułhakow zaczął ją pisać w 1928 roku, gdy wspomnienie krótkiej prosperity czasów NEP-u było stosunkowo żywe.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[5]&lt;em&gt;Pawka Morozow – młody bohater sowieckiej propagandy doniósł na własnego ojca i dzięki temu stał się symbolem Komsomołu.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;[6]&lt;em&gt;Za to spostrzeżenie dziękuję Piotrowi Kucińskiemu.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.ce-review.org/00/1/kinoeye1_horton.html"&gt;Znakomita recenzja &lt;/a&gt;filmu w języku angielskim&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.archive.org/details/aelita_queen_of_mars_musical"&gt;Film „Aelita”&lt;/a&gt; do obejrzenia lub do ściągnięcia z &lt;a href="http://www.archive.org/"&gt;http://www.archive.org/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zastrzegam, że jakość nie jest najlepsza i ta kopia nie ma nic wspólnego z emitowaną w TVP Kultura wersją filmu wraz ze znakomitą muzyką zespołu „Pustki”.&lt;br /&gt;- &lt;a href="http://www.pustki.pl/"&gt;Strona zespołu „Pustki” &lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-5618563368704460070?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/5618563368704460070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=5618563368704460070' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5618563368704460070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5618563368704460070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/pop-kultura-w-czasach-grozy.html' title='Pop-kultura w czasach grozy'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Rjsn62BvD2I/AAAAAAAAABQ/ntFsiWqip00/s72-c/AELITA_BIG.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-6536255930653148140</id><published>2007-05-03T20:10:00.000+01:00</published><updated>2007-05-06T21:36:09.359+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dylemat jako alternatywa alternatywy.'/><title type='text'>Dylemat jako alternatywa alternatywy</title><content type='html'>&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;„Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – w tej &lt;a href="http://ryszardczarnecki.blog.onet.pl/2,ID142648363,index.html"&gt;błędnej formie często bywają przywoływane &lt;/a&gt;słowa Heraklita z Efezu, dzięki czemu źle są także interpretowane. Chodzi przecież o to, że problemy lub rzeczy, z biegiem czasu mogą zmieniać się niepostrzeżenie lecz zdecydowanie. Wchodząc do rzeki, nigdy nie wchodzimy do tej samej wody, choć rzeka niby ta sama.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Nauki z tego przysłowia konsekwentnie nie chcą pojąć twórcy telewizyjnych i kinowych produkcji mających być kontynuacją popularnych filmów z czasów poprzedniego ustroju. W przypadku serialu „Dylematu 5”, którego premierowy odcinek zobaczyliśmy 1 maja 2007 roku niestety jest identycznie a nawet jeszcze gorzej. Ta 13-sto odcinkowa produkcja jest kontynuacją jednego z telewizyjnych evergreenów czyli „Alternatywy 4”. Aby słowu „kontynuacja” nadać myląco głębokie znaczenie producenci zatrudnili jednego ze scenarzystów chwalebnego oryginału sprzed 26 lat, Janusza Płońskiego. Co ważniejsze, udało się też namówić do współpracy wielu aktorów odtwarzających główne role – m.in. Witolda Pyrkosza, &lt;a href="http://www.zofiaczerwinska.pl/"&gt;Zofię Czerwińską&lt;/a&gt;, Kazimierza Kaczora oraz Jerzego Kryszaka. Mimo, że wbrew proroctwom Nostradamusa warszawskie osiedle Ursynów jeszcze się nie rozpadło (&lt;em&gt;o tym nie pisał? przepraszam… myślałem, że Nostradamus wszystko przewidział…&lt;/em&gt;), autorzy „Dylematu 5” nie zdecydowali się na wykorzystanie słynnego budynku faktycznie stojącego przy ulicy Grzegorzewskiej 3.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Rzeka raz jeszcze okazała się taka sama a jednak zupełnie inna. Fani barejowskiego serialu załamali ręce i takimi wykrzywionymi kończynami &lt;a href="http://alternatywy4.blog.pl/komentarze/index.php?nid=11870365"&gt;wpisywali gniewne oraz obraźliwe recenzje &lt;/a&gt;w Internecie. Faktycznie, pierwszy odcinek wołał o pomstę do nieba w każdym prawie detalu. Drugi okazał się trochę lepszy, a trzeci lepszy od drugiego, choć w dalszym ciągu gorszy od tego, jaki być powinien.Co nie wypaliło?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;- Zdjęcia. Nie wiem czy kamera cyfrowa, którą pracowała ekipa była nienajlepszej jakości, czy też obraz zbalansowano dziwacznie, ale w efekcie mamy jakość koloru, głębi i światła jak z wycieczki do Egiptu uwiecznionej przez gorliwego amatora[1]. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;- Muzyka. Janusz Stokłosa postanowił nie iść wzorem swojego poprzednika Jerzego Matuszkiewicza, i zaproponował skromną ścieżkę muzyczną bez własnego pomysłu bo bazującą na nieciekawie zaaranżowanej popularnej melodii „Siekiera, motyka, bimber, szklanka”. Skutek tego jest opłakany bo jak pamiętamy, muzyka Matuszkiewicza od razu sugerowała jakość dowcipu serialu a ten szlagier sprzed 60-ciu lat kojarzy się raczej z dowcipem w stylu –„chluśniem, bo uśniem a potem walim Niemca”. Śmieszne?