4/26/2009

W gabinecie krzywych zwierciadeł


24 kwietnia 2009 w Krakowie, na festiwalu Off Plus Camera miała miejsce premiera filmu Xawerego Żuławskiego „Wojna polsko-ruska”, na podstawie książki Doroty Masłowskiej. Mimo że, widzowie festiwalu obejrzeli kopię filmu z jeszcze nie ostateczną wersją ścieżki dźwiękowej (co zdradził mi odtwórca głównej roli Borys Szyc) i tak od razu można powiedzieć, że rytualny wręcz zarzut wobec polskich filmów, że nic nie słychać – tym razem zarzut należy sobie darować.
W przypadku Żuławskiego, do pewnego stopnia chodzi o to samo, co w przypadku samej Masłowskiej. Debiut, czyli film „Chaos” bezdyskusyjnie był obietnicą sporego talentu. Pytanie natomiast brzmiało, czy nadejdzie też drugie, lepsze dzieło ugruntowujące pozycję młodego artysty czy młodej pisarki. Skromnym zdaniem piszącego te słowa, film udał się bardzo. I dlatego będzie trudno o komercyjny sukces. Niezwykle trudno.

O taki skandal i takie kontrowersje, jakie towarzyszyły pierwszym książkom Doroty Masłowskiej modlą się rzesze specjalistów od promocji i reklamy. Co prawda, po paru latach dobrowolnej emigracji pisarki na margines rzeczywistości medialnej nieco wygasł już żar sporów o jakość tej literatury. Niemniej jednak ekranizacja "Wojny polsko-ruskiej”, czyli debiutu Masłowskiej, postawiła Xawerego Żuławskiego przed wdzięcznym zadaniem „ujeżdżenia” literatury wyjątkowo niepokornej oraz budzącej emocje.

Debiut Doroty Masłowskiej w roku 2002 uczynił z młodej pisarki tarczę strzelniczą. Krytykom i osobom zajmującym się zawodowo literaturą powieść „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” przeważnie się spodobała, ale tak zwana publika gremialnie opluła dzieło[1]. Wydawca Masłowskiej, Paweł Dunin-Wąsowicz zjawisko to okreslił mianem elektoratu negatywnego, a ona sama rzecz skomentowała tak: „Wojnę polsko-ruską” kupiło dużo ludzi, bo było o niej głośno, wydali 30 złotych, po czym się zorientowali, że to nie była książka, którą przez całe życie chcieli przeczytać.” Gwoli rzetelności należy odnotować krytyczną recenzję Jarosława Klejnockiego na łamach Tygodnika Powszechnego (TP/20.10.2002) oraz negatywną opinię Rafała Ziemkiewicza (wyrażoną choćby w „Science Fiction”, nr.26 z maja 2003).

Kolejny utwór Masłowskiej „Paw królowej”, nagrodzony m.in. nagrodą Nike w roku 2006 był jak rzeka oliwy dolanej do i tak całkiem żywo płonącego ognia. Wydźwignięcie smarkuli na panteon rozjuszyło całe rzesze rodaków, którzy we właściwy sobie elokwentny sposób dowodzili – „Myślę, że nie słusznie dano jej NIKE! Nie zasługiwała na to.” , podpisano: ~hm[2]. Masłowska ostatecznie stała się dobrem wspólnym, a tysiące uwierzyły, że na literaturze znają się wystarczająco, by ocenić tę książkę.

Rzecz jednak wcale nie jest taka prosta. Masłowska sporządziła absolutnie postmodernistyczną w duchu grę literacką, która we właściwy dla tego nurtu sposób jest wieloznaczną zagadką, możliwą do odczytania na różne sposoby – zapewne w zależności od gustu czy wiedzy czytelnika. Najłatwiejszą do wychwycenia cechą prozy Masłowskiej jest język, jaki autorka stworzyła na podstawie współczesnego slangu zdegradowanej młodzieży, choć bywał on mylnie identyfikowany jako prawdziwy. Tymczasem analizy językoznawcze lub nawet zwykła uważna lektura pozwalają zauważyć, że bohater książki, czyli niejaki Silny posługuje się słownictwem chwilami zaskakująco bogatym, sięgając po archaizmy czy słowa typu „aberracja”[3]. To z kolei prowadzi do wniosku, że autorka nie stawiała sobie za cel wiernej dokumentacji dobrzej znanych jej znanych realiów życia na zdegradowanej prowincji polskiej, ale uczyniła z całości pewien symbol. Pytanie czego.

Książka Masłowskiej ze względu na swoją niezwykłą gęstość językową, gdzie zdania tworzą na podobieństwo buszu ścianę trudną do sforsowania, skrywa swoje znaczenia w rozmaitych grach, żarcikach i grepsach („samochód marki policja”). Film, z co najmniej paru względów musiał się stać bardziej uporządkowany, prostszy. Jeśli literatura Masłowskiej była niczym dżungla, to posługując się tą florystyczną metaforą film można porównać do ogrodu, z roślinnością już na tyle przystrzyżoną, że nagle widać alejki.

Żuławski zrobił film przede wszystkim o trudnej, toksycznej relacji w jakiej z mediami jest literatura a przy okazji świadomość współczesnego człowieka. Tak jak w książce, tak i w filmie występuje sama Dorota Masłowska, która teraz jeszcze wyraźniej funkcjonuje jako postać równorzędna fikcyjnym figurom literackim. To otwiera wdzięczne oraz z gruntu nowoczesne pytanie: kto tu jest naprawdę fikcyjny? Może Masłowska błyskotliwie antycypując swoje własne losy, sama od razu uczyniła autora książki bytem wirtualnym, nieprawdziwym, jakim i tak staje się każda publiczna osoba idąca na żer telewizji czy kolorowych pism plotkarskich. Skoro żyjemy w społeczeństwie, w którym autor czy autorka odpowiednio rozreklamowanego dzieła stają się równi swojej własnej kreacji, niech więc nastąpi w samym już dziele ich synteza.

Pisarka zręcznie wychwyciła ten proces, wkomponowała w tkankę książki, przy okazji krytykując banał narracji proponowanej przez media a następnie groteskowo przetwarzanej przez tubylców marginesu społecznego (do których w filmie zaliczona zostaje sama Masłowska). „Wojna polsko-ruska” jest więc jak nowoczesna instalacja artystyczna zbudowana z szeregu krzywych zwierciadeł, wzajemnie przekazujących sobie zdeformowany obraz. Ta konstrukcja została znakomicie pokazana w filmie. Rzecz jasna, nie jest to wątek w zupełności oryginalny.

Fernando Trueba[4], hiszpański reżyser kinowy i teatralny, a przy okazji w tym roku juror festiwalu Off Plus Camera, zauważył w filmie Żuławskiego podobieństwa do stylu Tarantino wskazując na surrealizm narracji, szybki montaż oraz przemoc przedstawianą w komiczny sposób. Tarantino jednak nie analizuje mediów oraz świata przez nich tworzonego. On żywi się samym kinem. W „Wojnie polsko-ruskiej” więcej podobieństwa, moim zdaniem, można doszukać się do słynnego filmu Oliviera Stone’a „Urodzeni mordercy”. Choć Stone stworzył płomienną w swoim brutalizmie krytykę mediów a Żuławski do spółki z Masłowską częstują nas dowcipną zagadką, co w czym się odbija i gdzie kończy się ten łańcuch powtórzonych grymasów.

Film prawie w całości spoczął na barkach jednego aktora, Borysa Szyca, który z tej arcytrudnej próby wyszedł zwycięsko. Jego Silny przykuwa uwagę, bawi i jest wiarygodny – o ile to słowo w ogóle jest adekwatne w stosunku do podwójnie nieprawdziwej roli (wszak w filmie odgrywa postać z książki). Tam gdzie daje się wychwycić pewna teatralność kreacji, tam moim zdaniem jest uzasadniona widocznie fikcyjnym charakterem roli, zamierzoną sztucznością języka oraz perypetiami fabuły.

Szyc przygotowując się do roli ciężko ćwiczył na siłowni budując imponującą muskulaturę osiedlowego bandyty, ale równie widoczne jest także i to, że aktorzy mieli zapewniony czas na skonstruowanie swoich ról i przećwiczenie ich z reżyserem. Absolutnie porywająca jest rola Soni Bohosiewicz jako Naty Blokus, młodej kobiety o manierach i aparycji rozjuszonego odyńca, w dodatku na głodzie narkotykowym. Szyc wspomniał mi, że w trakcie zdjęć nie mógł opanować śmiechu partnerując jej w paru scenach i musiał odwracać głowę, by ukryć rozbawienie. Godne odnotowania są także świetna rola Romy Gąsiorowskiej - Magdy, oblubienicy głównego bohatera oraz znakomita, prześmieszna epizodyczna rola Anny Prus - wiecznie się uśmiechającej studentki Ali.

Diagnoza Masłowskiej jest złowieszczo trafna i Xawery Żuławski na własnej skórze może odczuć o czym tak naprawdę zrobił film. To media wydadzą wyrok na ten film, wykreują go lub zniszczą a następnie pożywią się samym twórcą, tak jak poczęły już konsumować szanownego tatę reżysera, Andrzeja Żuławskiego (warty odnotowania skandalizujący wywiad dla gazety „Dziennik”25-26.04.09) . Krytycy czterech tygodników oraz trzech gazet, bo kraj mamy jak widać malutki, zadecydują czy „Wojna polsko-ruska” jest dobrym filmem. Werdykt zapadnie lada chwila, bo premiera 22 maja, za niecały miesiąc.








[1] Na stronie internetowej merlin.pl elokwentne i gniewne recenzje, nierzadko rozgoryczonych czytelników.
[2] Znalezione na forum onet.pl
[3] Patrz: M.Pabich "Ład utracony - o języku w "Wojnie polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej".
[4] Reżyser i producent filmu "Belle epoque" nagrodzonego w 1994 Oscarem w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego.

12/24/2008

Urok brodawki Naczelnika


„Autora po napisaniu powieści należy rozstrzelać” – powiedział Jacek Dukaj w trakcie spotkania w radiu TOK FM, w domyśle: by nie był zmuszany odpowiadać na pytanie, co dokładnie miał na myśli pisząc to lub owo. Jeśli jednak pisarza rozstrzeliwać po ukazaniu się książki, to pytanie po której z nich?
Oby nie zaraz po debiucie, bo wtedy sam Dukaj nie miałby szans napisać „Lodu”, powieści imponującej, trudnej do zaklasyfikowania, trudnej do opisania i z pewnością też do napisania. Pozostawia ona czytelnika jednocześnie w stanie szacunku a może i zachwytu nad jej wielowymiarowością, jednocześnie budząc też pewną irytację.

Zarzuty mogą być dwa. To powieść tak obfita w szczegóły, że potwierdza prawdziwość aforyzmu, iż przesyt rodzi niedosyt.[1] Proszę samemu rozstrzygnąć, czy to jednak nie komplement. To również literatura tak mocno umocowana w historii i w faktach, że paradoksalnie fikcja i fantastyka w tym tekście okazują się w większości przypadków tylko podkoloryzowaną rzeczywistością a nie interesującą metaforą.

„Lód” otrzymał nagrodę Kościelskich za rok 2008 oraz nominację do prawie wszystkich najważniejszych nagród literackich tego roku. To rzadki przypadek, gdy literatura naznaczona piętnem fantastyki zostaje tak doceniona. Recenzenci nazwali ją przede wszystkim „powieścią totalną”, a zatem m.in zawierającą w sobie wiele różnych gatunków; w tym wypadku: romans, powieść drogi, kryminał, powieść historyczną, esej filozoficzny, psychologiczny oraz elementy science-fiction. Fundamentem całości jest jednak eksperyment intelektualny, a mówiąc ściślej historiozoficzny. Akcja powieści rozgrywa w XX wieku, ale w świecie, którego historia potoczyła się inaczej.

Wszystko zaczęło iść odmiennym torem dokładnie 30 czerwca 1908 roku. Tego bowiem dnia, na Syberii, niedaleko rzeki Podkamienna Tunguska miała miejsce wielka eksplozja, będąca najprawdopodobniej efektem upadku jednego lub więcej meteorytów. Obiekt, a może obiekty z kosmosu, zostały nazwane Meteorytem Tunguskim i zapewne wcale nie dotarły do powierzchni Ziemi, wcześniej wyparowując w atmosferze. Jednak potężna fala uderzeniowa zostawiła wyraźny znak w postaci krateru i zniszczonych połaci lasu.

To zdarzenie staje się kluczem do świata „Lodu”. W nim jednak Meteoryt Tunguski przynosi na naszą planetę obcy pierwiastek chemiczny, którego właściwości stają się podstawowe z punktu widzenia dalszego rozwoju historii – Rosję ogarnia nowe zlodowacenie, powstają wcześniej nieznane gałęzie przemysłu oraz nauki, wielkie konflikty tlą się jedynie mizernym płomykiem zamiast ogarnąć cały glob a imperia skazane na upadek w świecie rzeczywistym trwają nadal. Zamiast rewolucji ulicami miast Cesarstwa Rosji przetaczają się przedziwne lodowce, fenomeny fizyczno-meteorologiczne zwane lutymi. Zastygły w lodzie XIX wiek nie przeobraża się kolejne stulecie, a skutkiem tego także nie powstaje wolna Polska.[2]

Ten konkretny aspekt powieści wzbudził szczególne zainteresowanie recenzenta Gazety Wyborczej Wojciecha Orlińskiego (GW 03/12/2007), którego zdaniem Dukaj wątpi w ten sposób w dziejową konieczność odzyskania przez Polskę niepodległości, czy tak w ogóle musiało się stać.[3]
Wydaje się jednak, że sam pisarz nie próbował wcale odpowiedzieć akurat na to pytanie. Jacek Dukaj w przywołanej już audycji radia TOK FM powiedział natomiast, że chciał pokazać drogę do niepodległości alternatywną w stosunku do polskiej tradycji: niepodległość wykupioną i wypracowaną zamiast tej wywalczonej. Jak dalej ujawnił w przywoływanej wyżej radiowej rozmowie, zależało mu także na przypomnieniu faktu często pomijanego w polskiej debacie na temat własnej historii, a mianowicie, że Rosja carska a w tym i Syberia, była też krajem sukcesu polskich elit przemysłowych, czy naukowych, nie zaś tylko miejscem kaźni oraz porażek kolejnych generacji powstańców.

Mit Sybiru jako „ziemi przeklętej”, polskiego locus horridus, na trwałe wpisał się w zbiorową świadomość, przesłaniając prawdę o różnorodności więzi łączących Polaków z tą krainą. Były to przecież związki złożone, niejednolite, bowiem zauralski ląd bywał od XVIII wieku często miejscem kary dla powstańców i spiskowców, ale jednocześnie dla wielu Polaków stawał się też przestrzenią realizacji marzeń o sukcesie na polu nauki, kariery urzędniczej czy ekonomicznej; nierzadko zresztą sami zesłańcy potrafili karzący wyrok z czasem obrócić w los w części przynajmniej spełnionego badacza czy przedsiębiorcy.” – jak we wstępie pracy „Polacy w nauce, gospodarce i administracji na Syberii w XIX i na początku XX wieku” pisze Jerzy Fiećko, znawca literatury tego czasu.[4]

Dukaj podąża tym tropem właśnie. Zainspirowały go przykłady wprost fantastycznych karier, jak ta Alfonsa Koziełł-Poklewskiego (twórca prawdziwego imperium gospodarczego na Syberii, „wódczany król Uralu”), być może również ta Witolda Zglenickiego (uczeń Mendelejwa, kluczowa postać dla rozwoju przemysłu naftowego w Baku i partner handlowy braci Nobel czy rodziny Rotschildów) czy na przykład kariera Andrzeja Wierzbickiego (dyrektor Towarzystwa Przemysłowców Królestwa Polskiego oraz ważna persona w Radzie Towarzystwa Fabrykantów w Petersburgu).

Zdaniem samego autora, „Lód” to także pierwsza w polskiej literaturze powieść będąca pochwałą kapitalizmu . Dodajmy, i to chyba wręcz w ortodoksyjnie pozytywistycznym duchu. Wszak genialna „Lalka”, która od razu przychodzi w tym momencie do głowy, ma wymowę pesymistyczną, będąc ostrzeżeniem przed klęską polskich elit oraz żydowską dominacją w handlu i przemyśle, co było wyrazem niewiary B. Prusa w lansowane przez niego wcześniej ideały pozytywizmu. Dukaja tymczasem fascynują polscy fabrykanci XIX wieku, działający w głębi Rosji, nie tracący polskiej tożsamości, fundujący ochronki i wydający wielkie kwoty na wszelkiej maści projekty charytatywne.
Jak to ujął w rewelacyjnie wprost adekwatnym wywiadzie dla Magazynu Gazety Wyborczej (27/09/2001) Piotr Wierzbicki, wnuk przywołanego już Andrzeja Wierzbickiego:

„W Petersburgu istniała wówczas bardzo liczna, zwarta kolonia polska. Przemysłowcy, finansiści, arystokraci, lekarze tworzyli świetnie zorganizowany, ekskluzywny, w znacznym stopniu zamknięty dla Rosjan krąg. […] Liczni z tamtejszych polskich przemysłowców inwestowali część zdobytych nad Newą fortun w przemysł na ziemiach polskich. Nierzadko zakładali oni nad Wisłą towarzystwa dobroczynne. Znany i bardzo w fabrykanckich sferach Petersburga i całej Rosji wpływowy przemysłowiec Stanisław Glezmer, pochodzący z Kielecczyzny, ufundował w Kongresówce Towarzystwo Gniazd Sierocych, które wyszukiwało dla sierot rodziny zastępcze i finansowało ich utrzymanie i wykształcenie. W Petersburgu wydawany był wpływowy tygodnik polski "Kraj", mający niemały wpływ na opinię publiczną nad Wisłą.„

Zbieżność poglądów Piotra Wierzbickiego z wymową powieści jest dalej idąca, w szczególności zaś, gdy mówi:

„To wcale nie jest pewne, czy nawet bez przewrotu bolszewickiego w zamęcie końca I wojny światowej nie wywalczylibyśmy Polski, mniejszej, ale jednak niepodległej. A poza wszystkim - jeśli państwo polskie miałoby powstać kosztem 50 milionów trupów, to ja dziękuję bardzo. Wtedy wolałbym jednak Królestwo Polskie w granicach demokratycznej Rosji.„[5]


Dukaj rozwija podobny, alternatywny wobec historii scenariusz, ale swoją uwagę skupia na Syberii, która faktycznie od stuleci rozwijała się inną drogą niż sama Rosja. Od pewnego momentu także wśród elit syberyjskich pojawiły się postawy izolacjonistyczne, które na wzór amerykański mogły doprowadzić do uniezależnienia się i tej kolonii. Tzw. obłastnicy działający na rzecz niepodległej Syberii wchodzili w sojusz z polskimi zesłańcami, czego efektem było nawet polskie powstanie syberyjskie roku 1833 - zwane także spiskiem omskim, pod przywództwem ks. Sierocińskiego i dr. Franciszka Ksawerego Szokalskiego. Śmiała wizja Dukaja, wizja Syberii o rozbuchanej gospodarce (wykorzystującej właściwości obcego pierwiastka, tungetytu), krainy o wielkich możliwościach na wzór amerykański i takich też stosunkach społecznych okazuje się nie owocem wyobraźni pisarza, ale pomysłem wydobytym wprost z relacji zesłańców.

Jak pisał Agaton Giller:

„W tej chwili Syberya jest u progu inne przyszłości. Nagłe zmiany we wszystkiem dają się spostrzegać. Ludność garnąca się z Moskwy, handel otwierający się z różnymi krajami, wywołują odmiany stosunków społecznych i pozbawiają Syberyę tej swobody, której surowe prawo despotyzmu i biurokracya nie mogła z powodu obszernych przestrzeni ograniczyć i wprowadzić na kolej, którą szły inne narody. Syberya ma wiele właściwych cech, które ją wyróżniają od właściwej Moskwy. Nie ma tu poddanych, szlachty ziemiańskiej; klasy społeczne mięszają się z sobą i nie dzielą tak stanowczo , jak w Rosyi. Większa swoboda handlowa i przemysłowa, większa tolerancya obcych zwyczajów i religii, wywołana przez zesłańców polskich, korzystnie mogą oddziałać na jej przyszłość. ”[6]

To świadectwo jest tym bardziej przekonujące, że pochodzi od człowieka niebywale ciężko doświadczone przez los, który na zesłanie szedł przykuty do żelaznego drąga i widział całe mrowie ludzkich tragedii, zesłańców oszalałych z rozpaczy i tęsknoty.

Główną figurą powieści jest ubogi matematyk i upadły hazardzista, Benedykt Gierosławski, który na zlecenie carskich władz wyrusza na Syberię. Tam ma odnaleźć ojca, rzekomo posiadającego tajemnicę kontroli lutych, owych przedziwnych lodowców. Gierosławski, zarazem narrator, komunikuje się z nami autentyczną polszczyzną historyczną, pełną zapomnianych już słów i zgodnie z nieobowiązującymi już zasadami ortografii.
Ministerstwo staje się „ministerjum”, obgryzanie paznokci „onykofagią” etc . Bohater „Lodu” nosi także bekieszę (moje ukłony dla tych Sz. Czytelników, którzy wiedzieli od razu, co to jest) a do towarzyszki podróży zwraca się słowami: „– Słuchaj Panna!”.
Starannie odtworzona, archaicznie brzmiąca polszczyzna pełna jest także rusycyzmów i aż skrzy się od neologizmów (piękny to paradoks stworzyć archaiczny neologizm, prawda?) znakomicie współbrzmiących z jej zabytkowym charakterem.

Ponieważ elementem różniącym świat powieści od tego rzeczywistego jest zlodowacenie, więc tu otwiera się całe pole do tworzenia takich „chłodnych” wynalazków słownikowych. Mamy więc i wspomniane „lute”, czyli błyskawicznie wędrujące i zabójczo mroźne lodowce, i „soplicowa” – skupiska lutych, i „zimnazo” na określenie żelaza hartowanego wielkim mrozem, czy wreszcie „choładnice” – fabryki zimnaza. Wszystkie one wydają się tym trafniej skonstruowane, im głębiej zajrzeć w ich etymologię . Co więcej, pisarz posunął się nawet do zręcznego tworzenia neologizmów rosyjskich, czego przykładem są nazwy przeciwstawnych obozów zwolenników i przeciwników zlodowacenia, a zatem „ottiepielników” i „liedniaków” (zapewne można to tłumaczyć jako „odwilżeńców” oraz „lodowników”). Aż żal, że wizja literacka nie ma szansy się ziścić, bo wtedy dukajowe „zimnazo” stanęłoby obok długopisu, samolotu czy samochodu – pięknych polskich słów stworzonych by nazwać rzeczy, również wcześniej nie istniejące.

Benedykt opowiada nam całą swoją podróż tak, jakby w zaufaniu dzielił się wszystkimi spostrzeżeniami i odczuciami a my otrzymujemy możliwość wglądu w psychikę drugiego człowieka, raczej oryginalną osobowość bohatera, który zdruzgotany porażkami życiowymi oraz zafascynowany filozofią Tadeusza Kotarbińskiego przestał być pewien własnego istnienia. Owa niepewność siebie przejawia się w to zresztą w interesujący sposób, bo narrator zrzuca z siebie odpowiedzialność za własne czyny czy nawet myśli, od pewnego momentu relacjonując wszystko za pomocą imiesłowów: zrobiło się, pomyślało się, poszło się. Wewnętrzna przemiana bohatera i przejście od stanu poczucia niepewnej tożsamości do stanu, który ogół nazwałby normalnością jednocześnie ilustruje przemianę świata ogarnianego przez zlodowacenie.

W tym miejscu ponownie można postawić pytanie o faktyczną głębię metafory proponowanej przez pisarza. Dukaj drobiazgowo zaprojektował łańcuch zależności między fizycznymi właściwościami pierwiastka z kosmosu, tungetytu a społeczną wizją Rosji A.D. 1924, czy stanem psychiki Benedykta Gierosławskiego. Wszystko zasadza się na założeniu, że nowy typ energii, którym promieniuje tungetyt porządkuje materię, zmuszając atomy wszelkiej substancji do karnego ułożenia się twarde struktury. Tak jak dotyczy to stali, która po potraktowaniu chłodem lutych staje się zimnazem, tak samo dotyczy i ludzi, których choroby stają w miejscu, podobnie jak i wszelkie procesy przemiany osobowości. Ludzie zaś, niczym atomy zimnaza, utrwaleni w swoich skłonnościach stają się przewidywalni, obliczalni. Ma to generalnie pozytywny wpływ na jakość życia społecznego, bo wszyscy wiedzą, czego się wzajemnie po sobie spodziewać. Kłamcy kłamią, złodzieje kradną, inżynierowie projektują, rewolucjoniści spiskują, łapownicy biorą, policja inwigiluje itd. itp. W miejsce chaosu pojawia się gra interesów, idei i czytelny układ sił, dzięki któremu kapitalizm rusza pełną parą, rozsadzając zmurszałe struktury ostatniej nowożytnej monarchii absolutnej.

Tytułowy lód nie jest więc poetycką przenośnią, ale elementem eksperymentu myślowego, który wedle założeń skrajnego mechanicyzmu stany psychiczne, zjawiska społeczne i przebieg historii tłumaczy ruchami atomów. Dlatego z resztą „Lód” wypada kwalifikować jako literaturę z pogranicza science-fiction. Oczywiście nagła erupcja zimnego bogactwa i szybka przemiana społeczna carskiego imperium w powieści przywodzi na myśl zjawiska oglądane dziś, gdy napływ petrodolarów tchnął nowe życie w putinowską Rosję, ale Dukaj unika wikłania się w jakiekolwiek dalsze analogie. I to zaskakuje, bo mniej więcej do połowy powieści czytelnik trwać może w przekonaniu, że prawdziwa satysfakcja z obcowania z tą literaturą pochodzi z eksplorowania symboli, którymi zaszyfrowana jest historia lub współczesność, natura ludzi i społeczeństw. Tymczasem zakodowana jest zagadka tungetytu, dylemat logiczno-filozoficzny.

Swoją powieść Dukaj stworzył niczym jubiler, zegarmistrz i konstruktor fikcyjnego świata, pełnego detali. Są nimi świetne sceny, czasem dialogi, mnóstwo pejzaży i nazwiska prawdziwych osób oraz fragmenty nieznanych szerzej tekstów, jak prawdziwy list gończy za Józefem Piłsudskim z 1887 roku (to samo pytanie, co w przypadku bekieszy – kto z Państwa wiedział, że Naczelnik miał brodawkę na czubku lewego ucha?).


Im więcej erudycji wykaże czytelnik, im więcej wiedzy, pozwalającej docenić ogrom pracy dokumentacyjnej, która musiała towarzyszyć pisaniu, tym większa będzie satysfakcja z obcowania z tą powieścią.

Dlatego nasuwa się jedna, żartobliwa odpowiedź Pawłowi Duninowi-Wąsowiczowi, który wychwalając „Lód” na łamach tygodnika „Polityka” powiedział, że ta powieść jest tak bogata, że aż sam chciałby nią być. Otóż różnica między Panem, Panie Pawle, a tą książką najwidoczniej wcale nie jest taka wielka.
Czego sobie i Państwu życzę.







[1] Przesyt rodzi niedosyt - to aforyzm autorstwa Leszka Kumora.
[2] Absolutnie fascynującą uwagę dot. głównego założenia fabuły poczynił pewien internauta na forum gazeta.pl. Równie odważny scenariusz historii alternatywnej można jego zdaniem skonstruować bez uciekania się do idei nowego pierwiastka chemicznego. Wystarczyłoby założyć, że meteoryt tunguski spada nie o 00:17 lecz pięć godzin później, na Petersburg. Anihilacja stolicy imperium oraz elit w zasadzie kończy historię jaką znamy i zaczyna zupełnie inną.
[3] Tekst TUTAJ.
[4] Cytat pochodzi ze strony http://www.dziennikarzerp.wroclaw.pl/polacy.html
[5] Tekst wywiadu dostępny również na TUTAJ.
[6] „Opisanie zabajkalskiej krainy w Syberyi przez Agatona Gillera” t.3, s.16, Lipsk 1864. Książka dostępna na books.google.pl

10/08/2008

Niech nas Batman broni!