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;- Kostiumy oraz casting są poważnym minusem nowego serialu. „Alternatywy 4” okazały się nieczułe na upływ czasu dzięki bohaterom reprezentującym różne warstwy społeczne. Był więc i robol i lekarz, i dozorca-konfident i profesor-opozycjonista czy tzw. „docent marcowy”. Każdy wyglądał na tego, kim był oraz miał stosowną twarz. Oglądając klasyczne dzieło Barei &lt;em&gt;et consortes&lt;/em&gt; nawet bez dźwięku, od razu można rozpoznać pochodzenie bohaterów. W tym przypadku odnoszę wrażenie, że niektórzy aktorzy przyszli na plan we własnych ubraniach[2] a podczas castingu zostali zatrudnieni znajomi. Dodam jeszcze, że jakość peruk kobiecych, wkładanych na przykład przez Stanisławę Celińską czy &lt;a href="http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/111974"&gt;Krystynę Tkacz&lt;/a&gt; jest wprost zbrodniczo kiepska.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;- Scenarzyści wymyślili także szereg nowych postaci bez widocznej funkcji dramaturgicznej. Śmieszna bywa szalona ekolożka (która zamawia pizzę z jęczmieniem i robi chleb na podłodze „bo bliżej Matki Ziemi”) oraz surowa żona policjanta. Dobrą robotę robi Tomasz Sapryk, który miał być odpowiednikiem Romana Wilhelmiego. Choć współczuję Saprykowi tej funkcji, bo to zadanie niewykonalne.&lt;br /&gt;Smutkiem napełnia natomiast oglądanie po latach Wojciecha Pokory, który na tyle zeszlachetniał z wiekiem, że po prostu nie jest w stanie udawać znerwicowanego padalca. Podobnie razi gra Kazimierza Kaczora czy wspomnianego Jerzego Kryszaka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Podsumowując – wszystko byłoby dobrze, gdyby nie: scenariusz, aktorzy, muzyka, zdjęcia i relatywnie mały komizm opowieści. A zatem, czy „Dylematu 5” może być alternatywą dla „Alternatywy 4”? Odpowiedź jest jasna.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;[1]&lt;em&gt; Przepraszam! Wiem że nazwa bloga zobowiązuje, ale swojej irytacji muszę dać ujście.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[2] &lt;em&gt;Przy tej okazji gratulacje dla Jerzego Kryszaka. Jego skórzany płaszcz wzbudziłby spazmy zazdrości na spotkaniu eks-oficerów Waffen SS.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;LINKI:&lt;br /&gt;&lt;/li&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;li&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;a href="http://www.film.org.pl/prace/alternatywy/alternatywy_main.html"&gt;Bardzo dobra strona o serialu "Alternatywy 4"&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/li&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;li&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;a href="http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34471,1044610.html"&gt;Artykuł z GW sprzed 5-ciu lat o fenomenie „Alternatywy 4” i korzeniach jego powstania.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/li&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;li&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;a href="http://www.alternatywy4.blog.pl/"&gt;Blog serialu „Alternatywy 4”&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/li&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;li&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;a href="http://www.stopklatka.pl/wywiady/wywiad.asp?wi=18349"&gt;Wywiad z Januszem Płońskim, współscenarzystą „Dylematu 5”.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/li&gt;&lt;ul&gt;&lt;/ul&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-6536255930653148140?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/6536255930653148140/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=6536255930653148140' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6536255930653148140'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/6536255930653148140'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/05/dylemat-jako-alternatywa-alternatywy.html' title='Dylemat jako alternatywa alternatywy'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-5406497787039940282</id><published>2007-04-28T11:26:00.000+01:00</published><updated>2007-05-04T09:49:09.857+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ten brzydki histeryk i rasista Huntington.'/><title type='text'>Ten brzydki histeryk i rasista Huntington!</title><content type='html'>&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjpBU2BvD0I/AAAAAAAAABA/4ADnzbPBoiw/s1600-h/KIM_JESTESMY.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5060428957660155714" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjpBU2BvD0I/AAAAAAAAABA/4ADnzbPBoiw/s200/KIM_JESTESMY.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Na początku 2007 roku Znak wydał książkę Samuela Huntingtona „Kim jesteśmy?”