Powiedzmy to sobie szczerze, czy film o facecie, który biega, skacze i fruwa przebrany w sztywny, gumowy strój nietoperza może być dobry? Nie.
Jak to się więc stało, że Chris Nolan, reżyser i współscenarzysta filmu „Dark Knight” - siódmego już o przygodach Batmana - jednak zaoferował nam rzecz niespotykanej wręcz jakości?

Otrzymaliśmy opowieść, w której samego Batmana można interpretować jako symboliczną figurę nasyconą głębokim sensem, a jego przypadki stają się parabolą kilku najważniejszych problemów współczesnej Ameryki.

Wcześniej Nolan zrealizował opowieść o początkach Batmana – "Batman Begins" (2005) oraz m.in. bardzo smaczny kryminał „Bezsenność” (2002) z niewyspanym Alem Pacino w roli głównej. Głównie jednak Nolanowi wdzięczni jesteśmy za „Memento” (2000), niezwykle inteligentny i zaskakujący film opowiadany od końca a mimo to nie pozbawiony tajemnicy. To zamiłowanie do eksperymentów, zademonstrowane właśnie w „Memento” widoczne jest także w „Dark Knight”, bo tym razem Nolan (do spółki ze swoim bratem Jonathanem) z gruntu fantastyczną figurę Batmana po prostu obdarł z baśniowego kontekstu oferując zaskakująco realistyczną historię. Być może ta bezceremonialność wobec kultowego bohatera amerykańskiej pop-kultury wynika z faktu, że Nolan jest Brytyjczykiem?

Obsada filmu wyraźnie sprzyja temu projektowi. Drugi już raz w rolę przebranego mściciela wcielił się Christian Bale, młody przystojniak o ostrych rysach, który poprzednimi filmami wypracował sobie image twardziela targanego skrajnymi emocjami. Nie mógł więc dobrze komponować się z prostszą wizją superbohatera rodem z komiksu.
Poszukiwanie nie bardzo zgranych twarzy opłaciło się producentom filmu także przy obsadzie roli Jokera, a więc czarnego charakteru tej opowieści. W owej roli wystąpił Heath Ledger, młody i nie żyjący już aktor, któremu w świetnej kreacji nie przeszkodziła uroda blond efeba. W jego interpretacji szaleństwo destrukcji, które zawsze uosabiał Joker, jest tak uderzająco charyzmatyczne, że po prostu przestajemy zwracać uwagę na fizys aktora.

Warta uwagi jest takża obsada pozostałych ról: Aarona Eckharta jako prokuratora Harveya Denta oraz Maggie Gyllenhaal, czyli filmowej Rachel Dawes – byłej kochanicy Batmana. Eckhart dysponuje wręcz komiksową urodą, z twardą i mocno zaznaczoną szczęką a jednak to nie on otrzymał propozycję zagrania głównej roli. Podobnie też trochę wbrew urodzie w filmie występuje Gyllenhaal. Jej atutem są naturalna uroda oraz wdzięk, które czynią z niej zwykłą, sympatyczną dziewczynę nie zaś wybrankę miliardera, którym przecież Batman jest „z zawodu”. Obecność p. Gyllenhaal w filmie jest też miłym złamaniem konwencji obowiązującej w niektórych hollywoodzkich produkcjach, gdy w roli „zwykłych osób” obsadzane są zjawiskowo piękne gwiazdy, na widok których powinien stawać ruch uliczny a zapatrzeni mężczyźni wpadać na latarnie – tak się jednak nie dzieje. Dobrym przykładem takiej niewiarygodności była Kate Beckinsale w "Pearl Harbor" (2001).

Recenzentka gazety New York Times dostrzegła w filmie wiele nawiązań do współczesności, ale przestrzegała przed zbyt dosłownym jego odczytywaniem – “Like any number of small- and big-screen thrillers, the film’s engagement with 9/11 is diffuse, more a matter of inference and ideas (chaos, fear, death) than of direct assertion.” [1]

Jednak prosty zabieg maksymalnego streszczenia fabuły dość wyraźnie ukazuje jej sens: obrońcy ludzkości (na czele z Batmanem) usiłują zachować moralność, walcząc z niezniszczalnym terrorystą, który odebrać chce im duszę.
Cała reszta to bieganie, strzelanie oraz kobieta, która nie może żyć z kimś, kto w gumowym płaszczu biega non-stop za przestępcami, zamiast kupować kwiaty i czekoladki.

W tym momencie wypada powtórzyć słynne pytanie towarzysza Jasińskiego z serialu „Dom” – mówi to Panu coś? To przecież esencja problemu, jaki z terroryzmem ma Ameryka a wraz z nią cały tzw. wolny świat. Wielce wymowny jest ten moment w filmie, gdy Batman prosi policjantów o chwilę sam na sam ze schwytanym Jokerem. Rzecz jasna nie po to, by pogładzić go po włosach. Na marginesie, jest to ciekawy zabieg dramaturgiczny: z jednej strony mamy dość ograną scenę „prania na komisariacie” , z drugiej zaskoczenie jednak gwarantowane, bo tylko wczesny Batman z lat 40-ych XX wieku podobnie się zachowywał a tego przecież widownia już nie pamięta.

Zaskoczenie tym większe, że bicie związanego przeciwnika w filmach amerykańskich zarezerwowane do tej pory zarezerwowane było tylko dla mafii lub bohaterów o podobnym statusie etycznym. Nawet inspektor Callahan, czyli słynny „Brudny Harry” nie brudził sobie rąk krwią w ten sposób, zawsze dając przeciwnikowi szansę w walce.

Co więcej, o ile moralne zwycięstwo bitego nad bijącym, w filmie a pewnie i w życiu, z racji okoliczności nie bywa powodem do satysfakcji, to tym razem Joker wyraźnie cieszy się, zyskuje przewagę oraz osiąga swój cel. Udowadnia, że nie ma reguł, których nie można by złamać. Pokazuje, że cały świat wartości jest względny i nie ma ludzi, jednostek nieskalanych a wykazanie tej cynicznej prawdy było jego celem –„ This is what happens when an unstoppable force meets an immovable object”[2].

Batman w jeszcze jednym momencie pada ofiarą pokusy, by łamiąc wszelkie zasady rozprawić się z Najwyższym Złem reprezentowanym przez Jokera. Staje się tak, gdy za pomocą swoich pieniędzy oraz super wynalazków (słynny samochód, zwany bat-mobilem czy prawie tak samo słynny motocykl to tylko niektóre z nich) postanawia podsłuchiwać wszystkich mieszkańców Gotham City. Łapie co prawda wroga, ale przekracza pewną granicę, co uzmysławia mu Lucius Fox, jego przyjaciel i pracownik grany przez Morgana Freemana.

Na koniec jednak Batman nie może przegrać i „przejść na ciemną stronę Mocy”. Nie może, bo mimo pewnej aktualności filmu nie taka jest funkcja super-bohaterów. Nie może także, gdyż nie taką rolę odgrywa w scenariuszu. Batman uosabia nadzieję, że mimo bezwzględnych metod walki z terroryzmem można zachować duszę. Wielkim przegranym tej historii jest natomiast Harvey Dent, szlachetny prokurator. To on, zgodnie z nietzscheańską sentencją „jeśli zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie”, nie wytrzymuje presji i staje się potworem, wrogiem ludzkości, jak sam Joker. Jego klęska przypomina nam, że ofiarą wojny padają także zwycięzcy, w których głowach trwa ona bez końca.

Los samego Batmana nie jest do pozazdroszczenia. Znienawidzony przez tych, których miał bronić, w oczach społeczeństwa staje się wyrzutkiem, niechcianym strażnikiem. Jego postać staje się w ten sposób realistycznie dramatyczna, bo przecież podobna kolej rzeczy jest udziałem wszystkich rządzących, którzy nieopatrznie zdradzą rządzonym jaką cenę trzeba naprawdę płacić za spokój i dobrobyt. Winston Churchill ze swoim programowym cynizmem („Wierzę tylko w te statystyki, które sam sfałszowałem”) był Anglikom potrzebny do prowadzenia wojny, potem niewdzięczne społeczeństwo szybko mu podziękowało. Miliony obywateli wolnego świata nie chcą tak naprawdę znać brudnych sekretów tajnych służb ani metod, jakimi budowane są fortuny i potęga korporacji. I to zrozumiałe z punktu widzenia psychologii, bo przecież radosna czynność robienia zakupów nie może się łatwo wiązać z serią bolesnych wyborów czy wybrać produkt korporacji niszczącej dziewicze lasy nad Amazonką, czy też może tej drugiej, która zatruwa rzeki w Indiach a może jeszcze innej, wyzyskującej dzieci w Indonezji.

Filmowy porucznik Gordon (w tej roli Gary Oldman) ujmuje to tak: “Because he's the hero Gotham deserves, but not the one it needs right now...and so we'll hunt him, because he can take it. Because he's not a hero. He's a silent guardian, a watchful protector...a dark knight.[3]
Nie trzeba się wytężać by przyjąć, że ten punkt widzenia może być silnym argumentem w debacie politycznej, która toczy się nie tylko w USA ale nawet i Polsce. Ktoś będzie musiał wziąć na siebie polityczną czy formalną odpowiedzialność, jeśli kiedykolwiek zostanie bezsprzecznie potwierdzone, że na terenie naszego kraju znajdowały się więzienia CIA, w których torturowano schwytanych terrorystów. I nie ulega wątpliwości, że tylko akt terroru na polskiej ziemi (odpukać!) stałby się momentalnie okolicznością absolutnie łagodzącą to bezprawie. Łagodzącą tylko psychologicznie, bo przecież nie wynikającą z reguł prawa.

Bardzo dobre dialogi, obsada i gra aktorska a przede wszystkim inteligentne nawiązania do współczesności czynią z tej części przygód Batmana film wyjątkowy. Dzieło bez wątpienia będące przykładem masowej kultury, ale w jej najlepszym wydaniu. Film poprzez realizm odniesień tłumaczy oraz symbolizuje szereg istotnych problemów współczesności. Prowokuje do myślenia i samodzielnego poszukiwania argumentów na rzecz takiego lub innego stanowiska. Czy z faktu, że Batman zachował duszę i przetrwał brutalną walkę z Jokerem płynie dla nas nadzieja? Może wręcz przeciwnie? Może sens tego jest taki, że tylko komiksowi super-bohaterowie mogą przetrwać to, co jest udziałem współczesnych społeczeństw i pozostać sobą? Morał proszę wybrać samemu, zależnie od poglądów.

Kto nie widział w kinie już niebawem ma szansę zobaczyć na domowym odtwarzaczu. Premiera DVD 9 grudnia. Pod choinkę.





[1]„Tak jak wiele innych telewizyjnych czy kinowych dreszczowców i ten film pozostaje w luźnym związku z wydarzeniami z 11 września, wyciągając z nich wnioski czy budując wyobrażenia chaosu, strachu i śmierci a nie precyzyjne twierdzenia.” – tłum. własne (MS).
[2]„Oto co się dzieje, gdy nieskończona siła trafia na przeszkodę, nie do poruszenia” – tłum. własne (MS).
[3] „Jest bohaterem na którego to miasto zasługuje. Choć w tej chwili po prostu nie potrzebuje… Ruszy więc nagonka. Ruszy, bo on to wszystko zniesie. Ruszy, bo wtedy nie będzie już bohaterem. To nasz skryty obrońca, czujny strażnik… Mroczny rycerz” – tłum. własne (MS).

8/20/2008

Psychologia stalinizmu


Oto jedna z najbardziej niezwykłych definicji szczęścia - „Miałem szczęście, że mój ojciec nie został aresztowany, że moi nauczyciele szkolni byli doświadczeni i przyzwoici, ze nie walczyłem w kampanii fińskiej, że nigdy nie byłem ranny, że najtrudniejsze lata niewoli spędziłem u estońskich chłopów, że nie umarłem podczas pracy w kopalni niemieckiej, że nie zostałem rozstrzelany przez ustępujące oddziały SS, że nie torturowano mnie podczas przesłuchań, że nie umarłem podczas transportu do obozu pracy, choć ważyłem tylko 48 kilogramów przy wzroście 180 centymetrów, że znalazłem się w sowieckim obozie pracy, gdy Gułag nie był już taki straszny jak przedtem.

Te słowa pewnego radzieckiego weterana II wojny światowej, ciężko doświadczonego przez los, pokazują w jakim świecie przyszło żyć kilku generacjom obywateli ZSRR. Najciężej zostało doświadczone pokolenie roku 1923, a więc chłopców osiemnastoletnich w momencie wybuchu wojny. Spośród nich przeżyło tylko 3%.
A jednak czasy tej okrutnej rzezi a często i bezsensownej ofiary wielu Rosjan wspomina bardzo dobrze, jako najlepszy okres życia.
Co zatem sprawiło, że na tle realiów życia codziennego w Związku Sowieckim lata II wojny światowej wydają się chwilą ulgi?

Między innymi na to pytanie odpowiada Orlando Figes w swoich powszechnie docenianych „Szeptach” (Warszawa, 2008). Autor jest cenionym brytyjskim historykiem, ale mimo jego niewątpliwej znajomości tematu i biegłości, nie podołałby samodzielnie wielkiemu zadaniu jakie przed sobą postawił pisząc tę książkę. Powstała ona na bazie setek rozmów prowadzonych ze zwykłymi ludźmi, którzy wszyscy bez wyjątku albo wprost albo w bardziej metaforycznym sensie stali się ofiarami systemu stalinowskiego.
Dzięki temu, ale także dzięki obszerności prezentowanego materiału czytelnik ma uzasadnione wrażenie obcowania z historią autentyczną, którą sam Figes przeciwstawia relacjom pamiętnikarskim, wielokrotnie przetwarzanym, gdzie autentyczne wspomnienia zostały wyparte choćby przez zaczerpnięte z literatury wzory (to częste zjawisko jego zdaniem).