. Ameryka przeczytała ją 3 lata temu i poglądy słynnego politologa wzbudziły powszechne oburzenie. Choć trzeba dodać, że w swojej krytyce europejskie elity posuwały się równie daleko, jak niektórzy amerykańscy czytelnicy meksykańskiego pochodzenia. Do Polski docierają teraz odpryski tych debat, które zasługują raczej na miano pyskówek, bo tezy zawarte w „Kim jesteśmy?” nie doczekały się merytorycznej i pogłębionej analizy, tak jakby wszyscy uciekali od tej możliwości ile sił w nogach. Co sprawiło, że temperatura dyskusji tak podskoczyła?&lt;br /&gt;W największym skrócie: Samuel Huntington uważa, że największym zagrożeniem dla USA są miliony meksykańskich emigrantów, którzy osiedlają się przy południowej granicy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Kto i co zarzuca Huntingtonowi? Alan Wolfe na łamach „Foreign Affairs” ocenił styl Huntingtona jako histeryczny oraz zarzucił mu skupianie się na szczegółach, błędnie interpretowanych.&lt;br /&gt;Wywiad z „Die Weltwoche”[1], przedrukowany w „Forum” zawierał ciekawe pytanie:&lt;br /&gt;- Skąd pana obsesja na punkcie anlgoprotestantyzmu? Czy Pana przodkowie byli może wśród „ojców założycieli” – pierwszych pielgrzymów ze statku Mayflower?”.&lt;br /&gt;Duży artykuł w „El Pais”[2], otwarcie mówił demagogii, marnym pisarstwie i braku elegancji Huntingtona. Adam Krzemiński w „Polityce”[3] z większym zrozumieniem analizował książkę (jeszcze nie obecną w Polsce) i zarzucił autorowi że – „Miejscami jego wywód brzmi niczym wyznanie wiary jakiejś amerykańskiej Samoobrony lub Ligi Amerykańskich Rodzin.[…] Intelektualna porażka Huntingtona jest znamienna […]”.&lt;br /&gt;Carlos Fuentes, przywoływany najczęściej jako odpowiedź Huntingtonowi, a przedrukowany w „Rzeczpospolitej”[4] oskarżył politologa o rasizm i budzenie demonów.&lt;br /&gt;Wreszcie też w telewizyjnym programie „Rozmowy Studia Kultura"[5] Przemysław Wielgosz, redaktor naczelny polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” nie zostawił suchej nitki na książce, podtrzymując wszystkie mocne słowa wypowiedziane przez Fuentesa i dodając wiele od siebie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Huntington rozeźlony niepochlebną recenzją w prestiżowym „Foreign Affairs” tak podsumował swoje tezy. To książka o tożsamości Ameryki: w przeszłości Amerykanie definiowali się w kategoriach rasy, pochodzenia, kultury oraz ideologii.&lt;br /&gt;Jak pisze dalej - „Rasa i pochodzenie obecnie przestały się liczyć. Kultura i wartości pozostały istotne, ale jednocześnie przeciwdziałają im różne procesy. Od początku kluczowa dla amerykańskiej tożsamości była anglo-protestancka kultura pierwszych osadników. Czy Ameryka byłaby taka sama (i taka, jaką w dalszym ciągu pozostaje) gdyby w XVII i XVIII wieku osiedlali się w niej nie brytyjscy protestanci, ale Francuzi, Hiszpanie czy portugalscy katolicy? Odpowiedź brzmi: nie. Nie byłaby to Ameryka, ale Quebek, Meksyk czy Brazylia. Wśród kluczowych elementów dla tej anglo-protestanckiej kultury są język angielski, chrześcijaństwo, religijne zaangażowanie, rządy prawa w stylu angielskim, odpowiedzialność władzy oraz prawa jednostek, indywidualizm jako wartość, etyka pracy i wreszcie przekonanie, że ludzie mogą i powinni próbować stworzyć na Ziemi królestwo niebieskie.&lt;br /&gt;Ta kultura ewoluowała i zmieniała się dzięki wkładowi kolejnych imigrantów i pokoleń, ale jej podstawy nie zmieniły się. I to ona również jest źródłem podstawowych reguł politycznych, składających się na wiarę w Amerykę, co przedstawił Jefferson w Deklaracji Niepodległości.”[6]&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Wedle Huntingtona istota „amerykańskości” została ukształtowana przez pierwszych 300 lat kolonizacji kontynentu Północnej Ameryki. Napływ przybyszów z innych kręgów kulturowych był relatywnie krótki - Ameryka w XVIII wieku broniła się przed przybyszami z Niemiec, do XIX-ego wieku nie zezwalano katolikom na kandydowanie do Senatu i nie wpuszczano Chińczyków, a jeszcze w wieku XX ograniczano imigrację z Europy Wschodniej. Co więcej, nawet jeśli imigranci przybywali w większej liczbie, to „rozpuszczali się” w społeczeństwie nie tworząc wielkich, zamkniętych, samowystarczalnych społeczności. W ten sposób powstała Ameryka, jaką znamy dzisiaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejsze Stany Zjednoczone mają jednak nowy problem imigracji, nieporównywalny z niczym z przeszłości. To miliony Meksykanów, którzy przekraczają granicę zazwyczaj nielegalnie, budują gigantyczną szarą strefę, tworzą hermetyczne społeczności, nie asymilują się i – jak uważa dalej Huntington – nie przyswajają nawet języka angielskiego. Niebezpieczne według autora „Kim jesteśmy?” jest także to, że meksykańscy emigranci zasiedlają tereny niegdyś należące do Meksyku, co procesowi nadaje charakter swoistej re-konkwisty. Tym bardziej, że wielu z przybyszy, nie traci związków ze starą Ojczyzną, nie budując jednocześnie nowych z Ameryką. Skala napływu Meksykanów nie ma precedensu w historii Stanów Zjednoczonych. Do tej pory przyszło i przyjechało ich ok. 7 milionów a ciągle przybywają nowi. Podczas gdy fala włoskiej czy niemieckiej emigracji XX wieku zamknęły się w okolicy miliona a rzekomo gigantyczny napływ z Chin, mierzony w 2000 roku nie przekroczył zapewne 1 miliona 400 tysięcy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;W Ameryce zmagającej się z demonami przeszłości – rasizmem, wspomnieniem holocaustu Indian, niewolnictwa i Ku-Klux-Klanu te poglądy nie kojarzą się dobrze.