To ogląd komunizmu od środka, widzianego oczami jego ofiar i pozwala odczuć, a nie tylko zrozumieć grozę rzeczywistości radzieckiej lat 20-ych i 30-ych. Choć Figes nie jest psychologiem, stworzył pracę, która w istocie jest nie tyle historią społeczną ale wręcz historią psychologiczną, stawiając w centrum zainteresowań emocje i prywatny świat ludzi. Świat, który wystawiony był na potężne ciosy.

„Lubiłam czytać pismo dla dzieci „Murziłka”, które miało na okładce hasło: „Mamo, tato! Obalimy waszą władzę!”. Pismo wzywało dzieci, żeby zmieniły styl życia, połączyły razem wszystkie swoje zabawki i zorganizowały się w klub, podobny do pionierów. Przewodziłam dzieciom z naszej klatki schodowej. Czytałam na głos pismo i objaśniałam treść artykułów członkom mojego klubu. Administracja domu oddała nam piwnicę na zebrania klubowe. Obwiesiliśmy ściany portretami bohaterów rewolucji i przechowywaliśmy tam swoje zabawki” – s.24

Tak wspomina swoje dzieciństwo jedna z bohaterek „Szeptów”. I jest to dość dobra ilustracja zamiarów, jakie wobec rodziny z początku miała władza sowiecka. W połowie lat trzydziestych nastąpił jednak znaczący zwrot kursu, który Stalin wyraźnie anonsował w swoich przemówieniach. Kolektywne wychowanie dzieci czy kolektywne życie prywatne stały się mrzonką, nigdy nie zrealizowaną ideą, wyznawaną tylko przez fanatyczne środowiska, marzące o domach ze wspólnymi, wielkimi sypialniami, gdzie żyliby ludzie mając nawet wspólną pościel czy garnki. Ustrój osaczał jednak ludzi od innej strony, wprowadzając w ich życie ciągły strach przed wszechobecnym niebezpieczeństwem donosu.

Życie w lokalach komunalnych, gdzie w każdym pokoju zakwaterowana była inna rodzina, za ścianą żyły obce osoby, pozbawione było w zasadzie prywatności. Każda rozmowa mogła być podsłuchana, zadenuncjowana jako przejaw wrogiej postawy wobec ustroju a skutki tego były fatalne. To między innymi dlatego w życiu prywatnym, w języku intymnym zaczęła gościć nowomowa i język oficjalny. Figes pieczołowicie dokumentuje przykłady tego procesu. Cudzysłowy chronią w tekście autentyczne zwroty z epoki odnoszące się do postaw, najczęściej oznaczanych jako godne pochwały albo potępienia. Stąd wiemy, że od obywateli wymagano by byli „gotowi oddać życie za władzę sowiecką”, akceptowali „likwidację indywidualizmu”, postrzegali czas rewolucji jako „heroiczny okres”, brzydzili się „zgniłymi inteligencikami”, podporządkowali swoją ocenę rzeczywistości „niedosiężnej władzy” partii. A łatwo było zbłądzić! Wystarczyło mieć wątpliwości i dzielić się nimi z otoczeniem, by zagrozić „jedności partii” (lata 20-te), uprawiać „antysowiecką propagandę” (lata 30-te) czy nawet „siać defetyzm i zwątpienie” (lata 40-te). Wszak proletariuszy czekała tylko „świetlana przyszłość”, w której nie było miejsca dla „kułackiego rodu”, „sabotażystów”, „szkodników” czy wszelkich „dwulicowych elementów, które oszukują partię, które ukrywają przed nią swoje prawdziwe dążenia ”. Słowem zostać mieli tylko swoi – żadnych „obcych elementów”.
Prawdziwie szokujące jednak są obecne w książce przejawy tak zupełnego podporządkowania propagandzie, że z dzisiejszego punktu widzenia wydaje ono się niezwykle bliskie stanom głębokiego rozstroju psychicznego. Zapowiedzią tego jest już okładka „Szeptów”, na której widać fotografię, zapewne rodzinną, z wymazaną twarzą. Była to praktyka spotykana w rodzinach, w których bliscy wyrzekali się aresztowanych, odwracali się od nich, racjonalizując w ten sposób tragedię.

Och, jaki on dla mnie niepojęty! A jeśli tak, to jak bardzo nim gardzę, jak bardzo nienawidzę jego podłej i tchórzliwej, ale dla mnie niepojętej duszy!... Och, jak on umiał udawać!” - pisała w swoim dzienniku Julia Piatnicka próbując zrozumieć aresztowanie męża, wysokiego działacza komunistycznego.
Ale szczególnie łatwo wpływowi takiej propagandy poddawały się także dzieci, które szczególnie boleśnie odczuwając natychmiastowy stygmat rodziny „wroga ludu” darzyły aresztowanych rodziców niechęcią. Ofiary więc były nierzadko pozbawione wszelkiego wsparcia nawet po aresztowaniu, co między innymi pozwala zrozumieć dlaczego i one, mimo własnej krzywdy, nie umiały się wydostać z tego zaklętego kręgu kłamstwa propagandy. „Jakiż wstyd, że nic o tym nie wiedziałem […] Gdybym tylko wcześniej wiedział, jak nauka historii poszerza horyzonty i pozwala właściwie rozumieć generalną linię partii.” - tymi słowami błędów w swoich przekonaniach doszukiwał się skazany geolog Paweł Wittenburg.

Brak oparcia w rodzinie, brak oparcia w jakiejkolwiek instytucji, która mogłaby być konkurencyjna wobec władzy (bo wszystkie zostały wyeliminowane), to jednak tylko część możliwego wyjaśnienia dla tego zachowania. Zgodnie z przyjętą metodą pisarską i badawczą Orlando Figes konstruuje swój tekst tak, by dopiero czytelnik ocenił opisywane postawy pod względem etycznym i wyjaśnił ich przyczyny[1]. Może to być poczytywane za słabość książki. „Szepty” opowiadają o ludzkich emocjach, o tym jak życiem ludzi rządził strach, pozbawione są jednak próby wyjaśnienia pokazanych zjawisk z punktu widzenia psychologii czy socjologii. Czytelnik otrzymuje czasem szokujące a czasem intrygujące opisy postaw i zachowań, ale autor przeważnie nie pomaga ich zrozumieć.

Tymczasem wiele eksperymentów współczesnej psychologii stanowi interesujący kontekst dla opisywanych przez Figesa zachowań. Już sam głód gnębiący stalinowską Rosję co najmniej parokrotnie i to różne jej regiony, wydaje się pierwszą okolicznością sprzyjającą osłabieniu więzi społecznych. Właśnie wpływ głodu na zachowanie ludzkie był przedmiotem eksperymentu psychologicznego, który po II wojnie światowej przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych.

„Przez pół roku 36 ochotników w wieku od 20 do 33 lat głodowało, to znaczy dzienne zapotrzebowanie na pożywienie z około 3500 kalorii zredukowano im do 1570 (oczywiście zredukowano im nie zapotrzebowanie, ale dostarczane kalorie – przypis mój, MS). Mimo takich ograniczeń, stworzonych warunków nawet w przybliżeniu nie można było porównać z tymi, w jakich żyje wielu ludzi mieszkających w krajach Trzeciego Świata, na obszarach dotkniętych klęską głodu. Osoby badane znajdowały się pod bezustanną opieką lekarską, ich problemami zdrowotnymi zajmowano się natychmiast. […] Wzmożone zajmowanie się pożywieniem doprowadziło wkrótce do stopniowego zanikania innych zainteresowań i emocji. Głodujący stawali się wobec całego otoczenia coraz bardziej obojętni. Tracili poczucie humoru. Zmieniło się także ich zachowanie społeczne, wielokrotnie okazywali brak taktu. Mężczyźni coraz mniej przejmowali się swoimi przyjaciółkami, niektórzy nawet zupełnie zerwali istniejący związek. Ucierpiała na tym również moralność – niektóre osoby dopuściły się kradzieży pożywienia i innych rzeczy. ” - G.Mietzel „Wprowadzenie do psychologii” s.264, Gdańsk 1999


Inne słynne, klasyczne już dziś eksperymenty psychologiczne Milgrama (1965, 1974) oraz Zimbardo (1971) pozwalają zrozumieć dlaczego jak to możliwe, że miliony ludzi zadały tak niewyobrażalną krzywdę swoim współobywatelom. Pierwszy eksperyment badał podatność ludzi na wpływ autorytetu skłaniającego ich do zadania bólu obcym. Jak się okazało, zdumiewająco duża liczba ludzi gotowa była potraktować swoich bliźnich prądem o zabójczo wysokim napięciu, i to mimo wyrzutów sumienia, jeśli tylko tak kazał prowadzący eksperyment psycholog. Po wszystkim Stanley Milgram nie krył swego pesymizmu mówiąc:

„Dużo ludzi robi to, co się im powie, nie zważając na cel wymaganego od nich czynu i bez ograniczeń sumienia. Robią to w każdym razie tak długo, dopóki zakładają, że rozkaz wychodzi od uznanego autorytetu.” - G.Mietzel „Wprowadzenie do psychologii” s.287, Gdańsk 1999.

Jeszcze lepiej znany jest chyba eksperyment Philipa Zimbardo (1971), który studentów ochotników podzielił na dwie grupy, strażników i więźniów. Jak wiadomo, badacz szybko był zmuszony przerwać badania, gdyż uwolniony sadyzm oraz mechanizmy grupowego zachowania sprawiły, że całość stała się niebezpieczna dla uczestników. Tu trzeba wziąć pod uwagę fakt, że mimo całej wymowy sprowokowanych wydarzeń, warunki eksperymentu nawet nie umywają się do realiów okrutnego systemu stalinowskiego. Można więc powiedzieć, że Zimbardo stworzył burzę w szklance wody, gdy Figes opisuje kataklizm w skali tragicznie monumentalnej.

Ofiarami prześladowań w czasach stalinizmu padło zapewne ok. 25 milionów, nie licząc ofiar głodu ani II wojny światowej – jak pisze Figes we wstępie. Jedna ósma narodu została poddana opresji, co sprawia, że tylko terror Czerwonych Khmerów wydaje się zjawiskiem porównywalnych rozmiarów. Skrajne warunki, w jakich przyszło żyć milionom ludzi, w tym i bohaterom „Szeptów” sprawiają także, że społeczeństwo sowieckie czasów stalinizmu jest bytem, wobec którego niektóre pojęcia psychologiczne zdają się tracić sens. Sygnalizuje to i sam Figes, gdy powołuje się na brytyjską historyczkę Catherine Merridale, która pisze iż „pojęcie urazu psychicznego rzeczywiście nie stosuje się do Rosjan, jest im równie obce jak importowane maszyny, które zacierają się i odmawiają posłuszeństwa na syberyjskim mrozie” (s.514). [2]

Być może jednak jest to efektem problemu, który sygnalizuje choćby w swojej klasycznej pracy „Neurotyczna osobowość naszyc h czasów” Karen Horney. Wszak te same zachowania w ramach jednej kultury mogą zostać zakwalifikowane jako neurotyczne czy odbiegające od normy, podczas gdy w ramach innej kultury stanowią normę. Urazy psychiczne mogą więc manifestować się rozmaicie w ramach rozmaitych kultur oraz być wywoływane przez rozmaite czynniki.
Trudno też stosować niektóre pojęcia z dziedziny psychologii, bo szybko trafiamy na problem braku punktów odniesienia oraz kryterium normalności. Wszak w tamtym czasie i miejscu prawie wszyscy zmuszeni byli do skrajnych zachowań: w obronie życia, godności czy statusu. Inaczej mówiąc, gdy społeczeństwo jest chore, wtedy trudno zdiagnozować jego poszczególnych członków. Na przykładzie przywoływanej wyżej teorii Horney widać to szczególnie wyraźnie.

Jeśli mówi ona, że: „we wszystkich nerwicach można, nie znając dokładnie struktury osobowości, wyróżnić dwie cechy charakterystyczne: pewną sztywność reakcji oraz rozbieżność między możliwościami a osiągnięciami” (K.Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Poznań, 1997, s.17) to warto zauważyć, że „sztywności reakcji” lub nawet posłusznej sztywności reakcji od każdego obywatela oczekiwali sternicy totalitaryzmu i była ona wtłaczana za pomocą propagandy a wprost gigantyczna rozbieżność między oczekiwaniami a osiągnięciami była i jest do dziś największym zagadką oraz przyczyną klęski omawianego ustroju. W przewrotny sposób można więc dalej rzec, że idealnym obywatelem stalinowskiej Rosji byłby osobnik zaprogramowany do zachowań quasi-neurotycznych. Wszak, jak w innym momencie zauważa Horney:

„Może wówczas po okresie ogólnej pogardy dla ludzi nastąpić kult bohaterów; może się pojawić jednocześnie kult mężczyzn z pogardą dla kobiet, lub odwrotnie, można też zaobserwować ślepy podziw dla paru osób przy równie ślepej pogardzie dla reszty świata. „– K.Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Poznań, 1997, s.144

To przecież dość dobry opis podstawowych motywów propagandy bolszewickiej od lat 20-ych aż po lata kultu Stalina a potem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, z jej panteonem bohaterów w rodzaju Wasilija Zajcewa czy innych[3]. Jesteśmy więc w sytuacji, gdy cała kultura oficjalna miała cechy neurotyczne, zatem można założyć, że faktycznie trudno będzie w wielu przypadkach odróżnić ludzi po prostu indoktrynowanych od tych z nerwicą.

Figes dokładnie opisuje postawy, zachowania lecz stara się nie tłumaczyć. Choć chwilami jednak i sam ulega tej pokusie (której ulegną także przecież wszyscy jego bardziej dociekliwi czytelnicy). Zacytujmy:

„Psychoanaliza mówi, że ludzie mający urazy psychiczne mogą je przezwyciężyć, umieszczając swoje przeżycia w ogólnym kontekście, który nada im sens i cel. […] ofiary represji stalinowskich mogły tłumaczyć swoje doświadczenia życiowe za pomocą dwóch teorii i znaleźć dzięki nim jakiś sens w swoich cierpieniach. Są to: teoria przetrwania, którą odzwierciedlają wspomnienia byłych więźniów łagru – mówi ona, że to, co przeszli, stanowiło próbę charakteru, próbę zakończoną zwycięsko – i teoria sowiecka, w której uzasadnieniem cierpień był ideał komunistyczny, zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Narodowej albo bezprzykładne osiągnięcia Związku Sowieckiego.” – O.Figes „Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji”, Warszawa 2008, s. 536

Wypada się zgodzić z takim postawieniem sprawy. Tym bardziej, że owa prawidłowość łatwa jest do zaobserwowania nawet wśród ludów niepiśmiennych, gdy rytuał bolesnej czy długotrwałej inicjacji społecznej podobnie integruje plemię, będąc ważnym i cennym wspomnieniem dla jego członków. W przypadku obywateli ZSRR chodziłoby także o przeżycia z okresu II wojny światowej, która choćby w samym Leningradzie zebrała około miliona ofiar cywilnych. W innym słynnym mieście, Stalingradzie, z 850 tysięcy mieszkańców pozostała tylko garstka. Spis wykonany w 1945 roku wykazał tylko… 1500 mieszkańców[4]!

Jak się okazuje te lata niezwykłych wyrzeczeń i cierpienia w pamięci wielu Rosjan zapisały się lepiej niż całe dwudziestolecie międzywojenne. Z marszu można podać tu dwa wyjaśnienia owego fenomenu.
Po pierwsze, w tym czasie zelżał żelazny uścisk terroru komunistycznego. Propaganda zmieniła swoją treść, stawiając na pierwszym miejscu naród i jego ofiarność, nie zaś posłuszeństwo partii. Cały wysiłek ustroju został nakierowany na walkę z najeźdźcą oraz mobilizację mas. To dlatego m.in., jak podaje Figes: „[…] w styczniu 1943 kierownictwo partyjne przywróciło oficerskie epolety noszone przez carskich oficerów, znienawidzony symbol starego reżimu zniesiony po 1917 roku ; w lipcu egalitarnego „towarzysza” zastąpił „oficer”. Z Wielkiej Brytanii importowano złote galony i choć urzędnicy brytyjscy byli oburzeni, że muszą wysyłać takie zbytkowne ozdoby, bynajmniej nie miały one tylko dekoracyjnego znaczenia. […] W latach 1941-1945 żołnierzom sowieckim przyznano łącznie jedenaście milionów medali – osiem razy więcej niż żołnierzom amerykańskim. Żołnierz sowiecki otrzymywał odznaczenie już kilka dni po akcji, podczas gdy Amerykanie musieli zwykle czekać na nie pół roku” (s. 358). Bezpieka przestała być wszechwładna, czego wyrazem była na przykład decyzja o pozbawieniu komisarzy politycznych wpływu na dowództwo jednostek. A najciekawsze jest to, że gdy zelżał terror ludzie powszechnie zaczęli wypowiadać się w sposób zupełnie nie do pomyślenia parę lat wcześniej (podobnie pisze Beevor, „Stalingrad”, 1998).

Po drugie, jest też pewna interesująca okoliczność dla której wspomnienia wojenne mogą być milsze niż myśl o latach terroru stalinowskiego.

„Podczas drugiej wojny światowej u mieszkańców dość regularnie bombardowanych miast odkryto mniej oznak strachu i zaniepokojenia niż u ludności wiejskiej, która wprawdzie była atakowana z powietrza rzadziej, ale niespodziewanie (Vernon, 1941)” - G.Mietzel „Wprowadzenie do psychologii” s.332, Gdańsk 1999

Kluczowe jest tu słowo „niespodziewanie”. Porównując zagrożenie terrorem bezpieki oraz niebezpieczeństwo wojenne, to drugie jest zrozumiałe, do przewidzenia czy nawet do zracjonalizowania. Wojna w pewnym sensie tłumaczy śmierć i ofiarę. Rzadziej, ale niespodziewanie „atakowało” natomiast NKWD. I to jest przecież istota terroru. Uderzyć tak, by się bali. By żyli w strachu tak wielkim, jak ten mężczyzna opisany przez Figesa, co przez parę lat czekał nocami na aresztowanie siedząc w kuchni, ubrany w garnitur.Taki strach musiał przetrwać całe dziesięciolecia.

„Szepty” powstały dzięki współpracy Figesa z organizacją „Memoriał”, która od końca lat 80-ych zajmowała się dokumentacją zbrodni reżimu komunistycznego. Wywiady ze starymi ludźmi, którzy przez całe życie chowali głęboko pamięć o ciężkich przeżyciach ujawniły głęboko zakodowany strach sprzed półwiecza. Wielu z rozmówców otrzymało pierwszy raz w życiu możliwość podzielenia się swoimi przeżyciami, dokonując nierzadko bolesnego rozliczenia ze swoją słabości.
Książka ta stała się więc swoistą terapią przy pomocy historii. Przypadek to zaiste wyjątkowy.





[1] "Look, the days have - or should have - long passed when the historian stands in his Olympian position and tells you: this is what happened, this is what it means, this is what you should think about it. I structure my history in a literary way in which different readers can get different responses out of it.” - www.guardian.co.uk
[2] Należy jednak niezwykle ostrożnie korzystać z takich uogólnień, bo bywają one ufundowane na niezrozumieniu i lekceważeniu Rosji czy także szerzej Europy Wschodniej. Krytycznie i obszernie to zjawisko opisywał Norman Davis („Europa – między Wschodem a Zachodem”, Kraków 2007), a także Maria Janion („Niesamowita słowiańszczyzna”, Warszawa 2007).
[3] Na osobne rozważania zasługuje w ogóle kwestia, czy przypadkiem sama rewolucja nie była reakcją o podłożu właśnie neurotycznym. Biorąc pod uwagę biografie wielu rewolucjonistów oraz charakter stworzonego przez nich opresyjnego imperium, więcej uwagi domaga się choćby i ta obserwacja Horney: „U osób, u których dominuje pragnienie zdobycia prestiżu, wrogość manifestuje się zwykle w chęci poniżania innych. Skłonność ta jest najsilniejsza u osób, które zostały boleśnie zranione w swej godności, a które w efekcie szukają odwetu. Ludzie ci zwykle przeżyli w dzieciństwie wiele upokarzających doświadczeń związanych bądź z warunkami społecznymi, w jakich się wychowywali (na przykład przynależność do grupy mniejszościowej lub życie w biedzie, mimo że ma się jednocześnie bogatych krewnych), bądź z ich własną pozycją w rodzinie […]” – K.Horney „Neurotyczna osobowość naszych czasów”, Poznań, 1997, s. 143. Rewolucja manifestacją neurozy – ta metafora ma raczej rangę bon mot’u niż poważnej propozycji badawczej. Wskazuje jednak ponownie na wyżej zarysowany problem odróżnienia skrajnych zachowań dyktowanych sytuacją, od „normalnych” zachowań dysfunkcyjnych.
[4] Podaję za Wikipedią, patrz: http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_stalingradzka

7/23/2008

Marsz, marsz tatarski...


Tego filmu w polskich kinach nie było. Przemknął tylko niczym meteor na festiwalu Era Nowe Horyzonty w 2007 roku a niedawno miał swoją premierę na DVD. „Nomad” (2004) to w odróżnieniu od słynnego „Borata” prawdziwy film rodem z Kazachstanu. Utrzymana w poważnej tonacji eposu narodowego opowieść traktuje o początkach państwa i kształtowaniu się tożsamości etnicznej Kazachstanu. Do wyprodukowania tego filmu zatrudniono międzynarodową ekipę specjalistów, uznanych aktorów amerykańskiego kina akcji Jasona Scotta Lee i Marca Dacascosa oraz… Milosa Formana jako producenta!

Rzecz dzieje się w XVIII wieku, gdy koczownicze plemiona mówiące językami kipczackimi, zamieszkujące obszar dzisiejszego Kazachstanu opierały się agresywnym dążeniom mongolskich plemion, zwanych Dżungarami. Przepowiednia kazała wtedy chanowi Mongołów zabić syna kazachskiego sułtana, następcę tronu. Dziecko, które w przyszłości ma zjednoczyć skłócone plemiona Kazachów i odeprzeć najeźdźców zostaje uratowane przez tajemniczego mędrca – żołnierza (Scott Lee). Treść przepowiedni poznajemy już na początku filmu i potem, w zasadzie spokojnie, możemy oglądać jej ziszczenie. W trakcie ginie okrutny sługa mongolskiego chana (Dacascos).

Główne role powierzono aktorom o wyglądzie europejsko-południowym, obcym jak na Kazachstan. Patrząc na Kuno Beckera i Jaya Hernandeza trudno doszukać się w nich podobieństwa do kanonu urody azjatyckiej, który w roku 1660 sformułował inżynier Wilhelm Beauplan w słynnym dziele „Opisanie Ukrainy” –

„[…] Nie są oni wysocy, a najwyżsi z nich nie przerastają naszych średnich. Ludzie to raczej małej anieżeli znacznej postury. Są krępi, lecz o dużych członkach i wysokich a szerokich brzuchach. Mają potężne barki, krótkie szyje, duże głowy z niemal okrągłą twarzą, szerokie czoło, mało rozchylone, ale za to bardzo czarne i dość podłużne oczy, krótki nos, dość małe usta, zęby bieli kości słoniowej, cere śniadą, włosy bardzo czarne, a twarde jak końskie włosie.”[1]


Pomijając ten jednak skromny defekt, film sprawia wrażenie, jakby przekazywał prawdziwy pod wieloma względami obraz ówczesnej historii. To nie tylko zasługa pięknych kostiumów i scenografii, ale także efekt ścieżki dźwiękowej w języku kazachskim, którego oryginalne brzmienie fascynuje przez prawie dwie godziny.

Film miał powtórzyć sukces słynnych poprzedników tego gatunku, takich jak „Braveheart”, ale w zasadzie nawet nie wyszedł z niszy. W Polsce nikt go nie zauważył, bo rzecz pokazano tylko na festiwalu Era Nowe Horyzonty. W Ameryce rozmach produkcji zrobił wrażenie, ale recenzenci okpili wysiłki twórców filmu, nie doceniając praktycznie niczego[2]. Rozmiar kasowej porażki również był spory. Film kosztował około 40 milionów dolarów. Na rynku amerykańskim zarobił jednak tylko… 70 tysięcy[3]. W zasadzie trudno nawet o bardziej wyrazistą definicję klapy.

Klęskę można tłumaczyć na parę sposobów. Zacznijmy od tego, że w filmie nie ma żadnej postaci, która dla widza mogłaby być reprezentantem zachodniego świata czyli samego oglądającego. Zdarzały się co prawda produkcje, które miały ten sam brak a jednak odnosiły sukces, ale one z kolei wszystkie albo uwodziły niezwykłym estetycznym stylem opowieści, jak „Przyczajony tygrys, ukryty smok”(2000), albo rewolucjonizowały kino akcji nowymi pomysłami, jak było w przypadku serii filmów z Brucem Lee w roli głównej. Kolejnym problemem jest także to, że tylko wyrobieni odbiorcy dostrzegą uzasadnienie dla absolutnej przewidywalności rozwoju akcji. Oczywiście w większości filmów tego typu łatwo domyślić się, że w finałowej walce wygra ten dobry a nie ten zły, ale rzadko przydarza się, aby całe napięcie zostało rozładowane na samym wstępie; w tym wypadku przez nieomylnego mędrca (Jason Scott Lee), który prorokuje Mongołom klęskę a Kazachom wiktorię.
Wracając zaś dla uzasadnienia tego braku suspensu, problem zawiera się w pytaniu – czy gdyby ekranizowano opowieść o bitwie pod Cedynią, to obawialibyśmy się o zwycięstwo bohaterskich Polan pod przywództwem Mieszka i jego brata Czcibora?
Epos narodowy ma być opowieścią o szlachetnej odwadze, nie zaś z zaskoczenia chwytać za gardło.

Wreszcie też przyczyną oziębłości widowni może być też sceneria opowieści, czyli Kazachstan i jego mieszkańcy. Mimo, że jest przecież gdzieś w Azji, to nie zaludniają go przecież świetnie znani mnisi uprawiający kung-fu lub wojownicy z długimi mieczami w stylu samurajskim, ale koczownicy mieszkający w jurtach i po mistrzowsku posługujący się łukiem, szablą oraz koniem. Jak łatwo zgadnąć, w krajach gdzie sylwetka jeźdźca na koniu z szablą budzi skojarzenia miłe sercu, film pewnie przyjęty zostałby z większym entuzjazmem. I z tego powodu Polska staje tu w jednym szeregu nie tylko z Węgrami, ale też Turcją, Kirgistanem, Mongolią, Uzbekistanem, Afganistanem czy wszystkimi krajami Kaukazu.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że z dalekim Kazachstanem łączy nas tylko szabla i koń. Udokumentowane związki wojenno-polityczne sięgają co najmniej roku 1241, gdy z dalekich stepów tamtego rejonu przybyła do nas orda Batu-chana, zwana także Złotą Ordą lub Ordą Kipczacką i pod Legnicą rozgromiła polskie rycerstwo Henryka Pobożnego. Przez kolejne 400 lat potomkowie Złotej Ordy założonej przez Czyngis-chana gnębili Litwę, Ukrainę a czasem nawet wschodnie dzielnice Rzeczpospolitej. A gdy impet tatarski zaczął słabnąć, niepokój i fascynację polskiej szlachty budziło już Imperium Ottomanów, którego władcy posługiwali się podobnym językiem, co Kipczacy z rejonu dzisiejszego Kazachstanu.