&lt;br /&gt;Jednak, moim zdaniem Samuel Huntington nie formułuje tych uwag w tonie kulturowej wyższości (kulturowego rasizmu – jak wyraził się Przemysław Wielgosz). Huntington nie daje bowiem nigdzie wyrazu przekonaniu o wyższości chrześcijańskiej, protestanckiej kultury anglojęzycznych osadników nad innymi kulturami. Powodem, dla którego broni (co przyznaje) amerykańskiej tożsamości w kształcie przedstawionym, jest po prostu przekonanie, że jest ona względnie wyraźna, historycznie uzasadniona a dokonująca się przemiana ma niekorzystne skutki i jest niekontrolowana.&lt;br /&gt;Meksykanie przybywając nielegalnie pozostają poza kontrolą państwa, a to sprzyja przestępczości. Ich normy kulturowe i wzory postępowania (włącznie ze słynnym mańana) nie zgadzają się z normami otoczenia, hołdującego post-protestanckiej etyce pracy. Ponieważ zaś elity polityczne nie chcą lub nie umieją poradzić sobie ze zjawiskiem, więc ogół wyborców nieufnych wobec emigracji przestaje mieć także zaufanie wobec własnych polityków.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Gdzie, moim zdaniem, kończą się argumenty Samuela Huntingtona i zaczyna wyłącznie przemawiać wiara w niemożność pogodzenia emigracji z Meksyku z amerykańską tożsamością?&lt;br /&gt;Wychodzi z błędnych przesłanek. Trudno powiedzieć bowiem, skąd powziął przekonanie, że Meksykanie asymilują się znacznie gorzej niż inni imigranci. Twierdzi, że nawet w trzecim pokoleniu nie mówią oni po angielsku. Jest to nieprawda. Al Camarillo, amerykański historyk latynoskiego pochodzenia wytknął to Huntingtonowi, przytaczając dane, z których wynika, że w trzecim pokoleniu wśród Meksykanów tylko 4% mówi w języku przodków![7]&lt;br /&gt;Co dziwne też, krytykując niekontrolowaną imigrację z Meksyku, jako ulubiony przykład przytacza Florydę, która akurat jest zamieszkiwana przez uciekinierów z Kuby. Podobno, często faktycznie nie znają oni angielskiego i w swojej społeczności mogą funkcjonować, prowadzić biznes, urodzić się i umrzeć bez kontaktów ze światem anglojęzycznym.&lt;br /&gt;Huntington daje też wyraz niechęci wobec tzw. modelu multi-kulti. On za taki uważa społeczeństwo, gdzie każdy wie z jakiej kultury pochodzi, pielęgnuje tę tradycję i język i nie przejmuje obyczajów sąsiadów. Twierdzi dalej, że ku temu modelowi zmierza sytuacja w Ameryce. Jednak nawet wstępna socjologiczna intuicja przeczy tej niezrozumiałej wierze, że ludzie faktycznie mogą żyć obok siebie nie mieszając kultur. Tak się nigdy nie działo, nie dzieje i nie będzie działo. Nawet w katolickiej i szlacheckiej oraz antysemickiej Polsce Żydzi zostawili wielki ślad w kulturze – co wyraża się w języku i zapożyczeniach a nawet tradycji, by na Boże Narodzenie robić… karpia po żydowsku!&lt;br /&gt;W Ameryce, mimo historycznej segregacji rasowej i barier oddzielających niewolników od panów, dziś wedle badań genetycznych przeszło 90% procent białych Amerykanów ma geny typowe dla czarnej populacji afrykańskiej. Ludzie nie mieszają się? Naprawdę?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;W dwóch sprawach moim zdaniem Huntington ma rację. Faktycznie anglosaskie korzenie cywilizacji amerykańskiej są niepodważalne i widać to właśnie w dominującej etyce pracy oraz sferze prawa i polityki. Faktycznie też, niekontrolowana imigracja przynosi wiele szkód. Jedną z nich jest także to, że przy braku kontroli, wszystkie głupie lub podłe sądy i uprzedzenia na temat imigracji zaczynają nabierać charakteru samospełniającej się przepowiedni.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;[1]&lt;em&gt;Przedrukowany w „Forum” 19.o7.2004&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[2]&lt;em&gt;Przedrukowany w „Forum” 29.10.2001&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[3]&lt;em&gt;”Polityka” 05.06.2004&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[4]&lt;em&gt;”Rzeczpospolita” 05-06.03.2005&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[5]&lt;em&gt; TVP Kultura 16 kwietnia 2007 – miałem przyjemność prowadzić rozmowę.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[6]&lt;em&gt;”Foreign Affairs” Wrzesień/Październik 2004. Moje własne tłumaczenie.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[7]&lt;em&gt;W rozmowie z Arturem Domosławskim. „Gazeta Wyborcza” 25.11.2006 &lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-5406497787039940282?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/5406497787039940282/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=5406497787039940282' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5406497787039940282'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/5406497787039940282'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/04/ten-brzydki-histeryk-i-rasista.html' title='Ten brzydki histeryk i rasista Huntington!'