Na marginesie, jak przypuszcza się słowa „Kozak” i „Kazach” mają tę samą etymologię[4]. Przytacza ją Maria Janion w książce „Niesamowita słowiańszczyzna” informując, że w języku tureckim qazaq znaczy „wolny człowiek”[5]. Nie jest to wcale koniec zapożyczeń w polszczyźnie z tureckiego. Słownik Języka polskiego PWN (http://sjp.pwn.pl/) podaje, że pochodzenia tureckiego są następujące słowa: arbuz, kawon, bachmat, bakalie, burka, buzdygan, chałwa, cybuch, czaprak, czambuł, dywan, jogurt, jasyr, jarmułka, kaftan, kawior, kołpak, kołczan, kurdesz, makata, ogier, surma, tabun, turban, tytoń, wataha. Jak widać, słownictwo dotyczące broni, ubioru, jedzenia i zwierząt a zwłaszcza koni.
Polska szlachta bardzo lubiła orientalną modę i wszelkie nowinki z dalszego Wschodu. We wspomnianej „Niesamowitej słowiańszczyźnie” Janion cytuje także historyka Neala Aschersona, który przypomniał, że w trakcie bitwy pod Wiedniem polskie oddziały tak dalece przypominały Turków, iż musiały nosić słomiane grzebienie by obrońcy miasta i ich nie ostrzeliwali[6]. Pomijając fakt bezpośredniego inspirowania się kulturą turecką, wpływ Imperium Ottomańskiego na kulturę Rzeczpospolitej Obojga Narodów można porównać do swoistego pasa transmisyjnego lub mostu, którymi przychodziły elementy kultur nie raz bardzo odległych.

Przykładem niech będą słowa pochodzenia arabskiego „bakalie” i „mohorycz”. To drugie pojawia się w interesującym fragmencie książki J.I.Kraszewskiego „Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy”, zatwierdzonej do druku przez carską cenzurę w roku 1839. Kraszewski tak opisuje jarmark na Polesiu:

„Liczne wozy ściskają się jedne koło drugich, a te, jak łatwo się domyśleć, stają się ogniskiem jarmarku, mianowicie przy karczmie, gdzie pożądany spija się mohorycz. Mohorycz jest to gdzieindziej zwany borysz, dodatek do ceny towaru, poczastka, bez której wieśniak nie przeda nigdy, a gdy kupujący odmówi, targ nawet zrywa.”[7]


W przypisach czytamy, że mohorycz z arabskiego znaczy „[…] dosłownie: wydatki, koszta; borysz (tatarskie) – poczęstunek; […] Mohoryczyć – oznacza „marudzić”, nie tylko jednak przy kupnie lecz także przy pierwszym przyjściu z wódką kawalera do domu, gdzie jest panna na wydaniu.” Ze słowami szły więc nie tylko stroje i praktyczna broń, ale i obyczaje.
Może właśnie dlatego Polak oglądając film „Nomad” nie ma wrażenia zupełnej obcości kultury kazachskiej a od razu nasuwają się skojarzenia tekstem, który masowemu polskiemu czytelnikowi od przeszło stulecia zapoznaje liczne elementy kultury Dalekiego Wschodu – mowa o Trylogii Sienkiewicza. Płonące sioła, chmary jeźdźców z szablami, czy nawet skośnoocy napastnicy o mongolskim wyglądzie, wydają się dziwnie znajomi w kontekście choćby „Pana Wołodyjowskiego” czy Tatarów Akbah-Ułana. Tym bardziej, że jednym z najsilniejszych symboli polskiej tradycji jest właśnie jeździec z szablą, zwany z tatarska „ułanem”.

Słowo to oznacza „rycerza” i dziwnym zrządzeniem losu ta formacja wojskowa nawiązująca nie tylko nazwą do tatarskich tradycji jeździeckich, stała się bodaj najsilniejszym znakiem polskości. Co więcej, rogatywka, która dziś wydaje się typowo polskim nakryciem głowy bywała i bywa spotykana u wielu ludów Azji. Choć nie ma pewności co do jej pochodzenia (a koniecznie trzeba też pamiętać o poprzedniczce rogatywki, czyli konfederatce), to biorąc pod uwagę fakt, ze pierwotnie słowem „ułan” były nazywane tatarskie pułki litewskie, wszystko prowadzi znów pod ten sam adres.

Nie tylko jednak tradycje polskiego oręża mają korzenie gdzieś w dalekich tureckich krainach, stepach nadwołżańskich czy nawet kipczackich. Żupan, delia a nawet słynne pasy słuckie – te wszystkie elementy wyglądu tradycyjnego sarmaty pochodzą z kultury arabskiej albo zapożyczone zostały od ludów zamieszkujących Turcję. Uderzające jest też podobieństwo fryzur czy zarostu między polską szlachtą a dobrze urodzonymi urzędnikami tureckimi XVII wieku. Wystarczy tylko zerknąć na sztych prezentujący oblicze tureckiego posła do Szwecji, by dostrzec wyraźne podobieństwo do portretów naszej szlachty[8].

Wróćmy jednak do relacji stricte polsko-kazachskich. Arcyciekawy tekst Zdzisława Nowickiego zamieściło jakiś czas temu wydawane przez oo.Dominikanów pismo „W drodze”[9]. Autor, były ambasador Polski m.in. w Kazachstanie właśnie, na samym już początku przypomina o istnieniu ludu zwanego Kumanami. Mieszkańcy współczesnego Kazachstanu uważają ich za swoich przodków; w Europie znani byli także jako Połowcy, najeżdżając wschodnią i południową część kontynentu. Śladem ich obecności na ziemiach polskich jest nazwa Komańcza a w roku 1099 odegrali ważną rolę w bitwie nad Wiarem, niedaleko Przemyśla.
Tuż za granicą ukraińską, w nieodległym Lwowie także można natomiast odnaleźć cenne i rzadkie zabytki języka kipczackiego. Stało się tak za sprawą mniejszości Ormiano-Kipczackiej. Nie ma jasności co do jej pochodzenia. Ormianie twierdzą, że to po prostu ich sturczeni współobywatele. Natomiast Kazachowie uważają ich za swoich przodków, ale wyznania chrześcijańskiego, które na tereny stepów tego rejonu zawsze nieśli Ormianie. W każdym razie mniejszość owa posługiwała się językiem kipczackim – z rodziny języków tureckich, a ponieważ mogła na terenach Rzplitej cieszyć się swobodą własnych praw oraz tworzyć swój kodeks, w ten sposób w XVI wieku we Lwowie powstały zachowane do dziś dokumenty w tym języku.

Wraz przesunięciem Polski na Zachód oraz wyniszczeniem ziemiaństwa po II Wojnie Światowej, potężnego uszczerbku doznała tradycja szlachecka inspirowana Orientem. Pozostało już tylko parę bladych znaków świadczących o żywych związkach z kulturami Bliskiego Wschodu, Zakaukazia czy Azji Centralnej. Biorąc pod uwagę odległość między Warszawą a Astaną, czyli 3400 kilometrów, współczesną odmienność kulturową i religijną, i tak na miano fenomenu zasługują wszelkie podobieństwa jakie uważny widz wyłapie podczas oglądania filmu „Nomad”.
Ale może rację ma cytowany przez Marię Janion historyk Ascherson – „Z dawnego orientalizującego stylu pozornie nic nie zostało. A jednak przenikliwe oko dostrzeże, że Polska jest znaczniej bardziej wschodnią kulturą niż Rosja”. I dalej pisze Janion: „ Ascherson posuwa się nawet do przypuszczenia, że idea demokracji szlacheckiej pochodziła nie od republiki rzymskiej, lecz od kurułtaju, „zgromadzenia mongolsko-tatarskiej szlachty i naczelników klanów, które wybierało nowego chana”[10]. Dla mnie ta uwaga wytycza oryginalny kierunek rozważań i może być przyczynkiem do ciekawej rozmowy na temat tożsamości polskiej a nawet europejskiej.




[1] Dane dotyczące dot. USA, podaję za witryną www.imdb.com
[2] Eryk Lassota i Wilhelm Beauplan "Opisy Ukrainy", pod red Z Wójcika, Warszawa 1972, s. 127 – 129. Cytat zaś znalazłem na forum www.historycy.org
[3] Przykład: http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2007/04/26/AR2007042600748.htm
[4] Tak podaje m.in. Wikipedia.
[5] M.Janion „Niesamowita słowiańszczyzna” Kraków 2007, s. 167. Patrz też: http://www.kazachstan.republika.pl/info/historia_kultura.htm
[6] M.Janion „Niesamowita słowiańszczyzna” Kraków 2007, s. 179 za N.Aschersonem „Morze Czarne”, Poznań 2001
[7] Józef Ignacy Kraszewski „Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy”, LSW Warszawa 1985, s.26
[8] Sztych odnalazł i dyskusji użył jeden z dyskutantów na forum www.historycy.org
[9] http://mateusz.pl/wdrodze/nr386/10-wdr.htm
[10] M. Janion op.cit.

7/07/2008

Z perspektywy psa lub monety


Trudno rozstrzygnąć, czy znakomity pisarz lepiej powinien słuchać czy opowiadać. To jedno potrzebne mu jest by, dowiedzieć się tego wszystkiego, co zagłusza hałas Stambułu i czego nie słyszy zajęta codziennymi sprawami publika[1]. Drugi talent potrzebny zaś, by wszyscy zatrzymali się, gdy autor zacznie snuć swoją opowieść. Słuch noblisty Orhana Pamuka jest zaiste doskonały, bo pisząc powieść „Nazywam się czerwień” usłyszał nawet – czytaj: wyobraził sobie - co miałyby do powiedzenia narysowany pies, wiszący na kartce papieru w zadymionej kawiarni, wytarta moneta (zresztą sfałszowana przez chytrych Wenecjan), lub gnijący trup, którego morderca wrzucił do studni by ukryć swój postępek wart okrutnych tortur w pałacu sułtana. A zatem bohaterowie z gatunku tych mało rozmownych lub też skazanych na milczenie.

Akcja powieści rozgrywa się w XVI wiecznym Stambule, w środowisku miniaturzystów ilustrujących kolejne opasłe księgi na cześć władcy. Jeden z artystów zostaje zamordowany a podejrzenie wkrótce pada na wszystkich, którzy z nim pracowali. Wątek kryminalny jest fundamentem opowieści, ale nie stanowi wcale głównego atutu prozy Pamuka. Można wręcz powiedzieć, że jest on przewrotnie schowany - wszak współczesna kultura masowa przyzwyczaiła czytelnika do eksponowania motywu zbrodni. Tu ustępuje miejsca wprost oszałamiającemu bogactwu detali opisu świata dawno minionego. I jest to prezentacja robiąca wrażenie niezwykle wiarygodnej; dziesiątki imion władców dawno minionych, zwycięskich chanów lub upokorzonych w bitewnym pyle perskich władców, nazwy odległych miast będących niegdyś stolicami dawno zapomnianych królestw, czy nawet opisy zabłoconych podwórek przez które w obawie przed bezpańskimi psami lepiej nie przebiegać pochopnie, to wszystko składa się na scenografię łudząco realistyczną, gdzie wyobraźnia czytelnika swobodnie podąża, prowadzona czasem drobnymi uwagami a czasem całymi akapitami.

„Nazywam się czerwień” jest tekstem nowocześnie skonstruowanym. To ciąg subiektywnych relacji składanych w pierwszej osobie przez bohaterów i przedmioty nieożywione – takie jak przywołana we wstępie moneta, czy narysowany pies. Nasuwa się więc porównanie do kubizmu w malarstwie, gdzie obiekt lub osoba ukazywane były jakby ze wszystkich możliwych punktów widzenia na raz, ukazując istotę przedmiotu. Paweł Huelle odnalazł tu także „niemal demonstracyjne nawiązania”[2] do „Baśni tysiąca i jednej nocy” . Podobnie pisał Juliusz Kurkiewicz w recenzji dla Polityki. Porównania na wstępie wydają się zasadne także z tego powodu, że oryginalna arabska wersja baśni nasycona jest podobnym erotyzmem oraz okrucieństwem, dając również szeroką panoramę obyczajów i filozofii Orientu[3].
Pamuk w tej powieści oferuje więc satysfakcję podobną do tej, jaką doznajemy obcując ze relacjami z podróży słynnych historycznych podróżników, którzy pilnie notowali wszelkie aspekty życia w odległych krajach i obcych państwach. Jednak tekst zachęca także do zgłębiania pewnego ważkiego problemu, zdawałoby się czysto abstrakcyjnego.
To pytanie o rolę perspektywy – rolę w sztuce, rolę w kulturze a wreszcie pośrednio w tym, jak ludzie a zatem i cywilizacje wzajemnie się postrzegają.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć o obecnym w islamie zakazie przedstawiania Allaha oraz postaci ludzkiej. Ponieważ nie wynika on z litery Koranu, ale z tradycji (sunna), więc granice tego tabu nie są ostre i ulegały zmianom[4]. Pomijając jednak zakaz portretowania boga i oddawania czci fetyszom - zapożyczony z judaizmu czy chrześcijaństwa, od pewnego momentu muzułmanie nieufni się stali wobec wszelkich wizerunków. Z tego właśnie powodu w sztuce islamskiej rozwinęła się ornamentyka abstrakcyjna, geometryczna, roślinna i kaligrafia. Jednocześnie, pod wpływem chińskim, hinduskim a głównie perskim rozwijała się sztuka miniatury, nieśmiało łamiąca tabu wizerunku stylizując wszelkie postacie, tak by oddalić zarzut realistycznego przedstawienia – a zatem obrazowania.

Jak łatwo się domyślić ambitni artyści poszukiwali jednak metod na obejście zakazu. Bohaterowie Pamuka, miniaturzyści stambulscy spierają się o to, co wolno, a czego nie i pod tą figurą po części kryje się po prostu spór o postępującą modernizację współczesnego świata. Ale to także rozważania filozoficzne, do których wyjściem jest problem perspektywy.

„Mówią, że niewybaczalnym grzechem jest przedstawianie nędznego ulicznego kundla, końskiego gza i meczetu, jakby były tej samej wielkości, i tłumaczenie, że meczet jest w tle, bo wyśmiewa się w ten sposób również wiernych uczestniczących w modlitwach. „ (str. 229)


Perspektywa otwiera drzwi wielkiemu demonowi Zachodu, czyli Relatywizmowi. Uwypukla negowaną przez ortodoksów faktyczną względność punktów widzenia. Co gorsza, przekonuje, że świat jest takim jakim go widzimy. Zatem patrzący staje się de facto tworzącym. Tymczasem celem dla każdego bogobojnego artysty jest to, by spojrzeć na świat oczami Allaha, zobaczyć go takim, jakim chciałby go Najwyższy. I to dlatego jedyny dopuszczalny punkt widzenia, czy też perspektywa, bo o nią chodzi, jest taka, jakby rysujący stał na wysokiej wieży minaretu i stamtąd widział świat.

Cechą pisarstwa Pamuka jest empatia i swoista bezstronność. Pozwala ono zrozumieć racje wszystkich stron, ukazuje z fatalistyczną drobiazgowością nieuchronność konfliktu a po środku tego zderzenia tradycji z nowoczesnością stawia pisarza – tak jak późniejszej jego powieści „Śnieg”, lub też artystę, jak ma to miejsce właśnie w „Nazywam się czerwień”. Artysta nie ma zaś przyjaciół a jedynie samych wrogów. Szach czy sułtan, dziś hojny sponsor jutro wyda mistrza rozwydrzonemu tłumowi lub sam go zabije, by ten nie mógł stworzyć piękniejszej miniatury dla konkurencyjnego władcy. Fanatyczni imamowie toczący między sobą walkę o poparcie ulicy chętnie zaś wrzucą ilustratora do worka z głodnymi kotami[5], gdzie spotka się z właścicielem niemoralnej kawiarni, wędrownym muzykiem czy rozpustnym derwiszem.

Czytelnicy interesujący się dzisiejszą Turcją i samym Pamukiem odnajdą w tekście liczna nawiązania do współczesności. Armia i siły wspierające sekularystyczny charakter republiki wydają się sojusznikiem artystów czy liberalnej inteligencji, lecz walcząc z islamem nie dbają o swobody obywatelskie, ograniczając wolność słowa i grożąc śmiercią lub więzieniem wszystkim niepokornym. Zaś zakonspirowani ekstremiści nawet jeśli znajdą się w tej samej celi co naiwny artysta, to nigdy nie zostaną jego obrońcami. Nic więc nie jest takim, jakim się wydaje – najgłośniej o swobodę wypowiedzi mogą upominać się ci, którzy jej przyjaciółmi nigdy nie będą, a ich wrogowie w trosce o wolności republikańskie zamkną wszystkich artystów do więzień. Jeśli dodać do fakt, że samemu pisarzowi groził wyrok za wypowiedzi na temat masakry Ormian w latach 1915-1917 a niedawno wykryto islamski spisek, mający pozbawić go życia, widać że literatura Pamuka pozostaje w nieco morderczym uścisku z rzeczywistością.

Jest to więc powieść głęboko współczesna i jednocześnie historyczna. Realia XVI wieku, zaskakująco przypominają dzisiejsze problemy globalizującego się świata. I nic dziwnego, bo w opisywanych czasach imperium otomańskie (nazwa od arabskiego brzmienia imienia Osman – po ar. Uthman) sięgało od Ukrainy i Bałkanów, przez Persję, Bagdad i Jerozolimę aż do Kairu a jego mieszkańcami byli wyznawcy dziesiątek religii i mówiący setkami narzeczy. To także powieść o islamie, ukazująca niezliczoną wprost ilość odcieni Orientu. Zachodni czytelnik, przyzwyczajony do tego, by postrzegać islam jako niechętny szeroko rozumianej różnorodności, będzie zaskoczony jak wielobarwną mozaiką okazać się może konserwatywne społeczeństwo islamskie. Można nawet rzec, że i my i oni jesteśmy do siebie podobni w tym, jak bardzo różnimy się między sobą, w ramach naszych społeczeństw.

Z racji rozmachu oraz wieloznaczności „Nazywam się czerwień” niełatwo poddaje się syntezie. To proza nowoczesna w tym względzie, że przekraczająca granice gatunków literackich (dzięki baśniowym nawiązaniom elementy literatury fantastycznej). Mamy klasycznie potoczystą narrację, soczyście przedstawiającą świat ale zarazem nienachalnie eksperymentującą z percepcją odbiorcy i nasyconą postmodernistycznym zwątpieniem.
Warto jednak powtórzyć z naciskiem, że Orhan Pamuk nie czyni z tego przeczucia bezsensu jakiegoś sztandaru, którym machałby w irytujący sposób przed oczami czytelników. Lepiej pasuje tu cierpliwa ironia jako opis sposobu w jaki pisarz przekonuje nas, że nawet miłość to nieporozumienie, nasycone pożądaniem. Tak jak i w parokrotnie wyżej przywoływanym „Śniegu” i w „Nazywam się czerwień” uczucie przedstawiane jest w bardzo podobny sposób. Zakochany artysta pragnie kobiety, którą kochał przed laty ale wtedy pragnienie nie mogło się spełnić. Gdy dochodzi do spotkania dwojga samotnych ludzi, on tak naprawdę kocha dalej wyobrażenie swojej lubej, ona szuka oparcia, zadowalając się protezą namiętności, w duchu tak naprawdę gotowa oddać innemu – bo przecież krąży ich wielu wokół. Talent pisarza na poły więc przeraża, pokazując jak z pięknych złudzeń odarłby nas dar słyszenia myśli bliźnich. Na poły jednak też taka wizja uodparnia na porażkę. Literatura ta poprzez swój elegancki i delikatny pesymizm, czasem podszyty ironią, immunizuje bowiem czytelnika na poczucie totalnej klęski – ono przecież bierze się ze zbyt wygórowanych oczekiwań. A je należy porzucić, bo jak w niemalże starotestamentowym utwierdza nas stylu Pamuk, nie ma istoty bardziej zdesperowanej niż zakochana kobieta, zakochani mężczyźni zawsze są śmieszni, stare kobiety zawsze muszą być najmądrzejsze a starzy mężczyźni zapatrzeni już tylko w siebie i własne wspomnienia.

Na dwa dni przed zdobyciem przez Orhana Pamuka nagrody Nobla Aleksander Kaczorowski w Gazecie Wyborczej pisał, że jeśli nie tym razem, to kiedyś pisarz zdobędzie owo wyróżnienie. Nie odbierając p. Kaczorowskiemu nic z jego profetycznych umiejętności wypada jednak zauważyć, że czytając „Nazywam się czerwień” chyba każdy czytelnik dostrzeże w niej absolutnie noblowską jakość.


[1] I właśnie tak swoją decyzję uzasadniła Szwedzka Akademia Królewska przyznając pisarzowi Nobla - "w poszkiwaniu melancholijnej duszy swojego rodzinnego miasta odkrył nowe symbole zderzenia i przenikania się kultur". Cytuję za Gazetą Wyborczą z 13.10.2006.
[2] Gazeta Wyborcza 05.06.2007 -"Starą łodzią po rzece Pamuka".
[3] Za Wikipedią, patrz: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ba%C5%9Bnie_z_tysi%C4%85ca_i_jednej_nocy.
[4] Patrz: http://www.halal.pl/kmp/publication/Islam_jako_alternatywa/15%20Islam%20jako%20alternatywa%20Zakaza%20obrazowania%20a%20sztuka.htm
[5] Tę perską torturę opisał R.Kapuściński w książce „Szachinszach”. Nie pojawia się ona w tekście Pamuka, ale zapewne znana była urzędnikom tureckim Imperium Osmańskiego.

1/14/2008

"Strach" Jana Tomasza Grossa


Po przeczytaniu tej książki odczuwam fizyczny ból. Boli mnie świadomość okrucieństw, które nie tak dawno dokonały się na tej ziemi. Boli mnie też powszechny w publicznej debacie brak chęci głębszego zrozumienia sensu „Strachu”. Dodajmy, sensu chyba nieznanego również samemu autorowi omawianej publikacji. Jaki to sens?
Nawet jeśli nie otrzymujemy rzetelnej pracy naukowej (co sugeruje już sama forma eseju), to książki nie warto zbywać czy lekceważyć, bo jest zapisem stanu świadomości innego człowieka i tego, jaki ślad zostawiła w nim głęboka tragedia.

Polacy po wojnie stali się dzikimi, krwiożerczymi antysemitami, urządzającymi pogromy oraz na rozliczne sposoby powszechnie dyskryminującymi ocalałych Żydów. Ten pogląd zawarty explicite w książce „Strach”, ale i metody jego konstruowania szeroko są kwestionowane w polskiej debacie publicznej. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na to, że wartość tego stanowiska przy całym uznaniu jego subiektywizmu, może polegać na tym, że jest szczerym, smutnym i chyba dokładnym obrazem tego, jak niektórzy Żydzi związani z Polską czuli i czują się, gdy myślą o tym kraju.

Oczywiście, J.T. Gross miał większe ambicje niż takie, by dać upust swojemu własnemu żalowi i uzmysłowić czytelnikom w Polsce, co naprawdę czuli Żydzi po II wojnie wracając do swoich domów. Co czuli? Tytułowy strach i to jego świadectwem jest książka.

Gross nie oferuje czytelnikowi wyrafinowanego modelu historyczno-społecznego, który precyzyjnie pomógłby odpowiedzieć na pytanie, czy to czasy były takie straszne, czy też straszni ludzie uczynili te czasy nieznośnie okrutnymi. Ale to pytanie będące osią, moim zdaniem, najbardziej interesującego sporu na temat tej książki, nie jest pytaniem z gruntu naukowym i nie da się na nie ostatecznie odpowiedzieć.
Głośną próbą jednoznacznego rozstrzygnięcia podobnego dylematu, ale w odniesieniu do historii Niemiec była książka D.J. Goldhagena „Zwyczajni Niemcy i Holokaust”. Doszedł on do wniosku, że to powszechny w społeczeństwie niemieckim antysemityzm był główną siłą sprawczą Zagłady (nie zaś sam nazizm), ale porównując z Grossem, swoje wnioski konstruował na podstawie bardziej dogłębnych badań – ich częścią była na przykład imponująca analiza niemieckiej prasy codziennej początku XX wieku. Pewnie między innymi dlatego prof. Finkelstein (krytyk obydwu badaczy) J.T. Grossa nazywa „Goldhagenem dla początkujących".

Także inni historycy, jak Paweł Machcewicz czy Piotr Gontarczyk, znawcy tych powojennych lat podważają tezy „Strachu”. Ich zdaniem nie zauważa on ani kontekstu przemocy wobec Żydów, ani też autor nie pracował rzetelnie formułując swoje kontrowersyjne wnioski. Jednak przeciętnego czytelnika nie będą obchodzić spory profesjonalnych historyków. Najbardziej poruszają cytowane relacje świadków:

- To na przykład żona opisująca zabójstwo męża, wywleczonego przez uzbrojonych ludzi z pociągu w październiku 1946 roku, przy aplauzie pasażerów (str.55). Napastnicy krzyczeli heraus, heraus aussteigen! W uszach ofiar, te komendy wyuczone od hitlerowskich katów, pozostają jako najważniejsza wiadomość, tłumacząca przyczynę tragedii.

- Szokuje także opowieść rannej w pogromie krakowskim, która opisała jak jeszcze w szpitalu dalej bito i poniżano rannych Żydów. „To skandal, żeby Polak nie miał odwagi cywilnej uderzyć bezbronnego człowieka.” – mówi ironicznie jeden z napastników, polski kolejarz (str.131).

- Oburzają relacje takich bohaterek jak Antonina Wyrzykowska, która uratowała siedmioro Żydów z okolic Jedwabnego. Została za to skatowana przez miejscową partyzantkę a rodzina Wyrzykowskich musiała uciekać z rodzinnych stron (str.17).

- Wrażenie robi też cytat z artykułu Jana Kotta, który w 1946 roku, w Kuźnicy opisał traumę żydowskich sierot, wywiezionych z Polski do Francji. Dzieci nie chciały zasypiać przy szerokich oknach, bojąc się ostrzału. Francuski wychowawca wpatrując się w oczy dziennikarza z naciskiem dodaje, że to nie wspomnienia wojenne, ale z ostatniego roku (str.122).

Te oraz inne relacje z pewnością prowokują emocje, ale autor zbyt łatwo rezygnuje z próby pobudzenia również i intelektu swoich czytelników. Bo choć przechodzą ciarki na myśl o wspomnianych gwałtach oraz cierpieniach niewinnych, to cisną się na ustach pytania w ogóle nie zauważone przez Grossa!
Na przykład, czy męża pani Lieberfreundowej w pociągu nie zaatakowali zwykli bandyci, którzy po prostu wybrali najłatwiejszą ofiarę? A pasażerowie, może ze strachu kibicowali bandziorom? Łatwo to sobie wyobrazić. W pamięci ofiary, zrozpaczonej żony szukającej wyjaśnienia tragedii pozostają jednak antysemickie obelgi. Przed czytelnikiem stoi zaś niewykonalne zadanie rozstrzygnięcia, czemu zabili i czy aby na pewno rozstrzygająco ważne były wrzaski naśladujące niemieckie komendy. Podobne pytania można stawiać w innych, choć wcale nie wszystkich przypadkach.

Jeśli jesteśmy już przy wątpliwościach, które rodzą się u czytelnika, to koniecznie trzeba wspomnieć o szacunkowej liczbie ofiar tego ponurego czasu. Gross wyraźnie stwierdza, że Polska w zaraz po II Wojnie Światowej była jedynym krajem Europy, gdzie Żydzi w dalszym ciągu byli zabijani i prześladowani. Ale ilu ich zginęło, tego nie wiemy jednak dokładnie, bo sam autor przedstawia liczby od 500 do 2500 - zależnie od badań (str. 57). Dalej w książce pada także ogólnikowe stwierdzenie o „tysiącach ofiar” „zbiorowych mordów” (str.118). Oczywiście te niejasności nie oznaczają, że nie zginął nikt i problemu nie ma. To raczej sygnał, na jak grząskim gruncie porusza się autor, który powiedzmy jasno, powinien był swoich czytelników rzetelnie poinformować o ewentualnych problemach interpretacyjnych i metodologicznych.