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjpBU2BvD0I/AAAAAAAAABA/4ADnzbPBoiw/s72-c/KIM_JESTESMY.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-4918925328368250508</id><published>2007-04-24T22:59:00.000+01:00</published><updated>2007-05-03T21:18:29.022+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Największa teczka świata.'/><title type='text'>Największa teczka świata</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Ri8Z3WBvDxI/AAAAAAAAAAo/MPs0L-usB6g/s1600-h/ARCHIWUM_I.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5057289345156714258" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Ri8Z3WBvDxI/AAAAAAAAAAo/MPs0L-usB6g/s200/ARCHIWUM_I.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Kogo najbardziej powinni bać się szefowie wywiadów? Archiwistów. Rozgoryczonych archiwistów.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Taki jest morał historii Wasilija Mitrochina, pracownika KGB, który pewnego dnia zaczął wynosić z pracy tajne dokumenty. Wynosił tak 12 lat, od 1972 roku aż do pójścia na emeryturę w roku 1984-ym. Potem Mitrochin siedział na swojej daczy, sączył herbatę i jadł konfitury oraz w milczeniu patrzył jak trawa zarasta miejsce, w którym zakopał swój niebezpieczny skarb.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Tak minęło kolejnych 8 lat a ZSRR już nie było i Mitrochin nabrał odwagi. Któregoś dnia miał jej aż tyle, że wykopał część notatek, wsadził w teczkę wraz z kanapkami i pojechał na wycieczkę Estonii. Tam odnalazł ambasadę USA i zgłosił się mówiąc, że ma bardzo tajne sekrety do pokazania. Urzędnicy zachowali się bardzo fachowo– i jak mawia młodzież - „spuścili na bambus” czyli odprawili z kwitkiem wietrząc podstęp.&lt;br /&gt;Zaskoczony archiwista poszedł do ambasady Wielkiej Brytanii w Rydze. Wywiad MI6 szybciej poznał się na prawdziwej wartości oferty dziwnego turysty z Rosji. W zamian za dokumenty Mitrochin poprosił o wywiezienie go wraz z rodziną do Anglii. Spełniono jego życzenie i jakiś potem, dla wywiadu rosyjskiego nastąpiły trudne, bardzo trudne czasy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Jak to się stało, że stary Wasilij Mitrochin mógł wyrządzić takie szkody rosyjskim służbom specjalnym? Odpowiedź jest prosta – komunizm to sprawił. Cechą typową dla komunizmu i państwa totalitarnego jest przerost centralizacji oraz patologie zarządzania. Nie ominęły one również KGB (dzięki Bogu!) i któregoś dnia, dane wszystkich agentów oraz ich raporty zaczęły spływać do jednego miejsca – archiwum, w którym pracował jeszcze względnie młody Mitrochin. Trudno dziś jednoznacznie orzec czym się kierował, gdy po raz pierwszy złamał przepisy i przeczytał notatkę, której nie powinien był czytać. Może niesubordynacja wynikała z chęci zemsty na przełożonych, którzy nie dali mu wykazać się w terenie? A może sumienie kazało mu to zrobić? Nie dowiemy się tego nigdy – choć Brytyjczycy opiekujący się Mitrochinem do końca jego dni, dość chętnie rozpowszechniali wersję o jego szlachetnym sercu i takich też pobudkach działania.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Łatwiej już uwierzyć, że gdy archiwista dotarł do dokumentów jawnie wykazujących bezprawne działania totalitarnego państwa, mogło w nim zadrżeć serce. Według Christophera Andrew, historyka opracowującego dokumenty, tak właśnie się stało, gdy Mitrochin czytał o gigantycznej akcji tajnych służb, mającej na celu zniszczenie i wpędzenie w chorobę psychiczną Sołżenicyna. Setki agentów, konfidentów i lekarzy- analityków pracowało wiele lat, by dysydencie i jego żonie obudzić fobie, podsycić je i rozwinąć w autentyczne szaleństwo. Czytając zapis tych działań, trudno czuć się komfortowo i wierzyć oficjalnej propagandzie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Przez te 12 lat, gdy Wasilij Mitrochin czytał, kopiował i wynosił, był on jednocześnie prawdopodobnie jedynym człowiekiem w całym ZSRR, który naprawdę miał pojęcie o tym, jaki charakter miał ten reżim. Do niego spływały często jeszcze nieocenzurowane raporty, notatki i plany. KGB bowiem niekiedy przekazywało członkom najwyższych władz informacje w sposób oczywisty nieprawdziwe – archiwum Mitrochina zawiera dokumentację wielu takich przypadków. Wiedząc o obsesjach, słabościach charakteru i rozgrywkach członków Politbiura, służby specjalne na przykład: utwierdzały najwyższych przywódców w mylnym przekonaniu, że ich wystąpienia są szeroko i żywo komentowane na całym świecie. Cenny czas agenci poświęcali na fabrykowanie i dostarczanie dowodów żywego zainteresowania przemowami Breżniewa, rzekomo pojawiającymi się na calutkim świecie. Służby specjalne również nigdy nie odważyły się podważyć przekonania Andropowa, że faktycznie syjoniści w wielkim spisku zagrażają Ojczyźnie Proletariatu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Ri8Z9GBvDyI/AAAAAAAAAAw/Ru9ir3ihOFA/s1600-h/ARCHIWUM_II.