Poruszając problem zaboru mienia żydowskiego Gross nie próbuje w żaden sposób odnieść się do sytuacji w całym kraju. Wystarcza mu wyjaśnienie, że Polacy zajmowali pożydowskie domy z powodu antysemityzmu a powracającym niedobitkom żydowskim okazywali wrogość też tylko z tego powodu. Skutkiem tej wrogości aż 200 tys. Żydów wolało niepewną przyszłość w obozach dla bezpaństwowców, gdzieś w Niemczech (na ziemi katów), niż pozostanie w rodzinnych stronach.
A przecież nie usprawiedliwiając w żaden sposób grabieży ten rodzaj zachowań można jednak tłumaczyć inaczej. Wszak w obliczu powszechnego zubożenia i zniszczenia wszelkiej substancji, majątek obywateli pochodzenia żydowskiego był po prostu najłatwiejszy do rozgrabienia. Właścicieli nie było i może ten fakt należy uznać za kluczowy? Polacy Polaków w takich sytuacjach również grabili, choć faktycznie w tych przypadkach ofiarom łatwiej było egzekwować sprawiedliwość.

Jak jednak czuli się Żydzi wracając i zastając domy zajęte, gdy nowi gospodarze bronili za wszelką cenę zdobyczy? Czy mogli dostrzec cały kontekst? Czy ich dzieci i wnuki kiedykolwiek mogą zrozumieć jego złożoność?
Gdyby spotkało to moją rodzinę, nie zrozumiałbym tego zapewne. Czułbym to, co czuje Gross.

Nie jest łatwo szukać odpowiedzi na te trudne pytania wynikające z lektury „Strachu”. Najtrudniej szukać tej odpowiedzi samym ofiarom i ich potomkom, ludziom dziedziczącym traumę. Czy polska publiczność do tez Grossa podejdzie ze zrozumieniem tego faktu? Nie.
Nasza historia przeważnie służyła „pokrzepieniu serc”. Dzięki temu przetrwaliśmy 123 lata zaborów i oparliśmy zaplanowanym procesom wynaradawiania. Ale chyba także z tego powodu, wszyscy dzisiaj w Polsce zastanawiają się jak bardzo pomylił się Gross, a nie nad tym, gdzie mimo wszystko miał rację.
Także historia antysemityzmu w Polsce nie jest popularną dziedziną badań. Kiedyś nie można go było badać. Potem nie każdy chciał. A warto wiedzieć, że w takim Lwowie na przykład, pogromy zwane także tumultami odbyły się m.in. w 1572, 1592, 1613, 1618, 1638, 1664, 1718. Żydzi chcąc uniknąć napaści poczęli od 1611 opłacać się rektorowi kolegium jezuickiego. Nie pomogło to jednak znacznie i młodzież tam pobierająca nauki nie dała się powstrzymać przed kolejnymi napaściami. W 1664 doszło do największego pogromu i zginęło 129 osób, spalono trzy synagogi oraz zniszczono wiele budynków („Kryminalny świat starego Lwowa” A.Kozyckyj, S. Bilostockyj, wyd. Bellona, Warszawa 2006).

Wreszcie też na empatię wielu w naszym kraju Gross nie może liczyć, skoro wytrwale atakuje Kościół rzymskokatolicki. Wielokrotnie wypomina mordercom ich katolicyzm czy nawet sugeruje religijny fanatyzm. To uproszczenia zapewne w części przypadków słuszne, ale nietrafnie i stereotypowo tłumaczące całość zjawiska. Kontrowersje już wzbudza także fragment ze strony 136, gdzie powołując się na publikację „Antyżydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku. Dokumenty i materiały”, pod red. S.Meduckiego i Z.Wrony (Kielce 1992) autor w bardzo nieprzychylnym świetle stawia Stefana Wyszyńskiego, późniejszego kardynała 1000-lecia. Aż trudno uwierzyć, żeby tak wysoki dostojnik kościoła mógł faktycznie hołdować poglądom na miarę dzikiej tłuszczy, przekonanej o tym, że Żydzi potrzebują krwi dziecięcej na macę.

To oczywiście nie wszystkie przyczyny, dla których z Grossem spieramy się chętniej, niż go słuchamy. Nie wchodząc w długie rozważania na ten temat dodajmy tylko jeszcze jeden argument – słabą powszechną znajomość prawdziwej powojennej historii Polski. Słowo „prawdziwa” jest kluczowe.
Władza komunistyczna nigdy nie była zainteresowana obnażeniem skali chaosu, w jakim znalazł się kraj zaraz po wojnie. Przecież wszelkie badania na ten temat musiałyby także ujawnić, jakimi metodami był budowany porządek i co to był za „porządek”! Programy nauczania historii nie koncentrowały się więc na tym aspekcie naszych dziejów najnowszych. Stąd nie zdajemy sobie sprawy, do jakiego stopnia lasy pełne były rozmaitych uzbrojonych band, z których spora część dokonując rekwizycji czy zwykłych napadów twierdziła, że reprezentuje podziemie. Prawdziwe zaś podziemie w obliczu potężnego komunistycznego wroga także sięgało po niezwykle radykalne środki. Wspomina o tym P. Gontarczyk w głośnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, ale i na przykład T.Snyder książce „Rekonstrukcja narodów…” (wyd.Pogranicze 2007). Gross mimochodem przypomina te realia roku ’45 czy ’46. Choć w tych momentach przeczy sam sobie, bo wyłącznie antysemityzmem nie da się przecież wytłumaczyć, dlaczego setki hien cmentarnych rozkopały teren obozu koncentracyjnego w Treblince i bez żadnego poważania dla szczątków ludzkich oraz bez obrzydzenia dla niebywałego odoru trupiego, wytrwale szukały złota i brylantów. Cytowana relacja (str.90) wspomina również o krzykach męczonej kobiety, którą bandyci przypiekali ogniem, żeby oddała im kosztowności.

Takie świadectwa każą zastanowić nad ogólnym, powszechnym i niebywałym zdziczeniem Polaków w tamtym czasie.
Czy mogło ono w niebywały sposób ułatwić agresję wobec Żydów? Tak, to jasne. Ale też, czy takie postawienie sprawy poprawia nam samopoczucie i jest przyjemniejsze od zarzutu o wyłącznie antysemityzm?

„…Polacy muszą sobie sami opowiedzieć historię prześladowania Żydów w Polsce w taki sposób, żeby ofiara mogła w tej narracji rozpoznać obraz własnego losu.”
To ostatnie słowa „Strachu”. Można je rozumieć na parę sposobów. Historyka Piotra Gontarczyka oburzyły, bo odczytał je jako wezwanie do absolutnego podporządkowania prawdy historycznej subiektywnej wizji cierpienia żydowskiego. Takie postawienie sprawy faktycznie byłoby i naiwne, i nie trafne metodologicznie.
Ale może za tymi słowami kryje się po prostu głęboka wiara autora, że porozumienie zawsze jest możliwe? Wielu w taką interpretację słów Grossa nie uwierzy, bo pomijając niewygodne fakty oraz dokonując zbyt jednostronnego wyboru zdań i relacji, nie zaoferował przekonującego obrazu epoki ale subiektywny i poruszający zapis żydowskiej rozpaczy.



LINKI:
- Artykuł P.Gontarczyka w "Rzeczpospolitej"
- Psychologiczna analiza postaw opisanych przez Grossa, zamieszczona na blogu malinyioskary.salon24.pl
- Polemika z tezami Piotra Gontarczyka zamieszczona na blogu galopujacymajor.salon24.pl
- Polemiki z tezami Grossa na stronie www.naszawitryna.pl (1 i 2)
- Polemika prof.N.Finkelsteina na stronie autora.

9/09/2007

Niecałe pół roku potem


W kinach film „28 tygodni później”. Horror z ambicjami, będący próbą połączenia diagnozy społecznej z klasyką, zwaną z angielska „gore”[1]. To także kontynuacja filmu sprzed pięciu lat, który miał łudząco podobny tytuł „28 dni później”. Tamten w sympatyczny sposób nie szafował efektami specjalnymi, budując nastrój grozy i przygnębienia poprzez ukazanie tego, jak kruchy może okazać się porządek społeczny oraz wszelkie normy - dziś uważane za niewzruszone. Czy tym razem udało powtórzyć się sukces?

Scenariusz obydwu części oparty został na dwóch motywach porządnie wyświechtanych we współczesnym kinie. To z jednej strony zabójcza epidemia, z którą walczy dzielne społeczeństwo a z drugiej zmartwychwstałe trupy, czyli „zombie”. Stopień wyświechtania pomysłu na film uzmysławia efekt prostego zabiegu wstukania słowa „virus” do wyszukiwarki tematycznej na portalu www.imdb.com. Wynik? 540 filmów, a z pewnością nie są to wszystkie!
Również i sama wirusowo-trupia mieszanka nie jest nowością, bo pomijając kultowego w środowisku miłośników kiczu „Reanimatora” (1985), to już we wcześniejszej serii filmów o żywych trupach autorstwa G. Romero towarzyszyło założenie, że plaga „zombiaków” rozprzestrzenia się właśnie dzięki tajemniczemu wirusowi. Jak widać pomysł, który legł u podstaw „28 tygodni później” jest równie świeży niczym oddech zombie[2]. Ale wbrew pozorom, to od razu nie przekreśla filmu, bo sięgając nawet po tak klasyczne schematy twórcy mogą je zrealizować na różne sposoby, czasem wnosząc nową jakość.

To możliwe m.in. dzięki aktualizacji efektów specjalnych oraz ożywieniu portretów psychologicznych bohaterów. Dobrym tego przykładem jest na przykład ostatnia wersja „King Konga” (2005) w reż. Petera Jacksona czy „Świt żywych trupów” (2004) wspomnianego wyżej George’a Romero. Osobistą i oryginalną interpretację klasyki można też zbudować poprzez nowatorskie rozłożenie akcentów opowieści, przez co na pierwszy plan zostaną wypchnięte wątki wcześniej pomijane. Tak zrobił M. Scorsese realizując kolejną wersję filmu „Przylądek strachu” (1991).

Niestety film „28 tygodni później” ani nie próbuje powiedzieć nic nowego, ani skuteczniej przestraszyć niż jego poprzednicy. Otrzymujemy dobrze znane i niezbyt ciekawe obrazy oszalałego, zakażonego tłumu żądnego rozszarpać garstkę ocalałych. Film na dodatek nie tylko nudzi, ale miejscami też śmieszy i zdumiewa. Na uśmiech lekceważenia zasługuje na przykład niezdarność całej drużyny amerykańskich żołnierzy, którzy mimo broni palnej padają ofiarą jednego, niespecjalnie szybkiego krwiożerczego chudzielca atakującego laboratorium badawcze. Podobnie też trudno zrozumieć, dlaczego w momencie wybuchu epidemii morderczego szaleństwa dzielny generał amerykański każe zamknąć wszystkich cywilów w hali gimnastycznej, a następnie gasi światło żeby siedzieli w ciemności. W takich warunkach nawet zwykłe przeziębienie urosłoby do rangi wielkiego problemu a ewentualna panika w mroku z pewnością nie poprawi szans na uratowanie populacji. Zresztą zachowanie amerykańskich sił ekspedycyjnych w tym filmie przerasta głupotą nawet świetnie znane z horrorów sytuacje, gdy ktoś z bohaterów bez latarki schodzi do piwnicy lub idzie w krzaki, żeby sprawdzić dziwne hałasy.

Porażkę twórców „28 tygodni później” dobitniej uzmysławia także sukces innego dzieła. „Ludzkie dzieci” (2006) Alfonso Cuarona to także opowieść o epidemii, która może wymazać ludzkość z powierzchni planety, choć w bardziej subtelny sposób. Wirus bezpłodności sprawił, że nie rodzą się żadne dzieci a rozhisteryzowane społeczeństwa w myśl idei „nie ma przyszłości” obracają się powoli w gruzy, bo uzbrojona po zęby policja nie daje rady postawić tamy temu chaosowi. Podobieństw między filmami jest więcej, bo obydwa zrealizowane zostały w brytyjskich plenerach, z brytyjskimi aktorami, prezentując świat w przygaszonych barwach a ojczystym językiem obydwu reżyserów jest język hiszpański. Z tym, że Alfonso Cuaron pochodzi z Meksyku a Juan Carlos Fresnadillo, autor scenariusza i reżyser „28 tygodni później” z Hiszpanii. Ale jeśli chodzi o rangę dzieła, to Cuaron stworzył symboliczną przejmującą opowieść a Fresnadillo kliszę (może nawet kliszę kliszy).

Każdy twórca horrorów marzy o tym, aby jego film zarażał widza wirusem strachu. Wirusem, który powoduje, że odwracamy się z ciarkami na plecach na niespodziewany hałas a w obcych ludziach na ulicy widzimy czające się zagrożenie. Jednak obejrzane przez nas filmy grozy działają niczym szczepionka na emocje, skutecznie uniemożliwiając przestraszenie nas w ten sam sposób. I to jeden ważniejszych powodów, dla których film „28 tygodni później” nie może porządnie poruszyć widza, mimo niezwykle realistycznie pokazanych scen masakry, dokonywanej przez zakażonych zombie.

Za dwadzieścia osiem tygodni, czyli niecałe pół roku, ten film odejdzie w całkowite zapomnienie. I słusznie.




[1] Filmy „gore” epatują scenami schematycznej przemocy zadawanej w krwawy, widowiskowy sposób, mający wywołać u widza uczucie obrzydzenia. Masakra siekierą, piłą mechaniczną, strzał z dubeltówki prosto w głowę etc.
[2] Znawcy tematu zauważą, że przeważnie zombie nie oddycha. Jednak gdyby oddychał, to zapewne jego oddech nie byłby świeży i o to chodzi!




LINKI:

  • Oficjalna strona filmu "28 tygodni później".
  • Zwiastun filmu wyświetlany w Wlk. Brytanii (znacznie lepszy niż sam film!)
  •