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5057289443940962082" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Ri8Z9GBvDyI/AAAAAAAAAAw/Ru9ir3ihOFA/s200/ARCHIWUM_II.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;W wyniku dokładnej analizy archiwum Mitrochina CIA, MI6 oraz inne zaprzyjaźnione służby wykryły wielu długoletnich agentów radzieckiego, a potem rosyjskiego wywiadu. Jednak lektura obydwu tomów książki nie zdradza żadnych rewelacji czy faktów zupełnie zmieniających nasze myślenie o świecie. Jeśli takie informacje tam były, to najwidoczniej Brytyjczycy postanowili zachować je dla siebie.&lt;br /&gt;Raporty KGB pokazują, że ekipa generała Jaruzelskiego była wiernym i posłusznym sojusznikiem ZSRR i sugerują, że naczelnym jej celem w 1981 roku było utrzymanie władzy, tak aby Rosjanie nie wymienili ich na bardziej twardogłowych. Towarzysze radzieccy przy pomocy tajnych służb intensywnie penetrowali Polskę, zawierali konieczne kontakty, szukali ewentualnych sprzymierzeńców w SB i partii. Pośrednio ten stan potwierdził w swoich wspomnieniach generał Kiszczak, gdy pisał o ludziach, których podejrzewał o bycie wtykami KGB lub też inspirowanymi przez radzieckie służby. Choć warto dodać, że Kiszczakowi zależy na takim wrażeniu, bo wygodnie byłoby twierdzić i sugerować, że to „frakcja betonowa” doprowadziła do morderstwa księdza Popiełuszki, by zdestabilizować sytuację w kraju i wymienić władców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Archiwum Mitrochina potwierdza też fakty, których domyślało się wielu. Nie jest zaskoczeniem, że ZSRR finansował lub wspierał lewicowe, anty-amerykańskie ugrupowania terrorystyczne na całym świecie. Nie jest tajemnicą, że członkom Politbiura zależało na rozszerzeniu wpływów ideologii komunistycznej w Ameryce Południowej czy Bliskim Wschodzie. Natomiast lektura ujawnia mnóstwo drobniejszych zdarzeń i przypadków, niesłychanie ciekawych i wzbogacających detalicznie naszą wiedzę o świecie. Na przykład: Salvador Allende był na liście płac KGB i regularnie pobierał pensję oraz był niesamowitym kobieciarzem, lub też że w zachodniej Europie istniała sieć tajnych skrytek, gdzie składowane były broń i dokumenty a wszystko zabezpieczone było ładunkiem wybuchowym. Ciekawe też jest, jaką wagę przykładały radzieckie służby do tego, by prowadzić częste akcje dezinformacyjne wzmacniając anty-amerykańskie postawy i poglądy, również wśród obywateli amerykańskich. Rozpowszechniano więc (jak się okazuje nieprawdziwe) informacje o tym, że chilijskie szwadrony śmierci Pinocheta mordują w USA swobodnie i za porozumieniem z CIA uchodźców ze swojego kraju. Wiele, wiele gazet w to uwierzyło i daje do myślenia, gdy Andrews podlicza, że w tym samym czasie najbardziej opiniotwórcze media amerykańskie dużo chętniej zajmowały się bezprawiem reżimu Pinocheta, niż autentycznym holocaustem w komunistycznej Kambodży.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Ponieważ historia wywiadów i walki tajnych służb to taka gra w szachy przy planowaniu z wyprzedzeniem wielu, wielu ruchów, warto więc postawić dwa pytania. Co ujawnili Brytyjczycy i jak wielkie były straty Rosjan?&lt;br /&gt;Czy do pomyślenia jest, aby wywiad MI6 dopuścił się paru wdzięcznych fałszerstw w dokumentacji przekazanej Andrewsowi? Czy umiemy sobie wyobrazić radzieckich „szpionów” planujących wielką akcję dezinformacyjną na Zachodzie przy pomocy jakiegoś starego archiwisty oraz akt sprzed 8 lat?&lt;br /&gt;I jedno i drugie jest możliwe. Choć raczej to pierwsze, niż to drugie, bo gdyby komuniści byli tak przewidujący oraz inteligentni, to w dalszym ciągu mielibyśmy dwa kanały w telewizorze.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-4918925328368250508?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/feeds/4918925328368250508/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3192879165626411785&amp;postID=4918925328368250508' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/4918925328368250508'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/4918925328368250508'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/04/najwiksza-teczka-wiata.html' title='Największa teczka świata'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/Ri8Z3WBvDxI/AAAAAAAAAAo/MPs0L-usB6g/s72-c/ARCHIWUM_I.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3192879165626411785.post-1799548718563150032</id><published>2007-04-24T22:15:00.000+01:00</published><updated>2007-05-04T09:48:22.700+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Noblista na kozetce. &quot;Chłopięce lata&quot; J.M Coetzee'/><title type='text'>Noblista na kozetce</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjpMimBvD1I/AAAAAAAAABI/INzO7kVFhfc/s1600-h/CH%C5%81OPI%C4%98CE_LATA.jpg"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5060441288511262546" style="FLOAT: left; MARGIN: 0px 10px 10px 0px; CURSOR: hand" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjpMimBvD1I/AAAAAAAAABI/INzO7kVFhfc/s200/CH%C5%81OPI%C4%98CE_LATA.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Nobla zdobył raz, nagrodę Bookera dwa razy. Z wykształcenia był najpierw matematykiem i anglistą. Potem dopiero zdobył dyplom jako literaturoznawca. John Maxwell Coetzee jest pisarzem za życia słynnym i kultowym.&lt;br /&gt;Warto dodać, że w Polsce prawie nikt nie wymawia jego nazwiska zgodnie z zasadami wymowy języka afrikaans. Mówimy najczęściej &lt;em&gt;kutsi&lt;/em&gt;, co jest błędne, bo jak naszej redakcji doradziły panie ze Znaku (wydawnictwa publikującego kolejne książki Coetzee’ego) wymawiać należy &lt;em&gt;kutsije&lt;/em&gt;[1]. 20 maja, z dziewięcioletnim opóźnieniem do rąk polskich czytelników trafiły „Chłopięce lata”[2], pierwsza z serii autobiograficznych pozycji w dorobku pisarza. Od razu aż kusi, by w tej historii mrocznego dzieciństwa, naznaczonego poczuciem osamotnienia i strachem przed przemocą, dostrzec klucz do twórczości Coetzee’ego (a jeśli nie klucz to przynajmniej taki mały wytryszek).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Na łamach „Gazety Wyborczej”[3] przestrzegał przed tym Jerzy Jarniewicz. Jak pisze Jarniewicz: „Dzieciństwo przywołane przez południowoafrykańskiego noblistę kończy się definitywnie, nie zapowiada późniejszych literackich dokonań, a przede wszystkim nie ma edeńskiego charakteru […] W swoim zapisie wspomnień z dzieciństwa nie próbuje przekonać ani siebie, ani czytelników, że jesteśmy świadkami wykluwania się samoświadomej osobowości artystycznej, przyszłego pisarza…”.&lt;br /&gt;Swoją tezę o nieprzydatności „Chłopięcych lat” jako materiału do swoistej psychoanalizy literatury Coetzee’ego, Jerzy Jarniewicz dodatkowo wzmacnia – „W tej symbolicznej scenie, chłopiec wsiada po pogrzebie do karawanu i jedzie nim do domu. Coetzee wydaje się tu mówić wprost: ten świat jest definitywnie pogrzebany. Pogrzebany zostaje też jego bohater, o którym Coetzee pisze zawsze w trzeciej osobie, jakby chciał powiedzieć: to już nie jestem ja.” &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Wypada się nie zgodzić ze doktorem Jarniewiczem, choć czynię to z drżeniem, bo autor to wszak wybitnie kompetentny w dziedzinie literatury anglojęzycznej.&lt;br /&gt;Po pierwsze, szlachetna zasada nie mnożenia bytów ponad potrzebę nakazywałaby odczytywać całą książkę w sposób bardziej dosłowny a nie symboliczny. Dopiero gdy próba odczytania powieści w sposób realistyczny nie powiedzie się, sięgajmy po inne narzędzia.&lt;br /&gt;Po drugie, doświadczenia dziecka, którego „Chłopięce lata” obserwujemy wraz z narratorem, dość dobrze wyjaśniają parę fundamentalnych cech świata innych książek Coetzee’ego. Poczucie osamotnienia, bunt, strach przed przemocą oraz żądanie wolności do samookreślenia to emocje czy postawy, które mały Coetzee dzieli z dorosłymi, lub nawet starymi bohaterami np.: „Hańby” czy nawet „Elizabeth Costello” (choć w tej ostatniej jest to samotność pisarza, nie porównywalna chyba z samotnością nawet długodystansowca). Rozwinięte oraz pokomplikowane, zgodnie z logiką dojrzewania i dorastania, niemniej jednak mogą więc widoczne korzenie w biografii pisarza.&lt;br /&gt;Wrażliwe dziecko zderzając się z brutalnym światem apartheidu, klasowego społeczeństwa neo-kolonialnego reaguje przekorą, sprytem, chłonąc grozę otaczającego świata z jednoczesną ciekawością i strachem. Zadziwiająco przypomina w tym sędziego, głównego bohatera przepięknej opowieści „Czekając na barbarzyńców”. Jednocześnie nie skarży się nikomu na ten przymus przebywania wyłącznie w świecie własnej wyobraźni i spostrzeżeń – co dodatkowo przypomina już styl bycia samego pisarza, słynnego z wielkiej niechęci do wywiadów, rozmów i autoprezentacji.&lt;br /&gt;Pełna zgodność tonu „Chłopięcych lat” oraz innych pozycji wybitnego Południowoafrykańczyka pozwala zarysować następującą alternatywę. Albo autor dał upust fascynacjom tym samym co zawsze - i nie mają one szczególnego oraz bezpośredniego związku z jego biografią. Albo, tak jak cała literatura Coetzee’ego, tak i ta książka jest efektem przetworzenia osobistych doświadczeń, w tym również z okresu dziecięctwa oraz dojrzewania. Prawda, że nie brzmi to kontrowersyjnie? &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Adam Gawęda, krytyk literacki, w wypowiedzi dla TVP Kultura zauważył natomiast następującą rzecz – jak na wspomnienia z dzieciństwa, są one mocno zracjonalizowane i pozbawione klasycznych elementów z tego okresu życia. Brak tu szaleństwa, beztroski, figlów i zabawy. Dziecko – bohater jest w zasadzie takim małym dorosłym. Dla Gawędy te wspomnienia nie są więc wiarygodne. Coś na rzeczy jest i z tego powodu, z „pewną nieśmiałością” należy szukać psychologicznego uzasadnienia wizji „Chłopięcych lat”. Widać, że zostały one przetworzone i nikt, poza samym Coetzee, nie wie w jakim stopniu.&lt;br /&gt;A może i nawet on sam już tego nie wie, bo przecież w życiu każdego człowieka nadchodzi ten moment, gdy autentyczne wspomnienia zostają zastąpione przez wspomnienia wspomnień – takie kopie, a potem kopie kopii. Warto jednak zauważyć, że bohaterem w tej książce nie jest dzieciątko, ale chłopczyk dojrzewający, odczuwający już wpływ hormonów i dający wciągać się w gry o władzę. Nie taki więc mały. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Filip Bajon, reżyser i miłośnik dobrej literatury, w telewizyjnej rozmowie, którą miałem przyjemność moderować, zwrócił uwagę właśnie na ten wątek walki o przywództwo. Rozgrywa się ona i w szkole i w rodzinie. Pamiętając o oryginalnym tytule książki „Boyhood”, co można tłumaczyć jako „Chłopięctwo” lub też „Wiek chłopięcy”, wydaje się to trafne – wszak cechą nieodłączną tego akurat okresu w życiu młodych samczyków jest ciągłe ćwiczenie w tym, jak zdobyć wyższe miejsce w hierarchii stada. Chłopcy zmagają się, przewalają, turlają, gnębią i dominują z łatwością wprost przerażającą, czasem okrutną[4]. Tego zwierzątka w sobie, by nie użyć mocniejszych słów, człowiek nie nigdy nie wyruguje i to także widać w innych książkach Coetzee’ego. Chłopięctwo, to czas w którym tożsamość i charakter dopiero się budują (jak nazywają to specjaliści „socjalizacja pierwotna”) i o tym, ta książka również mówi. O wolności wyboru kim jestem i kim będę. Wolności, której autorytarne, kastowe społeczeństwa pozbawiają. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;W tym samym programie, Paulina Reiter publicystka i redaktorka „Wysokich obcasów” podzieliła się osobistym wrażeniem, jakie na niej robi fakt dzielenia się pisarza seksualnością starego człowieka - łamania tabu dotyczącego tej seksualności. To typowe dla Coetzee portretowanie ludzi – wielowymiarowo, bez tajemnic i bez poddawania się sentymentom. Eksplorując wątek seksualności, robi to w taki sposób, że nawet chyba nawet pruderyjni czytelnicy uznają to za uzasadnione dramaturgicznie. W dużej mierze dzieje się tak dzięki oszczędnemu stylowi narracji, potrzebnemu by zwrócić uwagę na intelektualny aspekt przedstawianych zagadnień.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Styl więc dobrze odpowiada potrzebie filozofowania, naczelnej wg. mnie u Coetzee. Wspieram się tu także opinią prof. Michała Markowskiego, wyrażoną w „Dzienniku”[5], choć dotyczącą tylko powieści „Elizabeth Costello”. Prof. Markowski twierdzi (pozwolę sobie uprościć jego pogląd), że Coetzee rozważa granice oraz konsekwencje stosowania alegorii w literaturze. Na mój nos, pisarz przestrzega przed zbytnim zaplątaniem w symbolikę, zbyt namolnym wyszukiwaniem drugiego dna powieści i ukrytych intencji pisarza. Mówi – czytajcie teksty wprost, nie zadając pytania, czy to faktycznie pogląd autora, bo jeśli idea jest dobra, to warta jest uwagi samoistnie. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;„Chłopięce lata” mogą więc być czystą ideą. Mogą, ale nie są, gdyż sam autor określił je jako utwór bazujący na jego przeżyciach. Rekonstruując natomiast na podstawie twórczości Coetzee swoistą „instrukcję obsługi” jego literatury, upewniamy się raczej, że to zapis w miarę wierny i godny czytania raczej dosłownie. Książka nie jest niezbędna do rozumienia pozostałych dzieł. Nie wnosi nic, czego uważny czytelnik nie mógł domyślić się sam o świecie idei wypełniających umysł Coetzee’ego. Jest po prostu dobra i dlatego warta przeczytania. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;br /&gt;[1]&lt;em&gt;Wiem, wiem. Niektórzy z Państwa spieszą mi powiedzieć, że Wikipedia podaje ten pierwszy wariant wymowy. Pytanie tylko, która Wikipedia? Bo angielska i polska faktycznie obstają przy kutsi, ale już niemiecka czy japońska wcale nie (japońskiego nie znam ale w tej mierze ufam koledze, który przy mnie mozolnie literował znaczki a alfabet japoński trochę zna). Poza tym, bardziej niż Wikipedii wierzę Redakcji Językowej z Polskiego Radia, która także obstawała przy wersji kutsije.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[2]&lt;em&gt;„Boyhood – Scenes from Provincial Life” to tytuł oryginalny.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[3]&lt;em&gt;„Gazeta Wyborcza” z 24 kwietnia 2007 roku&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[4]&lt;em&gt;Zasługującą na mocniejsze potępienie niż wyrażone przez Słonimskiego, że „dzieci są zakałą ludzkości”. Sam to pamiętam i pewnie większość czytelników płci męskiej również.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[5]&lt;em&gt;„Dziennik” 1 marca 2006 roku.&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3192879165626411785-1799548718563150032?l=marcinsawicki.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/1799548718563150032'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3192879165626411785/posts/default/1799548718563150032'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://marcinsawicki.blogspot.com/2007/04/noblista-na-kozetce.html' title='Noblista na kozetce'/><author><name>Marcin Sawicki</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04758788378179029338</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_H4qw2BzDeds/RjpMimBvD1I/AAAAAAAAABI/INzO7kVFhfc/s72-c/CH%C5%81OPI%C4%98CE_LATA.jpg' height='72' width='72'/></entry></feed>
